Przyspieszanie wymierania Polski -Jan Maria Jackowski
Europa w uścisku Niemiec
Prof. Tadeusz Marczak
kierownik Zakładu Studiów nad Geopolityką Uniwersytetu Wrocławskiego
Modlitewne weto dla in vitro -Bogusław Rąpała
To jest tylko projekt
Z ks. abp. Sławojem Leszkiem Głódziem, współprzewodniczącym Komisji Wspólnej Rządu i Episkopatu, rozmawia Małgorzata Pabis
Placet na rosyjskie błędy -Anna Ambroziak
Tajny traktat Tuska -Artur Kowalski
Przyspieszanie wymierania Polski -Jan Maria Jackowski
W dyskusji nad wydłużeniem i zrównaniem wieku emerytalnego kobiet i mężczyzn nie bierze się pod uwagę faktu, że propozycje Donalda Tuska zmierzają do przyspieszania wymierania Polski. Z bardzo prostego powodu: wydłużenie wieku emerytalnego dla kobiet bez wprowadzenia w Polsce polityki rodzinnej zmniejszy i tak najniższą w krajów UE dzietność. Czyli będzie jeszcze mniej dzieci, a bez dzieci naród wymiera i nie ma przyszłości.
Polska ma już i tak najniższe nakłady z wszystkich krajów Unii Europejskiej na rodzinę i jednocześnie w konsekwencji najniższy przyrost naturalny. Według GUS, w 2006 r. było 38,2 mln mieszkańców Polski. W 2011 r. było nas już tylko 37 mln, więc przez kilka lat ubyło ponad milion rodaków. Według ekspertyz ONZ dotyczących całej Europy, w roku 2050 ludność Polski zmniejszy się aż o 20,5 proc., czyli będzie nas niecałe 30 milionów... Przy czym Polska należy do najszybciej starzejących się społeczeństw europejskich. Przyznał to nawet minister pracy i polityki społecznej Władysław Kosiniak-Kamysz w odpowiedzi na moje oświadczenie senatorskie, pisząc: "O ile w chwili obecnej na 100 osób w wieku produkcyjnym przypada 26 osób w wieku poprodukcyjnym, to już w 2020 będzie to 37 osób, a w 2035 - 46".
Polki rodzą najmniej dzieci spośród wszystkich kobiet w 27 krajach Unii Europejskiej, a wskaźnik dzietności wynosi poniżej 1,4. Tymczasem, by zapewnić naturalną wymianę pokoleń, ten wskaźnik powinien wynosić co najmniej 2,1. Co ciekawe, w Anglii współczynnik dzietności u Polek wynosi 2,5, co najlepiej świadczy o roli polityki rodzinnej w stymulowaniu działań pronatalistycznych. Przymus pracy kobiet do 67. roku życia wzmocni zatem obecne tragiczne tendencje demograficzne. Ulegnie znacznemu podwyższeniu średnia wieku i drastycznie wzrośnie odsetek osób w wieku poprodukcyjnym. Starzenie się społeczeństwa, o ile w początkowym etapie ogranicza zapotrzebowanie na wydatki społeczne państwa (głównie na edukację) i zwiększa dochody na osobę w rodzinie, o tyle później pociąga za sobą dramatycznie wysoki wzrost wydatków społecznych na świadczenia emerytalne i opiekę zdrowotną.
Dlatego reforma emerytalna - jeśli nie jest największym przekrętem ostatniego dwudziestolecia - powinna być ściśle związana z działaniami pronatalistycznymi. Kobieta za każde urodzone i wychowane dziecko w sposób oczywisty powinna być premiowana przez system emerytalny, bo stając się matką, dostarcza najbardziej dziś deficytowego "towaru" - kapitału ludzkiego. Tymczasem Donald Tusk ze swymi pomysłami jawi się jako dogmatyczny nadwiślański liberał, który dzieci postrzega nie jako źródło rozwoju, ale obciążenie dla budżetu. W Polsce rodziny posiadające dzieci są karane wyższymi podatkami!
Błyskawiczne starzenie się społeczeństwa spowoduje nadmierne obciążenie młodych pokoleń na rzecz starszych. Potęguje to zjawisko "wtórnego regresu demograficznego" polegające na niemożności wyrwania się ze spirali coraz mniej licznych pokoleń. Osoby młode muszą płacić coraz wyższe podatki i zająć się obsługą osób starszych. Są zbyt obciążone, by rodzić i wychowywać własne dzieci, więc zjawisko wymierania Polski się nasili. Taka sytuacja dodatkowo zwiększy presję na emigrację i zapaść demograficzna zmieni się w katastrofę.
Rządy Donalda Tuska w Polsce już dziś mogą być opisane jako sprawowanie władzy przez ekipę, która robi rzeczy dobre i złe. Tyle że rzeczy dobre robi źle, a złe - niestety! - dobrze.
Europa w uścisku Niemiec
Prof. Tadeusz Marczak
kierownik Zakładu Studiów nad Geopolityką Uniwersytetu Wrocławskiego
Na wschód od Polski następuje reintegracja przestrzeni postsowieckiej w postaci tzw. Związku Eurazjatyckiego funkcjonującego od 1 stycznia 2012 roku. Na zachód od nas Niemcy usiłują uzyskać pozycję, jaką miała III Rzesza w latach 1939-1940. Polska i inne kraje międzymorza bałtycko-czarnomorsko-adriatyckiego traktowane są ponownie jako znienawidzony "kordon sanitarny" będący zawalidrogą w tworzeniu "wspólnej przestrzeni od Władywostoku do Lizbony", a ponadto jako potencjalny sojusznik Ameryki.
Niemcy i Rosja realizują ambitny plan geopolityczny, równolegle i zapewne w ścisłej koordynacji. Projekt ten w charakterze balonu próbnego zaanonsował światu doradca Kremla Siergiej Karaganow, wzywając do utworzenia "Związku Europy i Rosji". Po tym wstępnym "rozpoznaniu bojem" głos zabrał premier Władimir Putin, apelując o utworzenie "wspólnej przestrzeni ekonomicznej od Władywostoku do Lizbony". Jego artykuł pod tym tytułem ukazał się 25 listopada 2010 roku na łamach "Sueddeutsche Zeitung", wzmacniając wymowę wizyty rosyjskiego premiera w Niemczech. Trudno w tym miejscu oprzeć się historycznej reminiscencji. Projekt Putina ujrzał światło dzienne dokładnie w 70. rocznicę ukazania się broszury kojarzonego z nazistami geopolityka niemieckiego Karla Haushofera, zatytułowanej "Blok kontynentalny". Tak pamiętny w naszej historii pakt Ribbentrop-Mołotow był wstępem do jego realizacji. Według Haushofera, blok miały tworzyć: III Rzesza dominująca wówczas nad Europą Zachodnią i Środkową, a więc zachodnią częścią eurazjatyckiego megakontynentu, i Związek Sowiecki władający północno-wschodnią częścią Eurazji. Przewidziano także udział Japonii w tym projekcie.
Blok kontynentalny wymierzony był w Wielką Brytanię, największe mocarstwo ówczesnego świata. By zachwiać jej pozycją, zaatakowano w 1939 roku Polskę traktowaną jako naturalnego sojusznika brytyjskiej potęgi morskiej i stanowiącą zasadniczą część "kordonu sanitarnego" oddzielającego Niemcy od Rosji.
To, co się dzieje obecnie na eurazjatyckim masywie kontynentalnym, nosi znamiona powtórki bloku kontynentalnego. Zmienił się podmiot polityczny, w który projekt ten jest wymierzony. Obecnie są nim Stany Zjednoczone traktowane notabene jako geopolityczny sukcesor imperium brytyjskiego.
