Free Your Mind Free Your Mind
297
BLOG

Gnojowisko

Free Your Mind Free Your Mind Polityka Obserwuj notkę 97

 

Abp Nycz napiętnował język, jaki panuje w naszej debacie publicznej – wydaje mi się jednak, że to głos zupełnie spóźniony w stosunku do tych wszystkich zaniedbań, jakich się dopuszczono na przestrzeni ostatnich 20 lat w sferze właśnie debaty. Po pierwsze bowiem, trudno powiedzieć, byśmy rzeczywiście mieli do czynienia z debatą – raczej z pohukiwaniem salonu na niesalonowców czy na antysalon. Po drugie, nawet gdybyśmy spolegliwie założyli, że w Polsce mamy do czynienia z jakąś normalną debatą, to sposób wypowiadania się w tejże debacie został narzucony przez uzurpatorów i właściwie po dziś dzień nie został zdelegalizowany.

 

Weźmy na przykład taką komunistyczną „Politykę”, tygodnik, który właściwie powinien był zniknąć w momencie „obalania komunizmu” (najpóźniej w dniu „wyprowadzenia sztandaru” „PZPR-u”), gdyby owo obalenie było na serio przeprowadzane. Redakcja tego tygodnika od dwóch dziesięcioleci dzielnie sekunduje ekspertom z Czerskiej, twórczo mieląc treści przez Czerską podsuwane, czyli zwalczając „zoologiczny antykomunizm” (we wszelkich postaciach), „klerykalizm”, no i oczywiście „skrajną prawicę”. Tego, że obecny program komunistycznej „Polityki” jest zgodny całkowicie z tym realizowanym przez tenże tygodnik, gdy jeszcze miał wypisane przy tytule hasło o proletariuszach wszystkich krajów, chyba nie muszę dowodzić. Na szczególną uwagę zasługuje fakt uporu, z jakim tydzień w tydzień redakcja komunistycznej „Polityki” rozpisuje się o PiS-ie. Polecam Państwu eksperyment polegający na policzeniu tekstów dotyczących tej partii w każdym z z numerów. Już pomijam okres rządów kaczystów, kiedy to sędziwy Żakowski dostawał regularnych stanów przedzawałowych, a w tonach nie mniej apokaliptycznych rozpisywała się Paradowska, Szostkiewicz, wiecznie młody Passent i im podobni intelektualiści od siedmiu boleści. Chodzi mi o czasy obecne, a więc, gdy od niespełna dwóch lat rządzi gabinet ciemniaków pod znanym nam wszystkim, prześmiewczym szyldem „koalicji PO-PSL”. Upór, z jakim wałkuje się „temat PiS-u” (oraz „Kaczyńskiego” (jednego, drugiego lub obu naraz), mógłby świadczyć, że redaktorzy komunistycznego tygodnika o niczym innym nie myślą, tylko o kaczystach. Takie wrażenie jednak jest mylne. Oni na pewno myślą o wielu innych sprawach, czyli np. jakby tu sprawić, by powróciła do sił i władz we wszystkich kończynach komunistyczna partia pod szyderczym szyldem SLD, jednakże zadanie naczelne, jakie mają realizować to właśnie „debatowanie o PiS-ie”, a ściślej kierowanie debaty i myślenia ewentualnych czytelników komunistycznego tygodnika na „temat PiS-u” . Takie poświęcenie (pisanie w kółko tego samego o tym samym może skutkować zaburzeniami umysłu i osobowości – to są jednak ludzie impregnowani, warto pamiętać) możliwe jest wyłącznie u prawdziwych, szczerych ideowców. Człowiek rozsądny nie wywalałby pieniędzy na finansowanie wciąż i wciąż jakiejś oferty intelektualnej o wartości chińskiej zabawki - tymczasem taki komunistyczny tygodnik podtrzymywany jest przy życiu, a redaktorom za ich działalność propagandową wypłaca się całkiem niezłe pieniądze.

 

Ot, jeden z aspektów „debaty” po polsku. Analogicznych zjawisk jest wiele. Goebbels stanu wojennego ze swoim komunistycznym szmatławcem i tamtejszą frazeologią (zasługującą na socjolingwistyczne opracowania, których nie wiedzieć, czemu, brak), komunistyczny „Przegląd”, komunistyczne „Fakty i Mity”, komunistyczna „Krytyka Polityczna”, której naczelny zapraszany jest jako „normalny komentator” wszędzie gdzie się da, a do mediów publicznych szczególnie. Nawiasem mówiąc, słyszałem dziś w porannej Trójce (koło godz. 8.30) taki króciutki materiał o e-bookach, klasyczną niby sondę wśród zwykłych obywateli, zwłaszcza młodych, wykształconych z wielkich miast, a niewykluczone, że zrobiono po prostu materiał wśród stażystów na Myśliwieckiej :) No i było kilka wypowiedzi na temat tego, jak fajnie jest mieć e-booka pod ręką do czytania, zaś jeden z rozmówców cieszył się, bo miał przy sobie „500-stronicowego Żiżka”. Mała rzecz, a cieszy, prawda? Wprawdzie Żiżek to jeszcze nie Stalin, Lenin ani tym bardziej Marks, no ale od czegoś trzeba zacząć. I jak dobrze, że takie dźwiękowe perły można znaleźć w Trójce. Niemal jak w latach 80.

