Komorowski rozmawia z Miedwiediewiem, Tusk w tym czasie spotyka się z Merkel a sympatie euroatlantyckie szefa polskiej dyplomacji Sikorskiego są dla wszystkich oczywiste...
Swiadoma taktyka? Wielu komentatorow polityki zagranicznej zarzuca rządowi i prezydentowi brak spojnosci oraz jasnej wizji w polityce zagranicznej...
Panuje opinia ,ze ani Tusk ani Komorowski z Sikorskim nie potrafią sie zdecydowac ,który z kierunkow wybrać...Do wyboru mamy ... wzmacnianie więzi europejskich przez wizyty Tuska podobne do tej u Merkel , chuchanie i dmuchanie na dobre relacje z Amerykanami (Sikorski ze swoimi sympatiami) a może nową odmiane panslawizmu w postaci restauracji związkow z Rosją ?(Komorowski z Jaruzelskim w tle)
Stawiam ryzykowną teze ale wbrew pozorom obecna polityka polskich najwyzszych władz wcale nie musi być zdana na niepowodzenie...
My Polacy mamy bogate doswiadczenia jeśli chodzi o sojusze i sojusznikow.
Jedynym przyjacielem ,który w historii potrafił nas docenić i to zdaje się tylko symbolicznie był Napoleon .Wszyscy pozostali predzej czy pozniej wystawiali nas do wiatru.
Owszem w latach 80 tych Amerykanie nie odwrocli się od nas a nawet nas wspierali ale trzeba mieć swiadomosć,ze ich zachowanie nie było efektem postawy altruistycznej tylko elementem mocarstwowej strategii i proby osłabienia swojego głownego przeciwnika.
Dzis swiat wyglada nieco inaczej. Wszystkim wierzącym w efektywność sojuszu amerykansko–polskiego polecam dzisiejszy artykuł na internetowych stronach „Rzepy”, gdzie na podstawie przeciekow z Wikileaks autorzy opisują roznice w miedzy deklaracjami a intencjami naszego największego sojusznika.
Zycie...mozna by powiedziec...I geopolityka...
W swietle tych wszystkich faktow idea rozgrywania wszystkich partnerow dookoła nas może okazac się tyleż nowatorska jesli chodzi o naszą dyplomacje , co skuteczna.
Na miłosci czy sympatie w swiecie polityki liczyć nie powinnismy. Nauczeni doswiadczeniem II wojny swiatowej i nie tylko , opowiesci o naszej miłosci do Francuzow ,Amerykanow, Rosjan czy Anglikow możemy smiało miedzy bajki włożyć.
Co zatem pozostaje...? Ano rozgrywanie polityki zagranicznej na wszystkich jej frontach. Wykorzystywanie nadarzających się okazji i zawieranie sojuszy doraźnych. Zaleznie od konkretnego interesu...Oczywiscie przy tego rodzaju strategii znika nam z oczu coś co nazywane było „polityką Jagiellonską” ale kazda ekipa ma prawo realizować taką wizje jaką uwaza za słuszną...Dodatkowo na ołtarzu naszych partykularnych interesow , złozyć trzeba bedzie sprawy , z których Polacy zawsze byli dumni – wspierania dązen niepodległosciowych i autonomicznych słabszych i mniejszych graczy takich jak Czeczenia czy Gruzja..
Nie twierdze ,ze powinnismy o nich zapominać ale w pierwszym rzędzie musimy mieć na uwadze interes własny. Czy nie tak własnie postepują najwieksi tego swiata z Angolami, Niemcami czy Francuzami na czele?
Bedac krajem słabym , na marginesie wielkiej polityki głos poparcia i tak pozostanie bez znaczenia. Do tej pory para szła w gwizdek. Coż z tego ,ze zaangazowalismy się w pomaranczową rewolucje skoro Ukraincy zrobili ze soba to co zrobli. O strategii Jagiellonskiej trzeba pamietać ale realizować ja można metodami znacznie- nazwijmy to -....dyskretniejszymi.
Reasumując , najpierw interes własny , dopiero potem wspieranie innych za pomocą miekkiej dyplomacji..
Może nadszedł czas kiedy i my będziemy realizowac polityke zagraniczną nie za pomocą emocji i wywijania szablą, tylko metodycznej , miejscami cynicznej gry...
C’est la vie...jak mawiają Rosjanie.
I paradoksalnie coś co wyglada na słabość naszej dypolmacji, może okazać się najwiekszym jej atutem. Tego sobe zyczmy i nie sypmy piachu w szprychy tylko czekajmy na efekty.
No...chyba ,ze ta cała dyplomatyczna ofensywa to maskarada...
Tak czy inaczej radze odrobine poczekać...500 dni spokoju ... ;-)



Komentarze
Pokaż komentarze (16)