Istota euro
Jak przebiega realizacja projektu w zachodniej części Eurazji? Od dłuższego już czasu żyjemy pod wrażeniem kryzysu w krajach Unii Europejskiej, które przyjęły wspólną walutę w postaci euro. Nie od rzeczy będzie więc zwrócić uwagę na genezę i charakter tej waluty.
Jeśli (w polityce) nie wiadomo, o co chodzi, to wiadomo, że chodzi o pieniądze. Jeśli (w finansach) nie wiadomo, o co chodzi, to wiadomo, że chodzi o politykę. Euro pomyślane było jako projekt głównie polityczny i taką też rolę - choć w pewnym punkcie diametralnie zmienioną - odgrywa także dzisiaj. Dwa zasadnicze zadania polityczne legły u narodzin wspólnej europejskiej waluty. Pierwotnym celem realizowanym do dziś jest walka z hegemonią amerykańską. Francuski geopolityk Henri de Grossouvre, propagator osi Paryż - Berlin - Moskwa, stwierdzał bez ogródek: "Podstawą potęgi amerykańskiej jest dolar". Żeby osłabić Amerykę, trzeba zatem osłabić dolara. Dolar przeszedł w swej historii długą i skomplikowaną drogę znaczoną m.in. niezwykle wysokim spadkiem jego wartości. Kluczowym momentem w jego najnowszej historii był rok 1971, kiedy to prezydent Richard Nixon ogłosił, że Stany Zjednoczone "tymczasowo" zawieszają wymienialność dolara na złoto, co trwa do dziś. Paradoksalnie nie zachwiało to pozycją dolara jako waluty światowej. Po kilku latach, w 1975 roku, po mistrzowsku rozgrywając sytuację na Bliskim Wschodzie (pierwszy kryzys naftowy), Amerykanie sprawili, że dolar stał się walutą rozliczeniową w handlu ropą naftową. Straciwszy więc pokrycie w złocie, dolar zyskał faktycznie pokrycie w bliskowschodniej ropie naftowej. I tej jego pozycji Amerykanie strzegą jak źrenicy oka. Jest to zrozumiałe. Około 70 proc. wydrukowanych dolarów krąży poza terytorium Stanów Zjednoczonych. Używa się ich jako waluty w transakcjach handlowych, głównie ropą naftową, stanowią też rezerwę walutową w bankach centralnych różnych państw. Spadek zaufania do dolara jako waluty światowej spowodowałby powrót tej masy banknotów do USA, gigantyczną inflację i załamanie gospodarcze, które mogłoby przerodzić się w katastrofę polityczną. Taki zresztą czarny scenariusz dla Stanów Zjednoczonych przewidywał prof. Igor Panarin z moskiewskiej Akademii Dyplomatycznej.
Drugim celem politycznym, który miało spełniać euro, zwłaszcza w zamierzeniach Francuzów, miała być kontrola potęgi ponownie zjednoczonych Niemiec. Problem niemiecki nigdy nie zginął z pola widzenia zachodnich mężów stanu. W okresie zimnej wojny gen. Charles de Gaulle usiłował neutralizować wzrost znaczenia Niemiec Zachodnich poprzez zbliżenie z nimi (traktat elizejski). Kiedy mający wątpliwości co do słuszności tej strategii Henry Kissinger zapytał prezydenta Francji, w jaki sposób uchroni swój kraj przed dominacją niemiecką, ten odpowiedział krótko: "par la guerre" (drogą wojny). Likwidacja żelaznej kurtyny otworzyła drogę do zjednoczenia Niemiec. Kolejny prezydent Francji Fran÷ois Mitterrand najpierw starał się wyperswadować Michaiłowi Gorbaczowowi zgodę na zjednoczenie, ale jego wizyta w Kijowie nie przyniosła rezultatu. Przyjęto więc, że potęgę Niemiec bazującą na sile ich narodowej waluty można będzie kontrolować za pomocą wspólnej waluty europejskiej, jaką stało się euro. Obecne wydarzenia, których areną jest strefa euro i cała Unia Europejska, pokazują, jak bardzo się mylono. Dzisiaj to Niemcy kontrolują Europę za pomocą euro.
Kryzys
Od trzech lat jesteśmy świadkami głębokiego kryzysu dotykającego kraje tworzące strefę euro. Rozpoczął się on od Grecji. W jej przypadku, a także innych krajów południa Europy i Irlandii, po przyjęciu euro ujawniła się zasadnicza nierównowaga ekonomiczna UE: podział na stojące wyżej technologicznie kraje północy, zwłaszcza Niemcy, oraz względnie zacofane wobec nich kraje południa.
Przed wstąpieniem do strefy euro Grecja miała zbilansowaną wymianę handlową z Niemcami. Od tamtej pory jej sytuacja gwałtownie się pogarsza. Podobnie było w przypadku Irlandii. Irlandzki komentator Kevin Myers tak opisuje sytuację swojego kraju: "Kiedy mieliśmy własną walutę i własne stopy procentowe, mieliśmy naturalną obronę, tamę przed zatopieniem nas przez Wielkie Niemcy. Ale euro - wielkoniemiecka marka - zniszczyło tę linię obrony do tego stopnia, że co najmniej dwa pokolenia Irlandczyków będą zmagać się z niemożliwymi do spłacenia długami na rzecz Wielkoniemieckiego Banku Imperialnego, który nosi mylącą nazwę Europejskiego Banku Centralnego". Ten aspekt kryzysu strefy euro rzadko jest podnoszony. Natomiast wobec narodów południowej Europy rozpętano nieprzebierającą w środkach akcję propagandową. Kreowano obraz finansowo nieodpowiedzialnych, leniwych południowców, przechodzących na emeryturę wcześniej niż pracowici, odpowiedzialni Niemcy - taką sugestię można było usłyszeć z ust samej kanclerz Angeli Merkel. Przemawiając w Meschede, stwierdziła ona: "Jest rzeczą ważną, żeby ludzie w takich krajach, jak Grecja, Hiszpania i Portugalia, nie przechodzili na emeryturę wcześniej niż Niemcy - żeby każdy miał mniej więcej takie same prawa. To jest ważne".
A jednak nawet niemiecki tygodnik "Der Spiegel" (18 maja 2011) musiał przyznać, że według danych UE faktyczny średni wiek przechodzenia na emeryturę w Niemczech wynosi 62,2 lat, natomiast w Hiszpanii 62,3, w Portugalii 62,6 lat, a więc jest wyższy! I tylko w Grecji jest on nieznacznie niższy niż w Niemczech - wynosi bowiem 61,5 lat. Co więcej, jeśli wziąć pod uwagę samych mężczyzn, to Niemcy przechodzą na emeryturę wcześniej niż Grecy i prawie o pięć lat wcześniej niż Portugalczycy.
Niewiele wspólnego z prawdą ma także kreowany przez koła niemieckie obraz krajów południa Europy jako utracjuszy gotowych żyć na kredyt pracowitych Niemców. Sprawność propagandy niemieckiej jest w tej materii zdumiewająco wysoka i nawet ludzie sceptyczni wobec polityki Berlina przyjmują za dobrą monetę mity tworzone w stolicy naszego zachodniego sąsiada. Podstawowy przekaz, dotykający także nas, brzmi: Niemcy są największym płatnikiem do unijnej kasy (połowa wpłat). Ten mit usuwa z pola widzenia opinii publicznej fakt, że Niemcy są największym beneficjentem zarówno rozszerzenia Unii na wschód, jak i powstania strefy euro. Amerykańscy autorzy Matthias Matthijs i Mark Blyth podają, powołując się na Eurostat, że nadwyżki w handlu między Niemcami a resztą Unii wzrosły z 46,4 mld euro w 2000 roku do 126,5 mld euro w roku 2007. Równie korzystnie kształtował się bilans handlowy Niemiec z południowymi krajami strefy euro. Grecja w 2000 roku notowała w handlu z Niemcami deficyt w wysokości 3 mld euro, w 2007 roku ten deficyt wzrósł do 5,5 mld euro. W przypadku Włoch deficyt się podwoił: z 9,6 mld euro w 2000 roku do 19,6 mld w roku 2007. Jeszcze gorzej wygląda bilans Hiszpanii. Jej deficyt w wymianie z Niemcami w tym samym czasie niemal się potroił: z 11 mld do 27,2 mld euro. A w przypadku Portugalii zwiększył się czterokrotnie: z 1,2 mld do 4,2 mld euro. Niemcy notowały także wysoki przyrost rezerw walutowych, które między 2001 a 2009 rokiem zwiększyły się z mniej niż 19 proc. PKB do 26 proc. PKB.
