Zdjęcie nie a propos tekstu, przyłączam się nim do kampanii społecznej: usunąć eternit!
Zdjęcie nie a propos tekstu, przyłączam się nim do kampanii społecznej: usunąć eternit!
FRD FRD
196
BLOG

20121116

FRD FRD Polityka Obserwuj notkę 0

 

Czym jest niepodległość? Czego od niej oczekujemy? Wiadomości z zeszłorocznych i tegorocznych zajść w dniu św. Marcina nieco przyćmiewają te pytania; gdy weźmiemy pod uwagę niemal równocześnie zaszłe protesty w Grecji i Hiszpanii, gdzie demonstrantom nieraz szło wręcz o materialne podstawy bytu, to wydarzenia 11 listopada w Warszawie zdają się być – jeśli nie liczyć reakcji władz – niezbyt poważne.

Jak na polskie warunki, zorganizowanie takich manifestacji, jakie miały miejsce w ciągu ostatniego kwartału, świadczy jednak o niebywałym napięciu psychicznym, jakie w polskim życiu politycznym (i nie mam tu na myśli życia politycznego polityków, lecz obywateli) zapanowało. Skoro podstawowe wartości związane z bytem narodu i państwa potrafią wysłać tylu ludzi na ulice, to warto byłoby zastanowić się, co właściwie jest – lub mogłoby być – ich treścią.

Odpowiedzi, czym jest niepodległość, i jaki stan rzeczy spełnia jej cechy, a także jakich zmian pożądamy, by ową niepodległość dopełnić, zwykle formułuje się z udziałem pewnych mniej lub bardziej tradycyjnych doktryn: narodowo-demokratycznej, piłsudczykowskiej (sanacyjnej), socjalistycznej czy ludowej (agrarystycznej). Generalny problem polega na tym, że te doktryny, oraz ruch społeczny i intelektualny, który je tworzył, opierał się na nich i je przekładał na życie społeczne i polityczne (czyli ich zaplecze ludzkie) – wszystkie owe byty zostały rozproszone, pozbawione praw, unieważnione, zniszczone, wykolejone bądź wchłonięte i skorumpowane przez dyktaturę komunistyczną.

Najcięższe ciosy otrzymała od komunizmu chyba myśl narodowa: wojenna masakra Żydów (i wynikająca z niej zmiana struktury społeczno-narodowej mieszczaństwa), niechciano-chciane ‘przesunięcie’ granic na zachód i powojenne deportacje Ukraińców i Białorusinów do ZSRS (oraz, co jest pomijane, acz niebagatelne, różnego rodzaju operacje socjotechniczne komunistów) spowodowały, że endeckie koncepcje państwa narodowego i struktury socjalnej narodu mogły przejrzeć się w komunistycznej rzeczywistości jak w krzywym zwierciadle. Dodać do tego należy różne mniej lub bardziej dyskretne ukłony komunistów w stronę tych narodowców, którzy z nimi chcieli współpracować (Instytut Zachodni, Pax, Koło „Znak” w sejmie PRL z posłem Zabłockim, ChSS itp. – ci, co współpracować nie chcieli, poznali od środka stalinowskie więzienia i cele śmierci) oraz przejęcie pewnej części haseł narodowych przez „partyzantów”, by stwierdzić, że reżim endeckiej wizji Polski nie przezwyciężył, ale pewne jej wybrane momenty i postulaty przechwycił, skaził lub unieważnił.

Narodowo-demokratyczna ‘narracja’ była jednak na tyle silna (a i wyposażona w niezależne autorytety, przez komunistów zwalczane – jak choćby Kościół), by przetrwać, co jednak z niej efektywnie – oprócz deklaracji – zostało? Chyba tylko przywiązanie do pewnej frazeologii, nieco silniejsze od polskiej przeciętnej przywiązanie do wiary oraz (co istotne) zacięty legalizm.

W gruncie rzeczy równie bezlitośnie reżim stłamsił i przetrawił sanacyjny etos polityczny i społeczny. Komunistyczne metody zarządzania państwem i jego inwestycjami stworzyły molocha, który daleko prześcignął wszelkiego rodzaju wykonawcze ambicje i aparatury sanacyjnego etatyzmu. Powojenne potrzeby odbudowy kraju, prowadzonej po swojemu przez komunistyczny reżim, wchłonęły ludzi sanacyjnego etosu pracy i organizacji; zasługi odtworzenia instytucji akademickich czy odbudowy infrastruktury, które należałoby przypisać wyłącznie przedwojennemu pokoleniu, zostały przez dyktaturę skonsumowane, niejako splagiatowane i wykorzystane do własnej propagandy. Dodać gwoli sprawiedliwości należy, że gdyby nie socjotechniczne i militarystyczne zapędy komunistów (nie wspominając ich działań politycznych), odbudowa kraju poszłaby daleko lepiej, szybciej i skuteczniej. Idea działania państwa jako struktury organizującej aspiracje wspólnoty została przez komunistów skutecznie wykorzystana i tym samym skompromitowana, a idea czynu niepodległościowego wykrzywiona poprzez „klasową interpretację” i dodanie do niej miazmatów diamatu. Praca dla takiego państwa, jakie stworzyli komuniści (a nie pozwalali pracować dlań nikomu, kto miał wyraźnie inny niż ich pomysł), tworzyła, delikatnie mówiąc, dysonans moralny.

