Akcja antytybetańska w salonie24 rośnie w siłę. Okazuje się, że sporą grupę osób interesuje, co zrobię ze swoją starą koszulką. Mają też całą masę zastrzeżeń różnego rodzaju z których większość można niestety sprowadzić do apelu - nic nie róbcie bo mnie to denerwuje!
Wiele w tym oprotestowywaniu protestów polskiego piekiełka. Nasz ogródek zarasta i dziczeje i wcale to nam nie przeszkadza - ale wystarczy, żeby sąsiad zagrabił swój i od razu łapie nas bezmyślna wściekłość i lecimy żeby mu ten jego szczypiorek zadeptać. Co nas będzie skurczybyk denerwował, prawda?
Główne argumenty przeciwko robieniu czegokolwiek nie zmieniają się prawie nigdy, wszystko jedno, czy kwestia dotyczy Tybetu, dzieci w Afryce, wielorybów czy ławeczki w parku. Można je bez trudu wypunktować:
1. Nie tylko w Tybecie.
Najbardziej durny argument pojawiający się z niepokojącą regularnością.
Po pierwsze fakt, że protestuję przeciwko X nie oznacza, że nie protestowałem przeciwko Y. Dziś mogę iść na demonstrację pod ambasadę chińską a jutro pod izraelską. Co więcej - jeśli dziś pójdę na demonstrację i uznam, że było warto to jest znacznie większa szansa że pójdę na następną. A co ważniejsze, jeśli pomysł się spodoba może zainteresować kolejne osoby do patrzenia nieco dalej niż koniec własnego nosa.
Po drugie normalny człowiek nie może zajmować się wszystkim na raz. Dlatego właśnie jedni dokarmiają dzieci w Afryce, inni budują tam studnie, jeszcze inni wożą zeszyty do domów dziecka a jeszcze ktoś inny wynosi śmieci staruszce. I całkiem możliwe że większość z nich podpisuje się pod protestami przeciwko masakrom w Tybecie. To naturalny odruch człowieka, który ma sumienie i chęć działania.
2. To i tak nic nie da.
Chiny są za duże, dzieci i tak będą umierać, nikt się nie przejmie, delfiny są głupie, lepiej dać na tacę a w ogóle to po co się wysilać, ja nic nie robię i jakoś żyję.
Po pierwsze część osób w ogóle dowie się, że coś złego się dzieje. Choćby jest pretekst, żeby napisać w gazetach o tybetańskich więzieniach, o polityce kulturowego, ekonomicznego i fizycznego niszczenia Tybetańczyków. Jeśli protesty się przedłużą niechybnie dowiemy się i o innych grzechach chińskich komunistów - egzekucjach, tępieniu katolików, przesiedleniach, zbrodniach...
Po drugie każdy tego rodzaju protest to zmiana stosunku opinii publicznej a opinia publiczna jest w krajach zachodu BOGIEM. Jeśli w przyszłości będzie potrzebna ostrzejsza reakcja wobec Chin to będzie potrzebna zgoda opinii publicznej więc im więcej ludzie się dowiedzą o tym, co się tam dzieje tym lepiej.
Po trzecie żeby ludzie zaczęli coś robić potrzebny jest impuls, coś chwytliwego, idea, która pociągnie tłumy. Tak się stało z ekologią i tak samo może być choćby z ekonomicznym bojkotem Chin.
3. kolejne argumenty mają mniejszą wagę.
"Wyślij komputer zamiast starą koszulkę" - pomysł idiotyczny, jak ktoś ma zbędny komputer to niech go odda do domu dziecka a Chińczykom wyśle jednak jakąś szmatkę.
"Rząd Tybetu to krwiożercza teokracja" - kompletna bzdura, bo rozmawiamy przecież o rządzie na uchodźstwie bez jakiejkolwiek władzy. Zresztą jest wybierany demokratycznie.
"Chiny są wszechpotężne więc Tybet nigdy nie będzie wolny" - tak jak wolne nie są Indie, Polska czy Litwa. Imperia powstają i upadają a gdyby łatwo było stwierdzić, kiedy to się stanie - nigdy by nie upadły.
Ale to przecież nie o to chodzi, prawda? Najgorsze że atakując protestujących wspiera się faktycznie tych wszystkich morderców i bandytów. Nie tylko tych, którzy strzelają do Tybetańczyków, Panie Trystero. Także tych, którzy mordują innych Chińczyków, Ujgurów, którzy każą dzieciom strzelać do innych dzieci, którzy robią niegodziwe rzeczy we wszystkich krajach świata. Bo do swojej niegodziwości potrzebują od nas tylko jednej rzeczy - bezczynności. Braku zainteresowania.
I tego, żebyśmy o nich nie myśleli aż będzie za późno i dla nas.
e.79160
ps polecam też dwa wpisy Ezekiela na ten sam temat.


Komentarze
Pokaż komentarze (38)