W latach 2003-2008 Niemcy na wielką skalę, obok Francuzów, uruchomiły kredyty dla śródziemnomorskich krajów strefy euro. Dzięki tym środkom mogły one kupować niemieckie towary i ożywiać niemiecką gospodarkę. Jest zatem sporo racji w argumentacji Greków odpowiadających na niemiecką propagandę kontrargumentem: to Niemcy żyli na nasz koszt. Kiedy zaczęły się pierwsze objawy kryzysu, banki niemieckie gwałtownie przykręciły kurek z pieniędzmi. Cytowani wyżej autorzy amerykańscy źródeł kryzysu w strefie euro doszukują się zatem głównie w nieodpowiedzialności kół niemieckich.
Amerykański analityk Tony Corn podważa też mit Niemiec jako kraju finansowo rozważnego. Przypomina, że w momencie zjednoczenia politycy z zachodniej części kraju szacowali, iż w obszar dawnej NRD trzeba będzie zainwestować ok. 600 mld euro, aby wyrównać poziom życia i poziom gospodarczy. W rzeczywistości zainwestowano gigantyczną kwotę 2,4 bln euro i osiągnięto rezultaty dalekie od zamierzonych.
Drugim mitem wytrwale lansowanym przez Berlin i sprzyjające mu koła w innych stolicach europejskich jest fraza o "unijnej pomocy" kierowanej do Grecji i innych zadłużonych krajów strefy euro. Kolejne uchwalane, a idące w dziesiątki miliardów euro pakiety pomocowe rzeczywiście robią wrażenie na opinii publicznej. Ale przypomnijmy wcześniejszą "pomoc unijną" dla Irlandii. Pakiet pomocowy przyjęty pod naciskiem Berlina przez Brukselę wywołał tam społeczne protesty. Odezwały się głosy, że Irlandia nie potrzebuje pomocy i sama sobie poradzi, a np. ekspertyza Banku Inwestycyjnego Goldman Sachs i Barclays Capital stwierdzała, że oceny kryzysu na "zielonej wyspie" były "nierealistycznie pesymistyczne" i że potrzeby kapitałowe Irlandii zostały znacznie przeszacowane. Głównym jednak powodem irlandzkich protestów była świadomość, że najbardziej na finansowej pomocy dla Irlandii skorzystają banki niemieckie, w których była ona zadłużona na kwotę 115 mld euro. Tego faktu nie ukrywały zresztą niemieckie media, pisząc, że pomoc finansowa dla Irlandii stanowi w istocie parasol ochronny dla niemieckich instytucji finansowych. Podobnie rzecz się ma w przypadku Grecji. Pakiety pomocowe pójdą na spłatę greckich długów, a nie na pobudzanie wzrostu gospodarczego kraju, tak aby stanąwszy na nogi, sam zaczął regulować swoje zobowiązania. W tej sytuacji nie dziwi fakt, że ok. 80 proc. Greków nie chce unijnej pomocy i pragnie powrotu do narodowej waluty - drachmy. Inną sprawą jest jednak fakt, że właściwie w Grecji nie ma już żadnych liczących się podmiotów gospodarczych, które mogłyby być lokomotywami rozwojowymi kraju. Fakt zaniku greckiego przemysłu, z przemysłem stoczniowym na czele, potwierdzają niemieccy eksperci.
Komu służy euro
Na przykładzie Grecji widać, że na wszystkich etapach kryzysu i "walki" z nim Niemcy są największym beneficjentem. Korzystali przy narastaniu kryzysu, lokując swoje towary na greckim rynku, korzystają na "pomocy" dla Grecji, bo to niemieckie banki zainkasują sumy pożyczone Grekom, korzystają na zaleceniach zaradczych - niemieckie firmy wykupią za bezcen grecki majątek narodowy przeznaczony do "prywatyzacji". Grecja została zobowiązana do wyprzedaży swego majątku narodowego na kwotę 50 mld euro do 2015 roku, a w procesie "prywatyzacji" doradzać jej będzie Deutsche Bank. Są więc zainteresowane istnieniem strefy euro, ponieważ rozszerza to możliwość ekspansji gospodarczej RFN kosztem innych gospodarek europejskich.
Trzeba przyznać, że czasami w społeczeństwie niemieckim odzywają się głosy nostalgii za marką, ale przedstawiciele wielkich koncernów niemieckich stanowczo odrzucają myśl o powrocie do dawnej waluty. Agencja Reutera przeprowadziła wśród nich ankietę. Zgodnie odrzucili oni jakiekolwiek pomysły o rezygnacji z euro. Reprezentujący koncern BMW Friedrich Eichiner powiedział, że powrót do dawnej waluty byłby katastrofalny i że trzeba uczynić wszystko, żeby do tego nie dopuścić. Poparł go w tym Dieter Zetsche, szef konkurencyjnej firmy Daimler. Frank Appel z Deutsche Post oświadczył: "Euro przynosi wielkie korzyści, zwłaszcza Niemcom, a Europa potrzebuje wspólnej waluty, aby była zdolna konkurować z Ameryką i Azją... Nieważne, jak wysoka by była cena utrzymania euro, będzie to i tak mniej od tego, co euro już przyniosło Niemcom i Europie i będzie dalej przynosić w przyszłości". Także przedstawiciel telekomunikacyjnego giganta Deutsche Telekom podkreślał, że wspólna waluta dała ogromne korzyści Niemcom. Powołał się on na badania grupy konsultingowej McKinsey, która ustaliła, że w jednym tylko 2010 roku aż 165 mld euro z ogólnego niemieckiego PKB powstało za sprawą funkcjonowania wspólnej waluty. Eksperci szacują też, że od wprowadzenia euro powstało w Niemczech 9 mln miejsc pracy.
W tym kontekście łatwiej przyjdzie nam zrozumieć determinację Berlina w ratowaniu euro (czytaj: niemieckich interesów) poprzez zwiększanie grona uczestników kolejnych "pakietów pomocowych". Szczególny nacisk jest położony na rozszerzanie strefy euro. W październiku 2010 roku czeski premier Petr Nec˙as poddany został takiej presji ze strony kanclerz Angeli Merkel. Wychodzący w Pradze dziennik "Lidove Noviny" skwitował to artykułem zatytułowanym: "Niemcy naciskają na Czechów: przyjmijcie euro i płaćcie!". Interesom Berlina wyszedł naprzeciw rząd Donalda Tuska, przyjmując decyzję o zasileniu kwotą prawie 30 mld zł programu "ratowania strefy euro". Kwota ta, horrendalnie wysoka jak na zubożone społeczeństwo polskie, nie zadowoliła jednak kół niemieckich. Wywierają one stały nacisk na wstąpienie Polski do strefy euro. Doszło przy tym do kuriozalnej, choć niestety nienowej w naszej tragicznej historii, sytuacji. Oto datę wstąpienia Polski do strefy euro, 2015 rok, ogłosił Niemiec Martin Schultz, obecnie przewodniczący Parlamentu Europejskiego. Premier Donald Tusk mało zdecydowanie dementował tę informację. Przypomina to sytuację z lipca 1947 roku, kiedy ważyły się losy pomocy amerykańskiej dla zniszczonej II wojną światową Europy znanej jako plan Marshalla. Oto rząd Józefa Cyrankiewicza dowiedział się o tym, że odrzucił plan Marshalla, z komunikatu Radia Moskwa. Premier Cyrankiewicz w 1947 roku, podobnie jak premier Tusk w 2012 roku, nie zdementował tej informacji.
