Wierszyk poligamiczny
Czy jakiś chochlik to w obu drzemie?
Śmieszny prezydent i śmieszny premier,
DonBezparDonek, oraz brat brata
Wzięli się za łby na oczach świata.
I każdy rację swoją w swym czuje
Dodam: jedynie móżdżek szwankuje
Ściślej, - rozumy, dwa bez wyjątku,
/mój trzeci, żeby nie zgubić wątku/.
Po komentarzach tylu „chwalebnych”
żaden już nowy nie jest potrzebny
wszystko wiadomo, więc wniosek zgłaszam
by powiedzieli sobie – przepraszam.
Na oczach ludu, w telewizyji
i bez wciągania radia Maryji.
Tylko, kto pierwszy? /jak z samolotem/
Bo każdy chciałby powiedzieć potem
Czy jako drugi, pierwszy to wtedy
Kiedy swą ważność stawia /w dyskredyt/.
Idiotyzm, czy też, to sedno sporu,
Do przyspieszonych wiodą wyborów
Taki są chętki. Władza ma limit
Lecz co, wybierać znów między nimi?
Toż ośla łąka i abnegacja
Cała wyborcza ta pozoracja
Ta profrustracja, rodzaj przymierza
Kto zechce losy swoje powierzać
Tak niestosownym i niepoważnym?
Czy to się znajdzie taki odważny?
Ja komentator, patrzący z boku
Pytam, gdzie znaleźć takich tłumoków
Co zagłosują tu bez oporu
Na któregoś z tych, - terminatorów.
A do terminu ich, na naukę
Niech zapoznają się z politrukiem
Co im wyłoży sens polityki
Jak podstawowy kurs gramatyki.
Potem dopiero od nowa w szranki
Jak zrozumieją, pany - kochanki
Że żaden nie jest – żadną personą
I – żadna wieczność czy nieskończoność
W tej politycznej, - ich, perspektywie
Co tu niniejszym świadczę prawdziwie.
Sam nie seplenię, ani nie reram
Dlatego obca wszelka kariera
Mnie, pisarkowi i czystomowcy
Tam, w politykach, są zawodowcy
Uformowani, po prostu kasta
W których wódz /wodze/, wszystkich przerasta.
Gdyby ustawił ichże pod sznurek
Do głów obcięcia /czyt. – koafiurek/
Za ich wybryki, co dokazali
Tylko dwóch wielkich tam się ocali.
Czym jest więc wielkość, powiedzieć muszę.
Wielkość jest, myly, mniejszym korpusem.
Corpus delicti, ten dowód winy
Widać naocznie, z takiej przyczyny
Że jest istotność, /choć drobny szczegół/
Bo zawsze stoją w pierwszym szeregu.
Wrócę do sporu. Mocno obśmiany
Jako że ro/zbawił wszystkie stany
Którym go dano już na śniadanie:
Że u nas rządzi, kto wcześniej wstanie.
Więc, chcesz być wielki, nie gustuj we śnie
Nie leń się, nie śpij, a wstawaj wcześnie.
Co do postury, - rzecz drugorzędna
Niekiedy, rzekłbym, jest ona zbędna
Co wykazują przeróżne fakty.
Ja wam to mówię. Praktyk-dydaktyk.
Lecz, tak bez puenty skończyć? Nijako
A więc, przypatrzmy się tym wybrakom:
Fotel im pachnie, fotel ich nęci
Bo potem nawet, - eksprezydenci...
Prawda że pięknie? A jak wyniośle
I nikt nie powie już – panie pośle
Tak byle jako, lecz – prezydencie,
Dlatego fotel ten /ów/ ma wzięcie
Potem to rośnie w kupę dywidend:
W mojej rodzinie był Pan Prezydent!...
A to koneksje wszelkie otwiera
Nie tak jak byle – urząd premiera...
Choć nie wiem czym tym, puścił tu new/ska
Lecz nie mój problem. Brata i Tuska.
--------------------------------
24.10.08


Komentarze
Pokaż komentarze (1)