13 obserwujących
64 notki
78k odsłon
  83   0

Dlaczego nikt nie popiera pierwiastka?

Dlaczego małe i średnie kraje nie popierają polskich postulatów zmiany systemu głosowania w Radzie UE? Przyznam, mam problem ze zrozumieniem, bo należę do tych, którzy wierzą w te wyliczenia, które wykazują realną stratę małych i średnich państw na zmianie systemu.

Oczywiście najprostsze wyjaśnienie może być takie, że oni po prostu wierzą w te drugie wyliczenia, pokazujące że tak naprawdę nic się nie zmienia albo wręcz zyskują. Kto ich tam wie. Przyjmijmy jednak na chwilę, że oni też zdają sobie sprawę, że trochę tracą. I przyjmijmy, że nie są idiotami (z tego założenia wyłączam Hiszpanię, bo Hiszpania Zapatero to dla mnie aberracja większa niż Giertych w rządzie RP). Podaję moją wersję wyjaśnienia, nie mówię, że w pełni mnie samego zadowalającą, ale lepszej nie mogę wymyślić.


Zacznijmy od tego, jak wyglądają dwie główne z polskiego punktu widzenia linie podziałów w UE. Państaw UE wcale nie dzielą się przede wszystkim na małe i duże. Znaczenie dużości i małości jest bardzo względne i przykład systemu głosowania pokazuje, jak tymi parametrami można manipulować. Państwa dzielą się na:
1. rozwinięte gospodarczo (stara Unia) i rozwijające się (nowa Unia)
2. postrzegane przez Rosję jako swoja strefa wpływów (nowa Unia) i nie postrzegane przez Rosję w ten sposób (stara Unia)

Celowo podkreślam realne różnice, a nie etykietkowe w rodzaju "nowa" i "stara" czy "małe" i "duże". To że podziały te biegną akurat na linii nowa-stara Unia jest trochę przypadkiem i ma mniejsze znaczenie dla naszej analizy.


Spójrzmy teraz na kwestię pierwszą z perspektywy państwa takiego jak Belgia, Holandia czy Austria. Są to państwa rozwinięte a ich gospodarka ma przy wszystkich różnicach z naszej perspektywy strukturę podobną do gospodarki Niemiec czy Francji. Są to po prostu gospodarki oparte o wysokie kwalifikacje siły roboczej, doskonałą infrastrukturę wszelkiego rodzaju, wysoki poziom akumulacji kapitału krajowego, doskonały know-how rodzimych firm, pozwalający tym firmom skutecznie funkcjonować na rynkach światowych mimo wysokich kosztów pracy. Jasne, zawsze mogłoby być lepiej, ale to już jest marudzenie bogaczy.

Większość najważniejszych zagadnień, które zostały w Unii podniesione w ciągu ostatnich kilku lat, to zagadnienia mające decydujący wpływ na konkurencyjność gospodarki - propozycje ujednolicania systemów podatkowych, ujednolicania standardów socjalnych, ustalania taryf handlowych między UE a resztą świata, ustalania standardów ekologicznych dla przedsiębiorstw itd. Te wszystkie kwestie wrócą w najbliższych latach i będą przedmiotem kluczowej gry wewnątrz UE. I wtedy siła głosów może się okazać rozstrzygająca dla tego, w jaki sposób te sprawy rozwiążemy.

Wróćmy teraz do perspektywy Belgii i wyobraźmy sobie, że w UE toczy się dyskusja o ujednoliceniu systemu podatkowego. I załóżmy, że mamy system zaproponowany przez konwent, dający absolutną przewagę czterem wielkim krajom. Wszystkie te kraje należą do grupy rozwiniętych i z ich perspektywy korzystna jest pewna grupa rozwiązań, które mogą niekoniecznie być korzystne dla takich państw jak Polska. I te cztery państwa przeforsują takie stanowisko. I to będzie stanowisko w pełni zgodne z interesem Belgii! W ten sposób dla Belgii kwestia siły głosu w sprawach gospodarczych nie jest kluczowa, bo nawet przy trochę słabszej pozycji i tak dostaje to, co jest w jej interesie, bo jest to też w interesie głównych graczy. Belgia spokojnie może skupić się na ugraniu kilku innych dla niej względnie ważniejszych spraw, albo po prostu założyć, że dla Belgii generalnie lepsza jest po prostu bardziej zintegrowana Unia i nie warto rzucać kamyków na drodze do tego celu.

W sprawie polityki wobec Rosji sytuacja wygląda podobnie - dla Belgii z grubsza dobre jest to, co dla Niemiec, czemu więc nie dać Niemcom potrzebnej siły głosu, żeby mogły pacyfikować tych krzykaczy ze Wschodu?

Oczywiście Belgia jest tu tylko przykładem i w to miejsce można wstawić Holandię, Austrię, Portugalię, Szwecję, Finlandię, Irlandię, Danię.