Wojna Niemiec z Europą
Komentator ekonomiczny londyńskiego "Timesa" Anatole Kaletsky poczynił w listopadzie 2011 roku sarkastyczną uwagę: "Jeśli Clausewitz ma rację, że "wojna jest kontynuacją polityki innymi środkami", to Niemcy są znowu w stanie wojny z Europą - w tym sensie, że Niemcy próbują osiągnąć charakterystyczne cele wojenne: rewizję granic i podporządkowanie sobie innych narodów". Zdaje on sobie sprawę z kontrowersyjności swego sądu, ale proponuje chłodny opis wydarzeń ostatnich miesięcy w Europie. Wyłania się z niego następujący obraz: "Niemiecka kanclerz Angela Merkel konsekwentnie twierdzi, że Niemcy będą "robić, co trzeba", aby ratować euro. Ale faktycznie konsekwentnie odrzuca podjęcie jakichkolwiek niezbędnych działań - a ponadto uniemożliwia instytucjom europejskim podjęcie takich akcji, nawet wtedy, kiedy niemieckie weto nie ma żadnego prawnego czy moralnego uzasadnienia". Patrząc racjonalnie na problemy strefy euro, Kaletsky podpowiada szokujące rozwiązanie: żeby uratować strefę euro, trzeba z niej wyrzucić nie Grecję, ale Niemcy!
O co więc chodzi Niemcom? Pod pozorem zwiększenia dyscypliny finansowej proponują ustalić system kontroli nad uchwalaniem budżetu. W Grecji miano utworzyć urząd unijnego komisarza, który by kontrolował greckie finanse. Reakcja Greków była znamienna: Berlin chce nam przysłać gauleitera! Uchwalanie budżetu jest jednym z podstawowych atrybutów suwerenności państwowej. Ograniczanie tego uprawnienia jest więc zamachem na suwerenność. W czerwcu 2011 r. wpływowy "Frankfurter Allgemeine Zeitung" sens proponowanych dla Grecji rozwiązań zrekapitulował w następujący sposób: "Faktycznie Grecja na czas nieokreślony stanie się ograniczoną demokracją. Grecki naród będzie mógł w wyborach wybierać, kogo zechce - ale niczego to nie zmieni".
Na fali kryzysu zadłużeniowego Włoch ożywiła się separatystyczna Liga Północna, domagając się podziału państwa włoskiego według wzorca czechosłowackiego. Jak wiadomo, po zjednoczeniu Niemiec, w latach 90. Europa była świadkiem dwóch modeli dezintegracji państwowej. Był to z jednej strony "aksamitny rozwód", który dotknął Czechosłowację, a z drugiej krwawy rozbiór, który stał się udziałem Jugosławii. Generał Pierre-Marie Gallois, swego czasu doradca prezydenta Francji gen. de Gaulle´a, uważany za ojca francuskiej doktryny nuklearnej, konsekwentnie reprezentował tezę, że za krwawymi wojnami domowymi w Jugosławii stały niemieckie służby specjalne, niemieckie pieniądze, niemieckie dostawy broni oraz niemiecka dyplomacja. Generał Duhacek, szef służb specjalnych titowskiej jeszcze Jugosławii, wyjawił, że minister spraw zagranicznych RFN Hans Dietrich Genscher przekazał 800 mln marek na wojnę domową w Jugosławii (zob. Jźrgen Elsässer, 800 Millionen Mark fźr einen Bźrgerkrieg. Titos Geheimdienstchef Antun Duhacek erzählt, wie der BND Jugoslawien zerstört hat, 14.08.2003).
"Ideowe" podstawy rozbioru Jugosławii, z wykorzystaniem zasady "prawa narodów do samostanowienia", zostały opracowane przez grupę niemieckich ekspertów występujących jako "Arbeitsgemeinschaft Alpen-Adria". Prace te rozpoczęły się już w latach 70. XX wieku i posiadały wsparcie rządów Bawarii. Jest rzeczą charakterystyczną, że Alpen-Adria obszarem swojego działania obejmuje także północne Włochy, gdzie żywe są tendencje separatystyczne. Jest ona zresztą jedną z wielu niemieckich grup badawczych zajmujących się "restrukturyzacją" państw europejskich. Wywodzący się z tych grup eksperci lansują np. tezę, że Francja jest "sztuczną konstrukcją jakobińską" i też powinna poddać się "restrukturyzacji". Mowa jest o podzieleniu jej na kilka państewek i pozbawieniu dostępu do Morza Śródziemnego. Nic zatem dziwnego, że niemieckie zabiegi są przedmiotem wnikliwych studiów politologów i geopolityków francuskich. Jeden z nich Pierre Hillard opublikował w 2004 roku studium zatytułowane: "Mniejszości i regionalizmy w federalnej Europie regionów", ze znamiennym podtytułem: "Plan niemiecki, który wywróci Europę". Inny, Edouard Husson, wyrażał nadzieję, że Niemców uda się przekonać do tezy, iż silna Europa może się opierać jedynie na współpracy państw narodowych. Inny wariant, Europa Regionów, przyniesie jedynie ogólnoeuropejski chaos i niekończące się konflikty. Ale sami historycy niemieccy przyznają, że istotą polityki europejskiej Niemiec, i to od czasów Bismarcka, jest "parcelacja etniczna Europy".
Kieruje się ona zarówno przeciwko państwom Europy Zachodniej (Francja, Hiszpania, Wielka Brytania, Włochy), jak i przeciwko państwom naszej części kontynentu, w tym także przeciwko Polsce. Już w 1991 roku poseł do Bundestagu Hartmut Koschyk ogłosił rozpoczęcie dyskusji nad "regionalizacją Polski według niemieckiego wzoru". W polskim pejzażu politycznym pojawił się "naród śląski", "naród kaszubski", a zapewne w tej materii nie powiedziano jeszcze ostatniego słowa. Przy okazji ostatniego spisu powszechnego redaktor wydawanej przez Neue Passauer Presse "Gazety Wrocławskiej" zadeklarował, że gdyby tylko mógł, to w spisie zadeklarowałby "narodowość dolnośląską". Są to oczywiście konstrukcje sztuczne, tak jak sztucznym tworem był tworzony w czasie wojny, pod egidą szefa SS Heinricha Himmlera, tzw. naród góralski (Goralenvolk). Niemniej w warunkach krytycznych mogą one wyrządzić wiele zła polskiej racji stanu.
Możemy także spodziewać się podsycania sztucznego separatyzmu regionalnego. Czerwcowy numer (z 2011 roku) wydawanego przez Axel Springer Verlag miesięcznika "Forbes" zamieścił na okładce portrety prezydentów trzech najbardziej zadłużonych miast polskich: Krakowa, Wrocławia i Poznania, wraz z ich politycznym manifestem: "Albo rząd da nam niezależność, albo weźmiemy ją sobie siłą". Z tekstu wewnątrz numeru dowiadujemy się, że niezależność od władzy centralnej jest prezydentom potrzebna po to, aby dalej, już w nieskrępowany sposób, zaciągać długi.
Kryzys w strefie euro musi budzić niewesołe refleksje. Powiedzieć, że wspólna waluta konserwuje nierównomierności rozwoju gospodarczego i poziomu życia narodów Europy, to mało. Przykład Grecji i innych krajów południa pokazuje, że euro te nierównomierności dramatycznie pogłębia. Poza tym euro stało się narzędziem w rękach Berlina służącym do ekonomicznej i przede wszystkim politycznej kontroli nad narodami Europy. Kontrola ta ma według zamierzeń sięgnąć głęboko, aż do dezintegracji, parcelacji historycznie ukształtowanych państw narodowych. I dopiero tak "zrestrukturyzowana" niemiecka Europa posłuży do tworzenia "wspólnej przestrzeni od Władywostoku do Lizbony".
