Ponieważ zaległa cisza, przez którą nie przebijają się jawne agitacje partyjne, trzeba powyciągać z przepastnych kufrów rekwizyty, które same się kojarzą. Dzisiaj w salonie padło na wykształciucha.
Okazało się nagle, że słowo to ma dziesięciolecia (jeśli nie stulecia) historii i w dawnych czasach miało piękne znaczenia uformowane w kształcie przez Sołżenicyna a nawet Bierdiajewa.
Jakie to ma znaczenie? Jeśli ktoś nie ufa sztywnym desygnatom to znaczenie słowa jest kształtowane przez jego obecne użycie. A to jest bezlitosne - wykształciuch to obelga, którą niektórzy kierują do osób o odmiennych sympatiach politycznych a ze względów obiektywnych nie mogą nazwać takiej osoby głupcem albo idiotą.
Oczywistym jest więc że dla wielu jestem wykształciuchem niezależnie od tego, czy definicję wypełniam, jaka by ona nie była. Oczywistym jest też, że osoby, dla których używanie tej obelgi jest atrakcyjne będą z pełnym przekonaniem jej bronić nierzadko posługując się w tym celu skomplikowaną metafizyką.
Po cholerę to robią? Z poczucia winy? Z powodu kompleksów? Ja kiedy chcę kogoś obrazić nie dorabiam do tego skomplikowanych teorii tylko walę prosto z mostu. No ale jak widać ludzie mają różne potrzeby.


Komentarze
Pokaż komentarze (3)