Salon, który z zewnątrz mi się jawił jako wyjątkowo interesujące miejsce dla uprawiania swego rodzaju wewnętrznej emigracji, okazał się po przejściu nań z branżowego bloga fascynującą platformą (bez obrazy) wymiany myśli, poglądów, emocji i mniej lub bardziej bolesnych ciosów.
Platformą (przepraszam, już więcej nie będę) o kształcie i wymiarach najciekawszych, ze znanych mi dotychczas: od endecji – po lewactwo, od intelektualistów – po uzdolnionych pryszczatych, od oszołomów – po … oszołomów dubeltowych, a nawet kwadratowych.
Czyli - dla każdego, coś - może nie koniecznie miłego, ale własnego z pewnością.
I co (dla mnie przynajmniej) ważne bardzo: własnego i impregnowanego na mainstream’ową papkę i takąż lewatywę.
I nagle na Salon wparowała Władza. I to od razu w postaci Wicepremiera.
To prawda, że taki BYWALEC, to dla (każdego) Salonu nobilitacja. I okazja na – jakby powiedział media planner – poprawienie rejtingów.
Rzecz w tym, iż jako były naukowiec pamiętam jeszcze, co to takiego wymiana gazowa i że zawsze zachodzi ona w obie strony:
czegoś Władza od Salonu zaczerpnie, ale i Salon – nie ma przeproś – czymś od Władzy nasiąknie.
Mam swoje lata i wiem – zawsze jest coś za coś, nie tylko w płucach.
No nic, Nowy Rok jeszcze świeżutki, śliczny, biały i cacany - pomarudzić wolno.
Popatrzę, posłucham, swoje, co jakiś czas napiszę – zobaczymy, czym ten eksperyment zaowocuje lub czym i jak się skończy.
W końcu podobnie, jak wspomniany przez Pana Wicepremiera Pan Olszewski, „reprezentuję mniejszość” , i to jeszcze mniejszą, bo tylko siebie (stąd i nazwa mojego bloga – private reserve) , i podobnie jak Pan Olszewski, „szansy na monopol” nie tylko nie mam, ale nawet o tym, by ją mieć, nie śmiem myśleć.
A, i jeszcze jedno: jak wparuje Premier, to ja wypadam. Pewnie na out, ale mimo wszystko tak wolę.


Komentarze
Pokaż komentarze (12)