Modlitewne weto dla in vitro -Bogusław Rąpała
Przed ośrodkiem in vitro na ul. Złotej w Warszawie wolnym krokiem przechadzają się dwie młode dziewczyny. Modlą się na różańcu, rozdają ulotki, czasem rozmawiają z przechodniami. Po jakimś czasie przychodzi kolejna osoba. Bierze od dziewczyn trzymany przez nie banner i rozpoczyna kolejną godzinę modlitewnego dyżuru. I tak do późnych godzin wieczornych, kiedy placówka zostaje zamknięta.
Ci młodzi ludzie to uczestnicy akcji "40 dni dla Życia", która rozpoczęła się w Środę Popielcową i potrwa do Niedzieli Palmowej. Pomysł zaczerpnięty został z amerykańskiej kampanii "40 Days for Life" i jest częścią ogólnoświatowej kampanii w obronie życia. Głównym założeniem jest nieustanna modlitwa wyrażająca sprzeciw wobec wykonywania procedury in vitro. Biorą w niej udział członkowie Katolickiego Stowarzyszenia Młodzieży (KSM), które jest organizatorem, oraz szereg innych ruchów i wspólnot katolickich, jak również osoby niezrzeszone. Modlą się w intencji poczętych dzieci, których śmierć jest wpisana w metodę pozaustrojowego zapłodnienia, za rodziców decydujących się na tę procedurę, a także w intencji osób stanowiących prawo i lekarzy pracujących w ośrodkach in vitro.
Solidarność z najsłabszymi
Krucjata modlitewna "40 dni dla Życia w Warszawie" to jedna z kilku inicjatyw pro-life, w jakie angażuje się KSM, wzorowana na akcjach modlitewnych prowadzonych przed klinikami aborcyjnymi na terenie Stanów Zjednoczonych. - Tam widać już wspaniałe efekty: tysiące osób zrezygnowało z zamiaru zabicia swojego dziecka, dziesiątki osób odeszło z pracy w przemyśle aborcyjnym, a ponad 20 ośrodków zostało zamkniętych - mówi Michał Baran z warszawskiego KSM, główny organizator akcji. - U nas w Polsce nie ma takiej swobody w dokonywaniu aborcji, ale nie mniejszą tragedią jest procedura in vitro. Dlatego trzeba głośno i zdecydowanie sprzeciwiać się jej - podkreśla.
Jak pokazują badania, do 95 proc. dzieci poczętych tą metodą ginie przed narodzeniem. Dlatego Joanna Rau ze wspólnoty akademickiej Woda Życia nie ma wątpliwości, że metoda in vitro niszczy życie ludzkie na samym początku jego rozwoju. - To możliwość wystąpienia w obronie najsłabszych i najmniejszych. Ja się z nimi solidaryzuję - mówi o swoim udziale w akcji.
- Jestem pewna, że modlitwa w obronie życia może przynieść obfite owoce - wyznaje z przekonaniem Magdalena Wysmołek, która modli się razem ze swoją siostrą bliźniaczką Pauliną. Siostry uważają, że są tutaj również po to, aby innym mówić o tym, że wbrew rozpowszechnianym opiniom in vitro nie jest metodą leczenia niepłodności. - Nie pokazuje się tego, że istnieje rzeczywista droga do uleczenia niepłodności, czyli naprotechnologia.
Spośród pięciu miejsc w Warszawie, gdzie przeprowadza się zabiegi in vitro, wybrano ośrodek znajdujący się w centrum stolicy, który otwarty jest najdłużej w ciągu dnia. - Wchodzimy na nowy front, na którym trzeba przezwyciężyć ludzkie emocje. Różne media i środowiska zarzucają nam, że nie chcemy, aby kobieta w końcu doczekała się upragnionego dziecka. A przecież in vitro jest nie tylko nieetyczne, ale również mało skuteczne, bo przecież tylko co piąta para, która decyduje się na tę metodę, faktycznie może cieszyć się z potomstwa - podkreśla Michał Baran.
Przypudrowany wizerunek in vitro
- Nie podoba mi się to, że wszędzie w mediach o in vitro mówi się w samych superlatywach. Nie podaje się natomiast żadnej alternatywy, bo nie wspomina się o naprotechnologii - wskazuje Agnieszka Chomicz. Sama spodziewa się narodzin dziecka i za swój chrześcijański obowiązek uważa świadczenie, że to, co się dzieje w tym ośrodku, jest złe i ona się z tym nie zgadza.
Średnio dwa razy w tygodniu na ul. Złotej czuwa również Michał Stelmach. - In vitro służy unicestwieniu człowieka, a nie jego dobru - tak tłumaczy powody zaangażowania się w akcję "40 dni dla Życia". Także on wskazuje, że ze względów komercyjnych procedurze in vitro stwarza się "życiodajny wizerunek". - A prawda jest zupełnie inna. Dlatego ważne jest, aby ludzie zobaczyli, że ktoś się sprzeciwia tej metodzie, aby pomyśleli przez chwilę i nie przyjmowali w ciemno tego, co dziś mówi świat - podkreśla.
Łukasz Rosiak czuwanie w obronie życia przed ośrodkiem traktuje również jako swego rodzaju wielkopostne umartwienie. - Dla mnie metoda in vitro to morderstwo wielu istnień ludzkich - podkreśla. Opowiada, że oprócz objawów niechęci ze strony mijających go osób zdarzają się również dowody sympatii i solidarności. - Niektórzy podchodzą, uśmiechają się i klepią mnie po ramieniu, mówiąc: "Popieram". Jeszcze inni nie dowierzają, że w wyniku in vitro dochodzi do zabicia niewinnych dzieci.
Uczestnicy krucjaty modlitewnej wskazują jeszcze na inne niebezpieczne konsekwencje procedury in vitro: wielokrotnie zwiększone ryzyko wystąpienia wad rozwojowych u narodzonych dzieci, dwa razy częstsze przedwczesne porody i niską masę urodzeniową dziecka, ryzyko uszczerbku na zdrowiu kobiety oraz uprzedmiotowienie pacjentów i narażenie na szwank ich zdrowia psychicznego.
Warszawskie Katolickie Stowarzyszenie Młodzieży organizuje otwarte spotkania, w czasie których poruszane są tematy bioetyczne, takie jak naprotechnologia, naturalne metody planowania rodziny, a także in vitro, antykoncepcja czy eutanazja. Odbywają się one średnio raz w miesiącu w młodzieżowym klubie Aromat, a ich gośćmi są między innymi lekarze i działacze pro-life. Natalia Suszczewicz, lekarz i nauczyciel metod rozpoznawania płodności, prowadzi spotkania na tematy związane właśnie z in vitro. - Trafiają do mnie pary po nieudanych zabiegach. Pary, które leczą się z powodu problemu z płodnością. Ich podstawowym problemem jest to, że nie mają dobrze postawionej diagnozy. W ośrodkach zajmujących się metodą in vitro często są one diagnozowane niedokładnie. Według europejskich statystyk około połowy par wychodzi z takich placówek z diagnozą "przyczyna nieznana", a tak naprawdę można ją zdiagnozować oraz leczyć - zaznacza lekarz. A to z kolei może być bardzo niebezpieczne dla samych rodziców. - Stan ich zdrowia prokreacyjnego wpływa na stan zdrowia całego organizmu. Sama niepłodność, choć definiowana jako choroba, jest naprawdę objawem różnych chorób - najczęściej przewlekłych schorzeń. A one wymagają diagnostyki i dobrego leczenia - podkreśla Natalia Suszczewicz.
