Najpierw Jarosław Kaczyński wymigiwał się z debaty z Tuskiem. Potem niby się zgodził, potem znów przestraszył... można było podejrzewać, że to taktyka wyborcza.
Ale okazuje się, że kolejny twardziel niby patrzy, niby słucha tymczasem już blisko klamki. Tym razem to sam minister niesprawiedliwości Ziobro, dzielny szeryf, nieubłagany pogromca sprzętu biurowego.
Pewnie sądzicie, że przestraszył się jakiegoś zakapiora co najmniej diabła wcielonego? Nic z tych rzeczy. Jego sparingpartnerem miał być "rozmemłany intelektualista" Gowin, spokojny człowiek, który muchy by nie skrzywdził i nawet komuchów nie lubi.
A tu się okazuje że Ziobro no może i by się z nim spotkał ale tylko raz i to pod opieką mamusi. Na neutralnym gruncie czuje się bowiem najwyraźniej niepewnie i słabo. Może to ta zaraza przywleczona z filipin?
W dodatku premier się zapętlił do tego stopnia, że koncertowo punktuje go nawet ten rozmemłany Schetyna. Do czego to doszło? Sam jestem w szoku. Myślałem że chociaż to jedno robią dobrze.


Komentarze
Pokaż komentarze (5)