Dwunastego roku odbywania kary, w naszej więziennej bibliotece znajomy Fin wcisnął mi w dłoń wiersze Karla Asplunda. Już pierwszą stroną zaciekawiony, jeszcze tego samego wieczora przeczytałem cały tomik. Asplunda widzenia poetyckie rozmarzyły mnie. Ze szczętem. Długo nie mogłem zasnąć tej nocy.
WIECZÓR W MENTON
Późne zimowe niebo gra elegię śpiewającym akordem
bzu i malwy, róży i bougainvillei,
szybkie preludium nocnego marsza żałoby
wypływającego z ciemności. Morze Śródziemne,
spokojne, epickie, ciężkie zwidami przeszłych wieków,
głuchymi tonami łamie, łamie się
o nabrzeże. Majestatyczna fala wyzwala się powoli z niebieskiego pola,
by homerycznie wpłynąć do portu. Z żałosnym jękiem
rozbija się o kamienie wysłużonego mola.
Nagle gasną wszystkie kolory w szarości,
ciepłej i wielobarwnej, coraz bardziej głębokiej szarości.
Z jej głębi dobiega rozkołysana pieśń,
jakby z nieskończoności, wieczności,
o walce z czasem i śmiercią uwalniającą
basowe tony wodnych gór
i kamieni na plaży monotonię uderzeń
Karl Asplund, Timglaset, Bonniers, Stockholm, 1965
Inne tematy w dziale Kultura