John Corey powraca w iście bondowskim stylu...
Nie znacie Johna Corey'a? Buu... szkoda... facet jest naprawdę niezły. Luzak, cynik, sarkastyk... nie stroni od dobrych napitków i flirtów z pannami. Jest w Corey'u jakiś urok - taki glina który stoi twardo na ziemi ale daleko mu od jakiegokolwiek sztywniactwa. Więszkość spraw traktuje z dystansem, część przełożonych olewa, przepisy nagina wedle potrzeb.
Bohater powiści DeMille'a ma po prostu swój fajny styl dzięki któremu lektura nie staje się udręką jak to często bywa w przypadku książek z półki "sensacja". Nie ma tu tasiemcowych przemyśleń detektywa i anatomi dedukcji - jest prosty opis działania okraszony sporą dawką sarkastycznego humoru. Dialogi Corey'a z partnerką (a prywatnie żoną) bywają finezyjne i błyskotliwe, bo Corey należy do męskiego podgatunku zwanego "samiec ale nie macho". Jest zadowolony z tego, że ktoś mu ukradł kartę kredytową, bo jak się okazało złodziej wydawał mniej niż żona ;)
W "Żywiole ognia" DeMille popuścił nieco wodzę fantazji - choć jak w niemal wszystkich powieściach wszystko trzyma się mocno realiów. Tym razem dostajemy historię ciut wyssaną z palca - gdyby Johna Corey'a zastąpić Agentem 007 dostajemy typowy bondowski scenariusz: obłąkany miliarder zagrażający światu, spisek elit, gierki psychologiczne, podchody i odrobina strzelaniny. Ale jako niezbyt wysublimowana lektura na deszczowe wieczory "Żywioł ognia" w swoim gatunku jest powieścią znakomitą.

Zainteresowanych przyjaźnią z Johnem Corey'em polecam wcześniejsze powieści DeMille'a: Śliwkowa wyspa, Gra Lwa i Nadejście nocy. A swoją drogą inne powieści DeMille'a (już bez Corey'a w roli głównej) też niczego sobie - szczególnie zachęcam do lektury "Złotego wybrzeża" - zrelaksujecie się i pośmiejecie w deszczowe jesienne wieczorki sącząc jakiś fajny napitek. Gwarantuję!
Wszystkiego miłego!



Komentarze
Pokaż komentarze (1)