Z myśli sanacyjnej (przyznajmy, zerwanej jeszcze w trakcie formowania się) pozostały przekonanie o bezpośrednim i moralnym związku czynu niepodległościowego z istnieniem i funkcjonowaniem państwa, idea niepodległości jako sumy wszelkich wolności wspólnotowych oraz zwykły sentyment do przedwojennej Polski. Teraz jest to tylko zestaw imperatywów i nostalgii nie przekładający się na jakąkolwiek praktykę polityczną i nie mający zaplecza w elicie politycznej. To samo zresztą, co można powiedzieć o aktualności myśli piłsudczykowskiej, należy też odnieść do jej ewoluenta, tzn. tzw. „koncepcji Jerzego Giedroycia”: rozwój sytuacji w Polsce i obszarze posowieckim po 1989 r. zdewaluował i unieważnił jej założenia i postulaty.

Z polskiego przedwojennego socjalizmu zostały marne resztki, papierowe hasła bez społecznej treści. Czemu? Chyba wszyscy wiemy: technicznie rzecz biorąc, komuniści zniszczyli PPS, a to, czego nie zniszczyli, to podporządkowali; w ten sposób najskuteczniej przerwali sztafetę pokoleń polskich socjalistów, skuteczniej niż w przypadku endeków i sanatorów: tamci byli w kontrze do systemu, więc jakoś przetrwali, tych PZPR wessał. Polska ideologia socjalistyczna została przez komunistyczne praktyki władcze i społeczne w całości unieważniona i skompromitowana. Poza paroma socjopatami oraz Ryszardem Bugajem nie ma w Polsce teraz socjalistów.

Historia klęski ludowców i ich doktryny jest chyba jeszcze smutniejsza niż endeków: komunistyczna „reforma rolna” (do której zresztą PSL przyłożyło rękę) wytrąciła im „postępowy społecznie” argument z ręki, przedwojenna wywrotowa i antypaństwowa postawa stronnictwa teoretycznie legitymizowała je po wojnie, ale jeśli idzie o pozostałe sprawy, PSL musiało licytować PPR z lewej strony, potępić podziemie i rząd na uchodźstwie; legalny status zapewnił PSL udział w przegranych z góry „wyborach” i stanowisko oficjalnego sparingpartnera PPR. Za opór wobec władzy ludowcy zapłacili nie tylko nożową rozprawą z UB i PPR na przełomie 1946 i 1947 r. i dalszymi prześladowaniami, ale również sprostytuowaniem po ucieczce Mikołajczyka; szansa roku 1956 nie została przez upaństwowionych już ludowców z ZSL wykorzystana, bo i do czego? Przeciwko sobie samym? U władzy już byli, w nomenklaturze już się znaleźli. Niedobitki PSL i Mikołajczyk za granicą też już nie mieli specjalnych pomysłów na to, co dalej ich określa, oprócz oczywistego oporu wobec komuny: chłopi rozparcelowaną ziemię wzięli, kołchozy się rozpadły. Po 1956 r. z jednej strony funkcjonowali sprostytuowani ludowcy z ZSL, żyrujący „socjalistyczną przebudowę wsi”, „sojusz robotniczo-chłopski” i „przewodnią rolę Partii”, z drugiej Mikołajczyk, który chciał, by nowy program dla chłopów polskich pisał prof. Józef Chałasiński (marksista!), bo agraryzm już się zużył. Obecny PSL (a raczej „PSL”) to tylko struktura klientalna, po rozpadzie PZPR ostatni żywy przedstawiciel komunistycznej nomenklatury.

Cokolwiek by nie mówić o charakterze porozumień z Magdalenki i Okrągłego Stołu oraz rządów Tadeusza Mazowieckiego, lata 1989-1990 były przełomowe dla ustanowienia w Polsce rządów legitymowanych. Czy jednak wynikła z tego przełomu jakakolwiek refleksja odnośnie tego, czym jest niepodległość? Wydaje się, że powszechnie zapanowała wersja pod nazwą „niepodległość to jest to, co jest”, zaiste odkrywcza, lecz w odniesieniu do deklaracji środowisk kontestujących ład polityczny wręcz toksyczna: odtąd można było mówić o nich jako o „oszołomach”, nie wdając się w istotę tego co oni kontestują i czego chcą. Co wydaje się istotne, zdefiniowanie tego, co jest Polsce potrzebne, jakie są narodowe imponderabilia, jakie cele polska państwowość winna sobie wytyczyć albo sprowadzało się do dogmatycznych (i w gruncie rzeczy reakcyjnych i autorytarnych) koncepcji polityczno-kulturowych środowiska ‘Gazety Wyborczej’ oraz równie dogmatycznych koncepcji ekonomicznych Leszka Balcerowicza, albo zakładało rewizję stosunków wytworzonych podczas panowania komunistów. Dodatkowy zestaw koncepcji serwowali (i serwują nadal) korwiniści-liberaliści oraz zwolennicy jednomandatowych okręgów wyborczych, których pomysły można uznać za całkowicie wyabstrahowane od jakiegokolwiek polskiego kontekstu społecznego i głęboko zideologizowane; tego rodzaju koncepcje należy uznać wyłącznie za protezy poważnej refleksji nad sytuacją społeczną w Polsce.

