Dresiarze bywają przydatni – na przykład do wykonania brudnej roboty, czyli zrealizowania obstalunków (to przedwojenne słowo), którymi eleganccy zleceniodawcy się brzydzą.
Dla dobra ogółu to się nazywa.
Jak już ogół ma dobrze zrobione, to się zleceniodawca dresiarzy pozbywa; chyłkiem, bocznym wyjściem, do łapy zwitek banknotów wsunąwszy.
Gorzej, gdy taki sobie wyobrazi, że nadaje się do czegoś więcej, niż do pracy bejsbolem i zamarzy w eleganckim towarzystwie zostać na dłużej. Pobrylować na salonach, kanapek z łososiem pokonsumować, darmową wódeczką zapić, służbową bryczką sempiternę powozić.
Bo niezrealizowane marzenia dresiarzy bywają groźne – potrafią tacy, w poczuciu zranionej własnej rdzeniowej godności, odwinąć bejsbolem tak, że zleceniodawcom sztuczne szczęki na dywan wypadną.
Dlatego najczęściej jakiś ochłap – ot, jakieś miejsce w radzie nadzorczej czy w fundusiku – dostają. Na wypadek wszelki.



Komentarze
Pokaż komentarze