Modlitewny namiot w Legnicy
Akcja "40 dni dla Życia" prowadzona jest również w Legnicy. Inicjatywy w obronie życia dzieci poczętych mają tam już swoją tradycję. Od czterech lat w Niedzielę Palmową organizowane są w tym mieście Marsze dla Życia. W tym roku tamtejszy oddział Katolickiego Stowarzyszenia Młodzieży na rynku w samym centrum miasta, obok archikatedry, ustawił wielki namiot, w którym znajduje się obraz Matki Bożej z Guadalupe, Patronki dzieci nienarodzonych.
Tak jak przed ośrodkami aborcyjnymi w Stanach Zjednoczonych osoby pod legnickim namiotem przez całą dobę modlą się w intencji życia poczętego. - Jest zachowana ciągłość w modlitwie. Odmawiany jest Różaniec, Koronka do Miłosierdzia Bożego, czytane jest Pismo Święte i śpiewane są pieśni maryjne. Mamy nadzieję, że wytrwamy te czterdzieści dni. Akcja zakończy się Marszem dla Życia w Niedzielę Palmową - tłumaczy Katarzyna Łasek, przewodnicząca Komitetu Organizacyjnego Legnickiego Marszu dla Życia, a zarazem prezes Zarządu Katolickiego Stowarzyszenia Młodzieży Diecezji Legnickiej. Oprócz aspektu modlitewnego kilka osób w ciągu dnia pełni kilkugodzinne dyżury, w czasie których prowadzona jest akcja uświadamiająca. Do rozdania mają prawie 20 tys. różnego rodzaju materiałów pro-life. - Można uzyskać informację, jakie są skutki aborcji, gdzie można się zgłosić po pomoc i poradę, a także gdzie znajdują się "okna życia" - wyjaśnia Katarzyna Łasek.
- Chodzi nam o zmianę sposobu myślenia. Ludzie muszą mieć świadomość, że dziecko poczęte to człowiek, a nie zlepek komórek - podkreśla ks. Janusz Wilk, duszpasterz młodzieży i koordynator akcji. Podkreśla, że inicjatywy związane z obroną życia wymagają męstwa i zdecydowanych działań. Zachęca legniczan i mieszkańców okolicznych miejscowości do przychodzenia pod namiot. - Jest nas wielu, ale mogłoby być jeszcze więcej. Tu chodzi o ludzkie życie. Chcielibyśmy, żeby ludzie nie wstępowali tylko na chwilę, ale odnaleźli w sobie misję, zostali dłużej i wierzyli w moc modlitwy - podkreśla.
Wielkopostna krucjata modlitewna "40 dni dla Życia" w intencji dzieci poczętych trwa również w diecezji kieleckiej. Prowadzona jest w internecie i może się do niej włączyć każdy, wchodząc na stronę www.duchowaadopcjadziecka.wordpress.com.
Siła modlitwy
Kampania "40 dni dla Życia" przynosi niezwykłe efekty. Można do nich zaliczyć chociażby bardzo dużą liczbę duchowych adopcji dziecka poczętego. Ale tak naprawdę nikt pewnie do końca nie wie, ile istnień ludzkich dzięki modlitewnej krucjacie zostało i jeszcze zostanie uratowanych. Pojawiają się także pierwsze owoce akcji przed warszawskim ośrodkiem in vitro. Świadczy o tym chociażby wydarzenie sprzed kilku dni, którego świadkami były Agnieszka Chomicz i jej koleżanka. - Podszedł do nas mężczyzna i powiedział, że widząc naszą akcję, zrezygnował ze zlecenia, jakie miał do wykonania w tym ośrodku. Dziękował nam za obecność tutaj, bo to uświadomiło mu, że w tej klinice wykonywane są zabiegi in vitro - opowiada Agnieszka.
Magdalena i Paulina Wysmołek zapytane, skąd biorą odwagę i siłę, aby brać udział w takiej jak ta akcji - modlić się publicznie w centrum miasta i mówić o rzeczach trudnych - odpowiadają, że ze swojej relacji z Panem Bogiem. - Pan Jezus narażał się dużo bardziej - dodają.
To jest tylko projekt
Z ks. abp. Sławojem Leszkiem Głódziem, współprzewodniczącym Komisji Wspólnej Rządu i Episkopatu, rozmawia Małgorzata Pabis
Jak strona kościelna przyjęła propozycję rządu o zmianach w finansowaniu Kościołów i wspólnot wyznaniowych?
- Powiem szczerze, że czwartkowe spotkanie Komisji Wspólnej Rządu i Episkopatu było jednym z trudniejszych, w jakich brałem udział. Propozycja, jaką złożył nam rząd, była dla nas totalnym zaskoczeniem. W pewnym momencie nastąpiła nawet konsternacja, gdyż ks. Józef Kloch, rzecznik prasowy KEP, odebrał telefon, w którym dziennikarze pytali o zdanie strony kościelnej na temat propozycji odpisu 0,3 proc. ze strony każdego podatnika na rzecz Kościoła. Od razu zapytałem ministra Michała Boniego, co to ma znaczyć, że dziennikarze dowiadują się szybciej o projekcie niż zainteresowana strona. Okazało się bowiem, że projekt już o godzinie 11.00 został umieszczony na stronach Ministerstwa Administracji i Cyfryzacji. Powiedziałem też już na początku, że dialog podtrzymujemy, ale przedstawiony nam projekt traktujemy jedynie jako punkt wyjścia do rozmów w komisji konkordatowej. Już w przyszłym tygodniu w ramach tej komisji powołany zostanie specjalny zespół finansowy, który będzie debatował nad całościowym modelem finansowania Kościoła. Sprawa jest bardzo poważna i wszystko musi zostać ustalone w ramach bilateralnych rozmów. Jaki będzie rezultat prac, przekonamy się wkrótce.
A co można powiedzieć o samej propozycji rządowej 0,3 proc. odpisu podatkowego na Kościoły i związki wyznaniowe?
- To jest propozycja rządowa i mamy nadzieję, że ona jest do dyskusji. Z naszej strony nie ma przyzwolenia na ten projekt, choć wiele mediów już przedstawia to w taki sposób, jakbyśmy wszystkiemu przyklasnęli. Tak jednak nie jest.
Jednym z tematów spotkania z przedstawicielami rządu były kwestie polityki prorodzinnej. Zarzucił Ksiądz Arcybiskup stronie rządowej, że nie prowadzi takiej polityki...
- Powiedziałem, że od roku ani razu nie spotkał się zespół ekspertów ds. polityki rodzinnej, który działa w ramach Komisji Wspólnej Rządu i Episkopatu, a w 2008 roku została przyjęta wspólna deklaracja. Dzięki temu spotkaniu zespół wznowił swoje prace i mam nadzieję, że "wrócą na stół" pewne sprawy: rodzin wielodzietnych, zapaści demograficznej, pomocy matkom, emerytur itd.
Ksiądz Arcybiskup pytał też stronę rządową o dyskryminację Telewizji Trwam w procesie cyfryzacji. Czy pojawiały się jakieś wyjaśnienia?
- Na spotkaniu obecni byli i pan Dworak, i pan Luft z KRRiT. Jako że Episkopat Polski podtrzymał wcześniejsze stanowisko Rady Stałej KEP, która zaapelowała o przyznanie Telewizji Trwam miejsca na cyfrowym multipleksie, organizowane są manifestacje w jej obronie, a także zebrano ogromną ilość podpisów, pytałem, jakie są możliwości otrzymania przez tę katolicką stację miejsca na multipleksie. Pan Dworak oczywiście powtórzył wszystkie swoje błędne opinie, które ciągle przytacza i które są już powszechnie znane. Podkreślił, że na przełomie 2012 i 2013 roku KRRiT po raz kolejny będzie rozdawała miejsca na multipleksie. Podsumowując - nic nowego nie dowiedzieliśmy się w tej sprawie.
