0 obserwujących
8 notek
3610 odsłon
  114   0

Bronisław milczy, Jarosław nie mówi

Powiem Wam szczerze, co myśle o tej kampanii: to skandal, kompromitacja polskiej polityki i polskich mediów. Pokazuje ona po raz kolejny, że polska debata publiczna plasuje się w równie niskich rejonach jak polska piłka nożna. Tkwimy w oparach absurdu, na absolutnych peryferiach nowoczesnej, demokratycznej Europy. W kampanii dominuje PR i patriotyczne komunały, kandydaci na najważniejszy urząd w państwie cynicznie i bezkarnie uchylają się od dialogu z wymagającą częścią obywateli. Szczególnie w obszarze gospodarki, ich wstrzemięźliwość w identyfikowaniu wyzwań i proponowaniu strategicznych rozwiązań dla kraju musi przygnębiać. Wbrew rządowej propagandzie sukcesu, problemy mamy poważne, w dziedzinie finansów wręcz dramatyczne.

 

Tykających bomb jest wiele. To tzw. deficyt strukturalny wbudowany w system wydatków publicznych; dzisiejszy model wydatków sprawia, że dopiero przy bardzo szybkim wzroście PKB, od ok. 5 proc. rocznie, nasz dług publiczny przestaje puchnąć. W realnym świecie taki system prowadzi do bankructwa a la Grecja czy przedtem Argentyna, na dodatek nawet łagodna recesja kładzie nas na łopatki. Jak rząd trąbi do znudzenia, wielki kryzys ominął Polskę, ale mieliśmy spowolnienie. I co? W zeszłym roku publiczna część zadłużenia polskiej „zielonej wyspy” eksplodowała równie gwałtownie jak długi krajów, których gospodarki na skutek kryzysu zjechały po kilka procent pod kreskę. W tej sytuacji mamy dwa wyjścia. Albo palić świece w kościołach w intencji natychmiastowego powrotu ojczyzny na ścieżkę wysokiego wzrostu – ekonomiści upierają się, że to cholernie mało prawdopodobne  – albo wreszcie zabrać się za „konsolidację” finansów państwa. Niestety, rząd Donalda Tuska upiera się, żeby z tym czekać do wyborów parlamentarnych w przyszłym roku; w międzyczasie minister finansów ucieka się do manewrów księgowych, by zadłużenie oficjalnie utrzymać poniżej konstytucyjnych progów. Inne rządy, nie tylko zadłużonych po uszy państw „Klub Med”, ale też np. Czech, uznały, że przy dzisiejszej podejrzliwości rynków finansowych dalsze zwlekanie z cięciem wydatków byłoby zbyt niebezpieczne... Wiele wskazuje, że epoka, w której rządy mogły w nieskończoność powiększać swe totalne zadłużenie, bo rynki dawały im praktycznie nieograniczony dostęp do taniego „rolowania” długów i zaciągania następnych, właśnie się skończyła. Co mają w tej sprawie do powiedzenia obaj główni kandydaci na prezydenta? Obaj sprawiają wrażenie, że nawet nie wiedzą o istnieniu tego problemu. 

 

Wyzwaniem dla Polski jest fakt, że nasza energetyka w 90 proc. stoi na „brudnych” źródłach – elektrowniach węglowych, w większości zdekapitalizowanych, co zapowiada katastrofalny wzrost opłat środowiskowych i innych kosztów funkcjonowania gospodarki, bo świat bierze poprawkę na klimat, czy nam się to podoba, czy nie. Stoimy też przed wyzwaniem demograficznym, które rodzi paskudne zagrożenia dla systemów emerytalnego i opieki medycznej. Mamy problemy niskiego zaufania społecznego, kulejącej inowacyjności i miernych, zbiurokratyzowanych instytucji (od sądów po ministerstwa i wyższe uczelnie; najlepsze polskie uniwersytety plasują się w połowie czwartej setki światowego rankingu...). Te czynniki już stały się „miękkimi” barierami wzrostu dla Polski. Kolejne zagrożenie płynie z Unii, która chce – MUSI! – zwiększyć inwestycje w technologie przyszłości, od których zależy konkurencyjność europejskiej gospodarki. W następnej perspektywie budżetowej prawie na pewno będzie mniej środków na proste lanie betonu – między innymi w naszą infrastrukturę.

