Jumbo jet zniżył lot i powoli zbliżał się do nowojorskiego międzynarodowego lotniska im. Johna F. Kennedy’ego. Pod nami widać było umykający krajobraz Long Island, dachy domόw, ulice i drogi oraz poruszające się po nich samochody. Byłem w Ameryce! Otwierał się nowy rozdział mojego życia. Pierwszą noc spędziłem w hotelu na Manhattanie. Hotel, chociaż schludny i czysty był już na tyle stary, że jego pokoje nie posiadały klimatyzacji. Za to nad łόżkiem kręcił się wielki, okazały wiatrak. Niewiele to jednak pomagalo, bo - pomimo pόźnej pory – powietrze było ciągle gorące i wilgotne. Nie mogłem spać, wyszedłem więc na ulicę i po krόtkim, kilkunastominutowym spacerze doszedłem do słynnej Madison Square Garden. Tutaj podszedł do mnie jakiś młody murzyn i poprosił mnie o… pieniądze. Dużo słyszałem i czytałem wcześniej o podobnych sytuacjach na nowojorskich ulicach, przedstawianych zazwyczaj jako bardzo niebezpieczne. Na szczęście tym razem nic złego się nie wydarzyło. Odpowiedziałem mu, moim bardzo wtedy słabym angielskim, że właśnie dzisiaj przyleciałem do Nowego Jorku i nie mam żadnych pieniędzy. W świetle wystawowych lamp murzyn dostrzegł nagle wizerunek papieża, ktόry miałem przypięty do bluzy. Z szerokim uśmiechem na ustach powiedział jeszcze tylko: papież Jan Paweł II to dobry człowiek, po czym odwrόcił się i zniknął tak szybko jak się pojawił. Tak właśnie powitała mnie nowojorska ulica. Od moich pierwszych godzin w Nowym Jorku, zacząłem więc, na swόj, trochę ryzykowny sposόb, bo nocą, poznawać miasto i jego mieszkańcόw. Nowy Jork, polityczna i kulturalna stolica świata – miasto, wktόrym możliwe jest wszystko, był i ciągle jest obiektem marzeń milionόw ludzi na całym świecie. Dla mnie rόwnież nie był on obojętny, i już od dawna chciałem spędzić w nim przynajmniej sześć miesięcy. Dlaczego akurat tyle? Bo wydawało mi się rzeczą niemożliwą, aby poznać go w miarę dobrze przez krόtszy okres. Dlatego, gdy w Bad Soden Amerykanie dali mi możliwość wyboru miejsca osiedlenia w Ameryce, bez większego wachania wybrałem dwa miejsca: Nowy Jork lub Boston, ze wskazaniem na to pierwsze miasto. Nie wiedziałem wtedy jeszcze, że przyjdzie mi tutaj spędzić ponad osiem lat mego życia; ze tutaj ożenie się, i że tutaj przyjdą na świat moje dzieci, dwie cόrki: Veronica i Ola. Na długo przed przyjazdem tutaj, miałem tu już swoje ulubione miejsca, ktόre teraz mogłem wreszcie poznać naprawdę. Do miejsc tych należały: legendarny Broadway, wieże World Trade Center, Park Avenue z budynkiem PanAm w tle (dziś jest to już MetLife), oraz oczywiście Times Square. Pόźniej, już po przyjeździe do Nowego Jorku, będzie to jeszcze Piąta Aleja na odcinku od Rockefeller Center i katedry Św. Patryka aż do hotelu Plaza przy Central Park, gdzie przez cały czas pobytu w Nowy Jorku lubiłem często spacerować. I właśnie od tych miejsc rozpocząłem poznawanie miasta. Przez dwa kolejne dni szedłem wzdłuż Broadway’u od Battery Park w dole miasta, skąd widać jego symbol - Statuę Wolności, mijając po drodze World Trade Center, aż do Parku Centralnego w gόrze miasta. Nigdzie się nie spieszyłem, szedłem więc powoli, skręcając co jakiś czas to w lewo, to w prawo od Broadway”u, zatrzymując się na krόtko, jeśli coś mnie bardziej zaciekawiło. A takich momentόw bylo wiele. Dlatego właśnie trwało to dwa dni. Wędrόwka ta przyniosła mi tyle wrażeń, że nie zapomnę jej nigdy do końca życia. A przecież zanim tu przyjechałem, trochę już w życiu widziałem. Jednak takiego “teatru ulicy” nie spotkałem nigdy i nigdzie wcześniej. Pierwszego dnia swoją wędrόwkę zakończyłem na Times Square. Kiedy tu doszedłem, nie byłem w stanie iść już dalej. . I wcale nie dlatego, że byłem zmęczony. Po prostu działo się tu tak dużo w jednym miejscu i w jednym czasie, że mogłem stać i patrzeć, patrzeć bez końca … Pewnie dlatego, przez pierwszy rok pobytu w Nowym Jorku, właśnie Times Square stał się moim ulubionym miejscem, w ktόrym często jadałem kolacje. Pόźniej, kiedy zamieszkałem na Dolnym Brooklynie i codziennie dojeżdżałem na Manhattan, duże wrażenie robił na mnie zawsze widok z mostu na drugą stronę rzeki, na wznoszące się wysoko, jeden nad drugim, drapacze chmur z gόrującymi jeszcze nad nimi ponad stupiętrowymi wieżowcami WTC. Od tej strony Rzeki Wschodniej, był to widok, ktόry zawsze zapierał mi dech w piersiach…Dziwne, ale kiedy bywałem u samych stόp wież WTC, nigdy nie robiły już one na mnie takiego dużego wrażenia.





Komentarze
Pokaż komentarze