Czy w czasie spotkania pojawiły się jakieś nowe zapowiedzi ze strony rządu?
- Strona rządowa zapewniła, że w najbliższym czasie zostanie wprowadzona nowelizacja w prawie mówiąca o tym, że hospicja nie będą traktowane jako podmioty gospodarcze. Mamy także zapewnienie, że religia wciąż będzie finansowana z subwencji oświatowej. Nad stosownymi zmianami ma pracować specjalny zespół roboczy, w którym zasiądzie zarówno strona kościelna, jak i rządowa. Mam nadzieję, że wypracuje on takie zapisy, które nie będą budziły żadnych wątpliwości. Ostatnie zmiany doprowadziły do ogromnego zamieszania i zostały podjęte jednostronnie, a przecież konkordat jednoznacznie mówi, że tak nie może być.
Jeśli teraz strona rządowa wycofuje się z tych zapisów w prawie, dlaczego w ogóle zostały wprowadzone?
- To dobre pytanie i też je zadaliśmy stronie rządowej. Pani minister Krystyna Szumilas mocno się tłumaczyła, ale sekretarz generalny KEP ks. bp Wojciech Polak od razu zaznaczył, że strona kościelna wyrażała swoje obawy w związku z wprowadzonymi zmianami i prowadziła w tej sprawie korespondencję z MEN. Tak więc zapewne rząd zdawał sobie sprawę z tego, że nowe rozporządzenie zaniepokoi zarówno społeczeństwo, jak i Kościół. Dlaczego zdecydował się na ten krok, to już chyba tylko oni wiedzą.
Dziękuję za rozmowę.
Placet na rosyjskie błędy -Anna Ambroziak
Rodziny smoleńskie są oburzone wypowiedzią Donalda Tuska. Premier stwierdził, że nie rozumie ich determinacji w sprawie ekshumacji ciał ich bliskich. Zdaniem Tuska, ekshumacja ciał ofiar to "bardzo delikatny temat". - Nie powinienem komentować determinacji niektórych rodzin na rzecz ekshumacji zwłok, nawet jeśli nie rozumiem tej determinacji, bo nie rozumiem. Ale widocznie jest jakaś potrzeba, która tkwi w zranionych uczuciach rodzin ofiar - mówił wczoraj premier, odpowiadając na pytania dziennikarzy, czy ekshumacja ciała wicepremiera Przemysława Gosiewskiego może świadczyć o tym, że Rosjanie nie przyłożyli się do sekcji zwłok ofiar katastrofy, i czy popełniali błędy w tej kwestii. W ocenie szefa rządu, po katastrofie lotniczej trudno spodziewać się, żeby "wszystkie dane dotyczące ciał były perfekcyjne". Rodziny i ich pełnomocnicy są oburzeni takim postawieniem sprawy. - Najwidoczniej pan premier nie ma takiej empatii, nie potrafi przeżywać tragedii, to ja mu gratuluję. Jeżeli dowiedziałby się, nie widząc ciała swojej bliskiej osoby, że zamiast blondynem jest brunetem i zamiast metra osiemdziesięciu ma ona metr pięćdziesiąt i by mu to nie przeszkadzało, to trudno - mówi Bartosz Kownacki, pełnomocnik Ewy Błasik, wdowy po Andrzeju Błasiku, dowódcy Sił Powietrznych. - Pan premier w ogóle nie rozumie reguł postępowania przygotowawczego. Nie rozumie, co to znaczy prowadzić takie postępowanie. I taką postawę pan premier reprezentuje od początku, dając tym samym sygnał, że nie życzy sobie dogłębnego wyjaśniania tego, co wydarzyło się w Smoleńsku - komentuje w rozmowie z "Naszym Dziennikiem" Małgorzata Wassermann, córka ministra Zbigniewa Wassermanna.
Wojskowa Prokuratura Okręgowa w Warszawie, prowadząca śledztwo w sprawie katastrofy smoleńskiej, poinformowała wczoraj w specjalnym komunikacie, że ekshumacja ciała Przemysława Gosiewskiego zostanie przeprowadzona w "najbliższym czasie". Biegli dokonali dotąd jednej czynności otwarcia zwłok - chodzi o ciało Zbigniewa Wassermanna. Wniosek o ekshumację Przemysława Gosiewskiego wdowa Beata Gosiewska złożyła już trzy miesiące po tragedii. - Byłam przekonana o słuszności tego kroku. Złożyłam wniosek trzy miesiące po katastrofie, widząc, że te czynności nie przebiegały prawidłowo w Rosji. Natomiast ten wniosek ciągle pozostaje bez rozpoznania. W tym momencie prokuratura zarządziła ekshumację niejako z urzędu, nie zwracając uwagi na mój wniosek - mówi Gosiewska. - Dobrze, że taka decyzja zapadła. Prokuratura podejmuje takie decyzje z urzędu, nie musi uzgadniać wniosku, ważne że jest on realizowany. Co innego natomiast, że ta decyzja zapadła dopiero blisko dwa lata po katastrofie. Ale to zupełnie inna kwestia - mówi mecenas Kownacki.
Prokuratura tłumaczy, że decyzja o przeprowadzeniu ekshumacji zwłok jest "decyzją indywidualną o charakterze szczególnym". "Prokuratura prowadząca śledztwo nie podejmuje tego typu decyzji ad hoc. Do jej podjęcia muszą być spełnione określone przesłanki formalnoprawne oraz zgromadzony odpowiedni materiał dowodowy, w oparciu o który może nastąpić takie rozstrzygnięcie procesowe" - pisze prok. płk Zbigniew Rzepa w piątkowym komunikacie Naczelnej Prokuratury Wojskowej. Decyzja o ekshumacji zwłok Gosiewskiego została podjęta ze względu na wątpliwości, które pojawiały się w toku śledztwa, związane z treścią dokumentacji sądowo-medycznej. "Ponieważ jednoznacznie nie wyjaśniono tych wątpliwości, WPO w Warszawie zwróciła się do biegłych z Katedry Medycyny Sądowej Akademii Medycznej we Wrocławiu o stosowną opinię. Biegli uznali, że wątpliwości tych nie da się wyjaśnić w inny sposób jak poprzez oględziny i sądowo-medyczne otwarcie i badanie zwłok, co w konsekwencji oznacza konieczność wyjęcia ciała z grobu. Wobec takiego stanowiska biegłych prowadzący śledztwo prokurator Wojskowej Prokuratury Okręgowej w Warszawie zarządził ekshumację zwłok śp. Przemysława Gosiewskiego. Czynność ta odbędzie się w najbliższym czasie" - informuje prokuratura. Jak dowiedział się "Nasz Dziennik", w skład zespołu będą wchodzić biegli z Katedry Medycyny Sądowej Akademii Medycznej we Wrocławiu, ale też eksperci z Uniwersytetu Medycznego w Gdańsku, z Collegium Medicum Uniwersytetu Mikołaja Kopernika w Bydgoszczy i Collegium Medicum Uniwersytetu Jagiellońskiego. Łącznie zespół będzie tworzyć - według prokuratury - sześć osób.