Historyczny rozwój doktryn politycznych po 1989 r. w Polsce to rzecz zbyt długa, by się nad nią rozwodzić. Ich wywód jest zresztą kompromitujący, gdy się spojrzy na ich owoce, zwłaszcza w wydaniu obecnej partii władzy i jej oficjalnych i nieoficjalnych koalicjantów.

Istotna jest raczej konkluzja: konkretne potrzeby wspólnoty narodowej i państwa nie zostały właściwie nigdy opisane, a jeśli już, to w sposób woluntarystyczny lub wyłącznie propagandowy, by dostarczyć usprawiedliwienia dla działań rządów (nieraz nieudolnych lub pozbawionych innych niż propagandowe uzasadnień).

Tymczasem, podstawowym zagadnieniem polskiej niepodległości jest przezwyciężenie społecznych skutków dyktatury komunistycznej. Polską racją narodową i stanu jest kompleksowa dekomunizacja, polegająca nie tylko na prawnym, społecznym i finansowym ubezwłasnowolnieniu byłych komunistów, ich funkcjonariuszy i sojuszników oraz stworzonych przez nich elit i struktur społecznych i instytucjonalnych, ale także na złamaniu struktur deprywacji, jakie wzniosła komunistyczna socjotechnika. Do tej pory, jak wiadomo, dekomunizacja sprowadza się do figowo-listkowej lustracji, a rozliczenia zbrodni komunistycznych są mniej lub bardziej symboliczne; zwrot własności skonfiskowanej przez komunistów faktycznie dokonuje się przy oporze państwa, a zaplanowany i utrwalony przez komunistów stan deprywacji własnościowej obywateli (w końcu wszyscy mieli być pracownikami najemnymi komunistycznej gospodarki) jest kompensowany wyłącznie wysiłkiem ich samych, przy biernej lub wrogiej postawie państwa. Dekomunizacja stosunków własnościowych stałaby się zarazem dekomunizacją stosunków społecznych i rozerwałaby łańcuch wiążący obywateli ze strukturami wyalienowanego od ich potrzeb i aspiracji aparatu państwowego. Brak dekomunizacji stosunków społecznych władze już od dawna maskują forsowaniem czyli w istocie dewaluacją wolności indywidualnych: „poszerzanie obszarów wolności” dotyczy jednak tylko modnej kwestii obyczajów, których rozluźnienie nie grozi elicie politycznej żadnymi konsekwencjami, za to ładnie wygląda w propagandzie. Jeśli wolno mi niedokładnie zacytować prof. Wojciecha Włodarskiego: „gdy niepodległośc rozmienia się na wolność, natychmiast pojawia się nowoczesność w charakterze przyzwoitki”*. Kolejnym postulatem niepodległości, obok upowszechnienia nieobciążonej własności, którego osiągnięcie utworzyłoby nowy obszar wolności wspólnoty, jest skuteczne podwyższenie poziomu edukacji. Jest to, niestety, kolejny obszar traktowany zarówno przez rządy jak i elitę jako element konkurencji ze społeczeństwem: jak się wydaje, traktowanie wiedzy i umiejętności jako nawet nie towaru, ale jego opakowania, spowodowało postępującą degrengoladę systemu edukacji. Upowszechnienie marnego i traktowanego wyłącznie formalnie wykształcenia, obok deprywacji własnościowej i utrzymania postkomunistycznych struktur społecznych i instytucjonalnych stało się w ostatnich dwóch dekadach dla rządów i ich bezpośredniego zaplecza narzędziem sposobem utrzymania wspólnoty narodowej i społecznej w zawisłości. Taki ustrój nie zdoła się utrzymać inaczej jak przez tworzenie kolejnych barier społecznych, rygoryzmów prawnych, nacisku fiskalnego, wreszcie coraz wyraźniejszego podziału społeczeństwa na zróżnicowane majątkowo (oraz - nieformalnie - prawnie) elitę, warstwę jej klientów i szarą masę. Czy taki stan odpowiada jakiejkolwiek definicji niepodległości narodu, rozumianej jako suma wszystkich wolności wspólnoty?

 

 

 

* por.Sztuka wszędzie. Akademia Sztuk Pięknych w Warszawie 1904–1944, wyd. Akademia Sztuk Pięknych w Warszawie, Warszawa 2012, red. M. Sitkowska, J. Gola, A. Szewczyk.

FRD
O mnie FRD

felis domesticus, a czasem silvestris

Nowości od blogera

Komentarze

Pokaż komentarze

Inne tematy w dziale Polityka