Przejdźmy teraz do perspektywy państw Europy Środkowej. Tutaj sprawa jest znacznie bardziej złożona. Tutaj leży prawdziwe wyzwanie dla Polski.

Ale zanim przejdę do wyzwania, przyznam, że w przypadku naszych sąsiadów mam jednak spore wątpliwości co do ich przenikliwości politycznej. Wcale nie odrzuciłbym z góry tezy wyglądającej na pierwszy rzut oka jako zwykła polska bufonada, że oni po prostu dokonali błędnej oceny strategicznej. Tu mi się zawsze przypomina polityka Czech z okresu międzywojennego. Wszystko zdawało się wtedy wskazywać, że Czechosłowacja i Polska powinny być wobec zagrożenia niemieckiego naturalnymi sprzymierzeńcami. Polska niestety niewiele robiła, żeby taki sojusz zawrzeć (wyjątkiem był minister Skirmut), ale Czesi robili wszystko, żeby Polskę zniechęcić. I wykazali się przy tym doprawdy wielkim sprytem i zręcznością - jak oni ograli Polskę na konferencji w Locarno! Mistrzostwo świata w dyplomacji. Złoty medal z taktyki. Pała ze strategii. Nie wykluczyłbym, że dziś Węgrzy czy Słowacy popełniają ten sam czeski błąd.

Ale przyjmijmy, że to jednak są bystre chłopaki i rozważyli wszystkie za i przeciw. Niestety, pewne przeciw znajdziemy.

Odwołam się w tym momencie do refleksji wyrażonej przez moją ulubioną prof. Staniszkis. Zwraca ona uwagę np. w swojej ostatniej książce "O władzy i bezsilności" na ogromny wzrost znaczenia wiedzy eksperckiej dla skutecznego uprawiania polityki w Unii. Skuteczność nie jest już tak bardzo jak niegdyś funkcją woli i siły tych kilku najważniejszych gości. Coraz bardziej jest funkcją sprawności ogromnej machniny urzędniczej z zaszytą w niej wiedzą na temat milionów szczegółów tworzących wspólne europejskie polityki. (nie będę tej myśli rozwijał, odsyłam do książki).

Kalkulacja Węgra czy Słowaka może więc wyglądać tak:
Nasza gospodarka jest w innej fazie rozwoju niż gospodarki państw zachodnich. Niektóre rozwiązania korzystne dla Niemiec czy Francji dla nas mogą być zabójcze (np. ujednolicenie podatków czy śrubowanie standardów ekologicznych). Dobrze by było, gdybyśmy razem z Polakami, Czechami czy Litwinami potrafili rozgrywać te wszystkie szczegóły na poziomie administracji unijnej, tworzyć alternatywne rozwiązania, przedstawiać ekspertyzy i projekty aktów prawnych. Ale nie jesteśmy do tego przygotowani i Polska, potencjalny lider naszych starań w tym kierunku, też nie jest przygotowana. To nie ich wina, po prostu są tak samo jak my niepodległym państwem od kilkunastu lat, ich urzędnicy to w większości poczciwe panie Krysie specjalistki od parzenia fusiastej kawy. Ich elity intelektualne rozdmuchał wiatr historii jeszcze bardziej bezwzględnie niż nasze. Nie ma co stawiać na tego niepewnego konia i walczyć o całą pulę. Lepiej być spolegliwym wobec Niemców i innych dużych chłopców i liczyć na to, że nie dadzą nam zginąć. Lepszy wróbel w garści niż gołąb na dachu. A z Ruskimi jakoś się dogadamy, najwyżej sprzedamy im nasze rurociągi, zresztą połowę już kupili, nie jesteśmy przecież takie uparciuchy jak Polacy. No a poza tym oni od 600 lat na wschodzie się z Moskalem boksują i ciągle żyją wspomnieniami wielkiej Rzeczpospolitej. My tego problemu nie mamy.

Wyobrażam sobie, że tak może ta kalkulacja, zimna i bezlitosna dla nas, wyglądać. Przed nami zadanie na lata. Zadanie przekonania naszych środkowoeuropejskich partnerów, że razem jesteśmy w stanie osiągnąć masę krytyczną nie tylko politycznej woli, ale też merytorycznej sprawości, aby grać w grze o wysokie stawki. Póki co wygląda na to, że nie udało nam się i nasi sąsiedzi zadowolą się wróbelkiem.

 

PS.

I to naprawdę nie jest wina Kaczyńskich, że Polska nie jest obecnie gotowa do gry na najwyższym poziomie. Ich winą jest co najwyżej to, że nie robią nic, żeby uruchomić procesy, które pozwoliłyby nam tak grać za jakieś 10-15 lat. Bo tyle pewno trzeba przy dobrym wietrze. 

Lubię to! Skomentuj37 Napisz notkę Zgłoś nadużycie

Więcej na ten temat

Komentarze

Inne tematy w dziale