Podobno tuż przed rozpętaniem się jednego z największych koszmarów XX wieku, w przebłysku samoświadomości, Benito Mussolini miał zakrzyknąć do tzw. jurysty III rzeszy, Carla Schmitta, gdy ten właśnie ruszał na spotkanie z Adolfem Hitlerem - „chroń Pan państwo przed partią!”. Okrzyk ten przypomina nam o odwiecznym konflikcie między partią a państwowymi instytucjami. Jest on wynikiem prostej relacji - państwo ma reprezentować całą wspólnotę, więcej, opiekować się nią na przestrzeni dziejów. Tymczasem partia z zasady jest tworem partykularnym, reprezentującym tylko część wspólnoty. Bez trudu stwierdzimy, że na naszym polskim podwórku obserwujemy wspomniany konflikt cały czas.
Podczas gdy warunkiem istnienia trwałego, silnego państwa jest istnienie w miarę możliwości niezależnych instytucji i struktur, o tyle naturalnym dążeniem partii jest chęć zagarnięcia tychże segmentów państwa i pozbawienie ich trwałości w imię możliwości wpływu na nie. Partia chce je podporządkować swoim interesom. W krańcowej sytuacji następuje taki rozpad państwa pod wpływem działalności partii, że na pierwszy plan polityczny wysuwa się rzeczywistość partyjna. Dochodzi więc do skrajnie patologicznej sytuacji - partia staje się bytem czysto pasożytniczym, formą politycznego tasiemca. Jej interesy stają się w sposób pełny sprzeczne z interesami państwa. Problem tylko, że państwo, nawet ukryte wśród ciągłej biurokratyzacji, pałacowych wojenek między Tuskiem, Grasiem i Schetyną, daje o sobie znać. Rozbija drzemkę partii. I przypomina o swoim istnieniu niestety w okrutny sposób.
Niedawno ministra Joanna Mucha poniewczasie skonstatowała, że premia jej współpracownika, Kaplera jest absurdalnie wysoka. Okazało się to kwestią kuriozalnych umów i przepisów. Kilka dni temu premier zasępił się nad zdumiewającą i tragiczną katastrofą.
Co łączy te dwa krańcowo różne wydarzenia? W obu wypadkach przedstawiciele władzy z zaskoczeniem odkryli, że istnieje coś takiego jak państwo. Przypominają w tym zakresie byty pasożytnicze - np. tasiemce. Są one z zasady obce żywicielowi, i nie bardzo się interesują jego losem. Celem nadrzędnym ich istnienia jest reprodukcja, własny komfort i przetrwanie. Los ich żywiciela interesuje ich tylko o tyle, o ile zagrożone jest ich własne bytowanie. Tego typu praktyka oczywiście warunkuje działanie „post-factum”. Do momentu kryzysu i zachwiania pozycji nie ma państwa - istnieje tylko partia, synekury, rozrost grupy kolesiów. Partia nie tyle pożera państwo, co raczej pasożytując na nim wytwarza swoisty, odrębny kokon. W miarę reprodukcji swoich członów, kokon się rozrasta kosztem państwa. Platforma wykazuje wręcz niesłychana sprawność w rozwijaniu tej alternatywnej rzeczywistości - pasożytniczego świata partii zamiast państwa. Zresztą, tasiemiec potrafi być wielokrotnie dłuższy niż żywiciel. Gwałtowny rozrost biurokracji, którą tworzy PO, idealnie obrazuje ten paradoks.
Partia szczelnie zamknięta w swoim kokonie, oderwana od państwa, zaczyna istnieć w świecie własnych majaków. Zaczyna wymagać od różnych instytucji państwowych by wypełniały założenia jej propagandy. Kolej jest tego najlepszym przykładem. Rząd narzuca na nieprzygotowaną do tego infrastrukturę wymogi „polityki sukcesu”. Pociągi mają dojeżdżać na czas, być komfortowe, bezpieczne, ale pieniędzy, robót, fachowców brak. Brak też fundamentu wszelkiej modernizacji, realnego działania w przestrzeni państwa- czyli Woli Politycznej. Zamiast niej istnieje tylko Wola Partyjna. Prowadzić to musi prędzej czy później do tragedii. Nieświadoma stanu państwa, pasożytnicza formacja sukcesywnie osłabia podmiot polityczny, którym winna się opiekować. Ale ten podmiot istnieje. Czy mowa o infrastrukturze kolejowej, czy o drogach, stadionach, idiotycznych ustawach, czy w końcu o instytucjach pomagających ludziom w skrajnej biedzie - one są częścią państwa, a nie pasożytniczego kokonu. Świat realny dochodzi do głosu i o sobie przypomina – w formie tragedii. Samospalenie, spękane autostrady, katastrofy, w których giną niewinni. Ostatnie wydarzenia ewidentnie pokazują, że Platforma odkrywa istnienie państwo dopiero w momencie gdy nastąpi kryzys. Zadziwia się jego istnieniem. Potrafi nawet reagować. Ale tylko tyle. Reakcja- nigdy akcja.
W kokonie partii żyją zresztą nie żyją tylko partyjne tasiemce. Jest on zaludniony przez masę drobnoustrojów medialnych, grupujących się w kolonie. Ot np. taka Gazeta Wyborcza. Drobnoustroje wiedzą dokładnie, kto jest szefem. Gdzieś tam w ich perspektywie istnieje co prawda państwo-żywiciel, ale szefem i istotą dominującą są oczywiście tasiemce. To one ustalają reguły gry w kokonie, a te są dla drobnoustrojów najważniejsze. Oczywiście, który z konkretnych tasiemców jest przywódcą ma znaczenie drugorzędne. Chodzi o przetrwanie kokonu. Nasze drobnoustroje medialne przypilnują, by reakcja nie zamieniła się w akcje, nie stała się formą leczenia żywiciela. Zresztą już słyszymy- nie grajmy tragedią, każdy rząd jest winny zaniechań, może i tragedia ale jaka wspaniała reakcja (!) i tym podobny bełkot, którego cel jest jeden - nie wyciągnąć wniosków.
Tymczasem wnioski są niezbędne - i są przy tym widoczne jak na dłoni. Owszem, rządząca partia nie jest bezpośrednio odpowiedzialna za tragedie jakie spadają na nasze państwo, bo państwo jej nie interesuje i się nim nie zajmuje. Ale jako forma bytu pasożytującego i sukcesywnie osłabiającego państwo- jest odpowiedzialna za ciągłe pogłębianie choroby, której objawy widoczne są pod postacią kolejnych tragedii. Czy chodzi o Smoleńsk, czy o powódź, czy o katastrofę w Szczekocinach. Dlatego - trzeba głośno to stwierdzić- z powodu zaniechań systemowych i opieszałości w wdrażaniu niezbędnych przemian partia rządząca ma krew na rękach.
Drugi oczywisty wniosek - naszemu krajowi potrzebna jest modernizacja. Ale żaden partyjny tasiemiec jej nie przeprowadzi, z tego prostego powodu, że warunkiem koniecznym jest, wybaczcie państwo dosadność, uprzednie jego wydalenie. Samoświadomość swoich interesów i ich związku z egzystencją żywiciela? To nasze tasiemce potrafią od czasu do czasu pojąć. Ale samobójstwo w imię poprawy jego stanu? Proszę, bez żartów.
Dla mnie człowiek, to c+u+d, czyli ciało + umysł + dusza. I o tych sprawach myślę i piszę od czasu do czasu.
Nowości od blogera
Inne tematy w dziale Polityka