Spór o biegłego
Beata Gosiewska chce, by w badaniu uczestniczył biegły z USA, Michael Baden, jeden z najwybitniejszych lekarzy sądowych, który badał m.in. ciało prezydenta Johna F. Kennedy´ego. - Byliśmy wielokrotnie oszukiwani, a człowiek okłamywany nie ma już zaufania. Dlatego chciałabym powołać eksperta uznanego, o światowej sławie, z USA, natomiast mam wrażenie, że prokuratura, która powołała swoich ekspertów, nie zamierza powoływać kolejnego. Tak jak pierwszy wniosek jest pozostawiony bez rozpoznania, równie dobrze prokuratura może nie rozpoznać drugiego wniosku - tłumaczy Gosiewska. Wniosek jej pełnomocnika, mec. Rafała Rogalskiego, w tej sprawie wpłynął do Wojskowej Prokuratury Okręgowej w Warszawie 15 marca. Jeżeli śledczy wyrażą zgodę, dołączy on do zespołu biegłych powołanego przez prokuraturę wojskową. W uzasadnieniu wniosku mec. Rogalski wskazał, że "stan polskiej medycyny sądowej daleki jest od standardów przyjętych w rozwiniętych krajach europejskich i USA". Podał też, iż dołączenie do zespołu wskazanego biegłego będzie miało "walor transparentności ustaleń eksperckich". Wojskowa Prokuratura Okręgowa w Warszawie nie podjęła jeszcze decyzji w sprawie rozpatrzenia tego wniosku. Jak zapewnia - o rozstrzygnięciu w tej kwestii w pierwszej kolejności poinformowana zostanie rodzina oraz jej pełnomocnik.
Zdaniem prawników, śledczy powinni przychylić się do wniosku, mimo że wiążą się z tym pewne komplikacje - m.in. trzeba byłoby dokonać szybkiego tłumaczenia dokumentacji sądowo-medycznej na język angielski.
- Absolutnie nie można odmówić tego wdowie. Jeżeli tylko ten człowiek posiada stosowne kwalifikacje i wykaże się nimi przed polskimi organami ścigania, to nie ma powodu do odmowy. Jest to tak wyjątkowa czynność, że tego rodzaju sugestie ze strony rodziny powinny zostać uwzględnione. To nie żaden wyraz braku zaufania do polskich biegłych - ocenia Piotr Pszczółkowski, pełnomocnik Jarosława Kaczyńskiego. Według niego, dla śledczych nie powinien mieć znaczenia w ogóle fakt, iż wniosek wpłynął do prokuratury na krótko przed zamierzonymi czynnościami. - Być może wdowa miała taką możliwość dopiero teraz. Grunt, że wniosek wpłynął przed ekshumacją. Jeżeli biegły stawi się na czynność, nie ma żadnego powodu, by go nie dopuścić. Inaczej prokuratura wykazałaby się złą wolą. Pani Gosiewska ma do tego święte prawo, by taki mąż zaufania przy ekshumacji był - kwituje prawnik.
Tajny traktat Tuska -Artur Kowalski
Prawo i Sprawiedliwość domaga się przedstawienia w Sejmie przez premiera Donalda Tuska informacji w sprawie dodatkowego dokumentu, który rząd zaakceptował wraz z unijnym paktem fiskalnym. Dokument ten określa, w jaki sposób przed Trybunałem Sprawiedliwości będą stawiane państwa łamiące pakt fiskalny.
O istnieniu dodatkowego zobowiązania polski Sejm nie został w ogóle poinformowany. Premier Tusk dał wczoraj do zrozumienia, że żadnego problemu w związku z tą sprawą nie widzi.
Podczas kolejnego posiedzenia Sejmu posłowie Prawa i Sprawiedliwości chcą złożyć wniosek o rozszerzenie porządku obrad o informację premiera w sprawie dokumentu, na jaki rząd przystał w konsekwencji zaakceptowania paktu fiskalnego. Chcieliby też wiedzieć, "ile jeszcze tajnych protokołów zawiera pakt fiskalny". Relację w tej sprawie posłowie PiS chcą również usłyszeć na posiedzeniu sejmowej Komisji do spraw Unii Europejskiej. - Sam fakt podpisywania tajnych protokołów jest naruszeniem prawa. W związku z tym domagamy się informacji ze strony premiera Donalda Tuska na ten temat - powiedział przewodniczący klubu PiS Mariusz Błaszczak. Zwrócił uwagę, że o istnieniu dodatkowego dokumentu do paktu fiskalnego, który będzie przedmiotem ratyfikacji, do tej pory nie zostali poinformowani posłowie. - Widać, jaką postawę ma ta władza. Nie konsultuje z parlamentem, nie rozmawia ze społeczeństwem. To tak jak w przypadku umowy ACTA. Premier Tusk wychodzi i mówi: "Podjąłem decyzję, a później będę ją konsultował". Władza jest arogancka, jest niekompetentna, bo albo nie wie, co podpisuje, albo podpisuje świadomie, łamiąc porządek prawny, jaki w naszym kraju obowiązuje - dodał Błaszczak. Krzysztof Szczerski (PiS) z sejmowej Komisji do spraw Unii Europejskiej jako praktykę nie do przyjęcia ocenił sytuację, w której premier podpisuje dokumenty, nie informując parlamentu ani o tym, że je negocjuje, ani o tym, że je podpisał. - Czy premier miał upoważnienie, żeby ten dokument podpisać? Czy miał w ogóle zamiar w jakikolwiek sposób go ratyfikować w Polsce? Czy też był tak tajny, że nikt o nim miał nie wiedzieć? - dopytywał się Szczerski, były wiceszef MSZ.
O nas bez nas
Krzysztof Szczerski dodał, że dokument, o którym mowa, stanowi dla Polski pewne zobowiązanie. - Nie jest to dokument deklaracji politycznej mówiący o tym, że będziemy razem działać dla dobra świata i Europy, a premier Tusk jest najlepszym premierem na świecie. Nie, to są konkretne zobowiązania, obejmujące obowiązki polskiego państwa. Premier to podpisał, w ogóle nikomu o tym nie mówiąc, chyba że powiedział o tym swoim kolegom z partii - dodał. Jak wyjaśniał, dokument jest rozwinięciem paktu fiskalnego mówiącym o tym, w jaki sposób przed Trybunał Sprawiedliwości będą stawiane państwa łamiące ten pakt. - To jest wykonawczy dokument do paktu, niemniej jednak z jego treści wynika, że to jego część nieodzowna i nie da się jej rozdzielić z traktatem - ocenił Szczerski, specjalista z dziedziny prawa międzynarodowego.
Premier Donald Tusk, reagując na zarzuty opozycji, zdawał się przekonywać, że żadnego problemu nie widzi. Według niego, takie dodatkowe deklaracje towarzyszą "każdemu traktatowi czy prawie każdej decyzji Unii Europejskiej" i "są ustalane na poziomie ambasadorów". - Oczywiście przy naszej wiedzy, ale nie są przedmiotem traktatu czy umowy międzynarodowej. Podlegają dynamicznym zmianom, ocenom, a co do ich treści, istoty one też z punktu widzenia Polski nie mają żadnego znaczenia - mówił Tusk. - Dlatego albo niekompetencja, albo zła wola stoją za tym zamieszaniem. I w najdrobniejszych szczegółach jeszcze tę kwestię sprawdzałem - spodziewając się tego pytania - z moimi ministrami odpowiedzialnymi za politykę europejską i oni byli bardzo, bardzo zdziwieni, że ktoś mógł wpaść na taki pomysł, żeby robić z tego jakieś zamieszanie - dodał premier.
Ministerstwo Spraw Zagranicznych w wydanym wczoraj oświadczeniu stwierdziło, że "Ustalenia dotyczące art. 8 Traktatu nie są częścią Traktatu o stabilności, koordynacji i zarządzaniu w Unii Gospodarczej i Walutowej (tzw. "paktu fiskalnego"), nie są tym samym umową międzynarodową ani protokołem do niej i nie były podpisywane przez szefów państw i rządów. Uzgodnienia odzwierciedlają polityczne ustalenia - mają charakter wspólnej deklaracji złożonej w momencie podpisywania Traktatu. Podobny charakter mają dziesiątki deklaracji składanych przy podpisywaniu kolejnych traktatów zawieranych w ramach UE".
Dla mnie człowiek, to c+u+d, czyli ciało + umysł + dusza. I o tych sprawach myślę i piszę od czasu do czasu.
Nowości od blogera
Inne tematy w dziale Polityka