Jestem z miasta, podejrzewam, że tak, jak w wiadomej piosence Sienkiewicza miasto odciska na mnie piętno identyczne z tym stygmatyzującym przesuwający się ulicami tłum, obywateli zagnieżdżonych w ulach czy mrowiskach wieżowców albo blokowisk.
W dzieciństwie nie marzyłam o wiejskich krajobrazach, ale zazdrościłam podróży windą, bliskości zsypów na każdej klatce zamiast wypraw do kosza na zewnątrz, plewienia w obrębie posesji, w dzielnicy willowej, która przemianę ustrojową przeżyła otwierając się na nowe technologie w postaci punktów usługowych w piwnicach, wypożyczalni kaset wideo oraz wszelkich możliwych form aktywności gospodarczej "małego biznesu przy domu".
Marzenie zrealizowałam, jestem elementem blokowiska, ale dalej muszę wychodzić do kontenerów, od odwiedzających oddzielają mnie liczne dzwonki - etapy wpuszczania na teren. Windy też nie ma, mieszkam zbyt nisko i po zapoznaniu się z problematyką ciepłowniczą + eksploatacji chyba zmalał mój entuzjazm dla ostatniego poziomu dziesięciopiętrowca.
Tymczasem posesja wyjściowa zyskała towarzystwo czterech sklepów spożywczych do wyboru i, nieopodal, kilku hipermarketów różnych branż o McDonald'sie czy stacji benzynowej nie mówiąc. Czasy przeszły przemianę i obecnie już nie trzeba wykonywać czynności porządkowych wokół domku wolnostojącego; łatwiej znaleźć obsługę do nich, niż doprosić się wsparcia w blokowisku.
Ze słownika podręcznego przedmieść znikło "do miasta" jako odpowiedź na pytanie "gdzie się wybierasz" - obecnie funkcjonuje "do centrum" albo nazwa konkretnej lokalizacji. Czasy się zmieniają.
Obecnie zdarza mi się pomyśleć, że na wsi może być całkiem przyjemnie. Ale jednak nie zimą.



Komentarze
Pokaż komentarze