 

Kandydaci Komorowski i Kaczyński solidarnie nie rozpieszczają nas wiedzą, jakie rozwiązania dla tych strategicznych problemów będą skłonni podpisywać, a jakie wetować. Tymczasem w obszarze reform prezydent odgrywa niezastąpioną rolę: ma być gwarantem ich roztropności. Z tym różnie bywało do tej pory: pamiętacie np. reformę emerytalną z 1999 roku? Miała być najlepszą rzeczą od czasu wynalezienia koła, tymczasem tąpnięcie na giełdach ujawniło fundamentalny problem. Reforma została tak skrojona, że tzw. stopa zastąpienia, czyli relacja emerytury do wynagrodzenia, w części pochodzącej ze środków publicznych, obniżyła się z 56 proc. w 2007 do niewiarygodnie niskich 26 proc. w 2060 roku (wg. szacunków Komisji Europejskiej, cytowanych przez ekonomistę Krzysztofa Rybińskiego). „Tak silny spadek stopy zastąpienia nie występuje w żadnym innym kraju Unii”, pisał niedawno Rybiński, prorokując, że niedługo zacznie się w Polsce „wojna pokoleń”, gdy coraz liczniejsi emeryci siłą swoich głosów zaczną rozwalać ten niekorzystny dla nich system, alienując z kolei młodych i pogrążając finanse państwa... Na razie mamy szok i niedowierzanie pierwszych klientów OFE.

 

Dlaczego politycy nie mówią o gospodarce, podobnie jak o polityce zagranicznej czy choćby obronnej? Bo opinia publiczna im na to pozwala! Wyborcy zachowują się, jakby nie chcieli wiedzieć, na jakim świecie żyją, ich roszczeniowa część najwyraźniej nie jest w stanie nawet zrozumieć wagi problemów współczesności. A media? Cóż, te publiczne staczają się po równi pochyłej a najważniejsze prywatne znów włączyły się w kampanię by "ratować Polskę", zastępują dociekliwość propagandowym szwungiem.

 

To jest przepis na porażkę. Całkowitą: demokracji, państwowości, polskiej cywilizacji w wymiarze historycznym. Bez dialogu nie ma dobrej polityki. Tylko inteligentnie pomyślane, wolne od doktrynerstwa, rozłożone w czasie reformy służą krajowi. Takie projekty wykuwają się w ogniu dyskusji. To spory, dialog z opinią publiczną, checks and balances procesu politycznego i nieuchronne kompromisy, a nie oddawanie całej puli władzy w ciemno jednej opcji, zapewniają sukcesy rozwiniętym krajom. Prezydent będący przedłużeniem pióra, które podpisuje przedłożenia rządowe, nie uchroni nas przed wadliwymi projektami. Podobnie ktoś, kto Pałac Namiestnikowski potraktuje jako twierdzę opozycji, zawsze znajdzie pretekst by zatrzymać zmiany konieczne, a niepopularne.

 

Oczywiście, wypada zgodzić się kandydatem Komorowskim gdy ten głosi, że potrzebujemy liderów, którzy odblokują paraliż decyzyjny, jaki ogarnął polskie elity rządzące. Żyjemy w epoce, która przynosi krajom zarówno wielkie szanse, jak i zagrożenia. Jeżeli zachowamy się inteligentnie, w ciągu najbliższego dziesięciolecia znów znacząco nadgonimy dystans do Zachodu; jeśli schowamy głowy w piasek, Polska spowolni rozwój i wejdzie w stan wegetacji – i zamiast „tygrysa Europy” będziemy mieli tu peryferyjny kraj starych ludzi. Wybór należy od nas, choć mówiąc szczerze, jako wyborca dziś jestem w kropce.

 

Lubię to! Skomentuj128 Napisz notkę Zgłoś nadużycie

Więcej na ten temat

Komentarze

Inne tematy w dziale