 

Celowo wskazuję na zjawiska patologiczne na rynku mediów – te zjawiska nie tylko są już trwałe i (co gorsza) w jakiejś mierze przyzwyczailiśmy się do tego kulturowego gnoju, jaki się z nimi od lat wiąże, ale stanowią niezłe exemplum tego, jak ukształtowana została przestrzeń debaty po 1989 r. O działalności Ministerstwa Prawdy napisano już wiele, więc nie muszę i tego wątku tu rozwijać. Można postawić dowolne pieniądze, że przeciętny młody człowiek nie miał w ręku paryskiej „Kultury”, że o innych bezdebitowych wydawnictwach nie wspomnę, natomiast z dużą dozą prawdopodobieństwa można sądzić, że albo ktoś mu pokazywał, albo sam któreś z tych w/w komunistycznych wydawnictw czytywał (tudzież czytuje i wtedy miej go Panie Boże w swej opiece). Nie ma w tym oczywiście niczego nadzwyczajnego, ponieważ 1) piśmiennictwo emigracyjne czy podziemne w ogóle nie jest wznawiane ani obszernie omawiane w III RP, w przeciwieństwie do nieustannie odnawianych tradycji literackich i publicystycznych peerelu, a 2) wymienionych przeze mnie wydawnictw nikt nie nazywa komunistycznymi ani nie ośmiela się tak nazywać. To są „normalne”, w warunkach „wolnego rynku medialnego” i „wolności słowa”, wydawane tytuły. Ba, niektórzy uważają, że to tytułu związane z jakąś „myślą liberalną”.

 

To przejście od realnego komunizmu „intelektualistów” marksistowskich do „liberalizmu”, skrywającego, jak już powiedziałem wyżej, dokładnie to samo przesłanie ideowe tylko w nieco odmiennej szacie graficznej i słownej, dokonywało się już w latach 80., gdy w pismach komunistycznych typu „Colloquia Communia” (dwumiesięcznik wydawany na UW przez ZSP) obok tematyki stricte marskistowsko-leninowskiej zaczęły się pojawiać teksty postmodernistów, a więc „wiatr odnowy wiał”. Tak więc jeszcze w listopadowo-grudniowym numerze (29/1986) Wacław Mejbaum zastanawiał się czy Lenin to bardziej polityk, czy uczony, zaś Andrzej Raciborski w komentarzu do fragmentu leninowskiego tekstu „Co oznacza „wolność krytyki””, z aprobatą stwierdzał, że Lenin „unika rozlicznych pułapek dla naiwnych, którzy wdaliby się w polemikę w abstrakcyjny spór o wolność i w najlepszym razie musieliby poprzestać na ujawnieniu antynomiczności pojęcia. Lenin idzie zupełnie inną drogą, formując pytanie o jaką wolność chodzi, o wolność dla kogo – w tym konkretnym przypadku – toczy się walka, zmusza przeciwnika do zejścia „z nieba ideologii na ziemię konkretu”. Natomiast niedługo później zaczynają się pojawiać ni stąd ni zowąd i bez żadnego sprzeciwu marksistowskich ortodoksów, teksty o „nomadach”, „kłączach” i tym podobnych postmodernistycznych namiętnościach. Nie muszę chyba dodawać, że takie ideowe przemiany nie mogły się dokonywać samoczynnie w takiej machinie, jaką była komunistyczna inżynieria dusz, tylko jakiś poczciwy kierownik zmiany przesuwał odpowiednią dźwignię i w instytutach marksizmu-leninizmu odkrywano naraz Lyotarda, Deleuze'a, Derridę etc.

 

Postmodernizm, którego związki z marksizmem są wprawdzie oczywiste, choć dla zwolenników tego pierwszego niewarte wspominania (ta skłonność u „myślicieli lewicowych” do wymazywania przeszłości nie jest niczym nowym – po każdorazowej odwilży dokonywano wykasowania przeszłości lub jej gruntownej rewizji, z pisaniem nowych podręczników historii włącznie), przyniósł lewicowym myślicielom „nową przestrzeń debaty” w postaci obszaru walki z „totalitaryzmem prawdy”. Z jednej strony więc można było głosić stopniowo (wraz z postępującą reformą komunizmu w stronę postkomunizmu), relatywizm, a nawet „liberalizm” (ufundowany już nie tylko na Marksie, ale i na Nietzschem i Freudzie), z drugiej jednak, właśnie z podstaw relatywistyczno-”liberalnych” można było zwalczać wszelkie poglądy konserwatywne i tradycjonalistyczne (z katolickim obskurantyzmem na czele :)). Wspominam o tym, gdyż dokładnie tę „formułę dialogu” w makroskali zastosowano w III RP. Debata miała rację bytu jedynie w tych granicach, w jakich wyznaczali ją uzurpatorzy polityczni i intelektualni. Wymownym sposobem pacyfikacji debaty było etykietowanie za pomocą takich terminów jak „oszołomstwo”, „mowa nienawiści”, „polowanie na czarownice” itd., systematyczne dyskryminowanie środków przekazu czy szerzej publikacji kojarzonych ze „skrajną prawicą”.

 

W ten sposób wytworzono zgoła chorą – jak na katolicki, było nie było, kraj – sytuację, w której olbrzymia nadreprezentacja w debacie publicznej komunistów, lewaków i innych „wolnomyślicieli” i ostra dyskryminacja osób o nastawieniu konserwatywnym, konserwatywno-liberalnym i libertariańskim, traktowana jest jako norma. Co więcej, dzięki ośrodkom „myśli lewicowej” dąży się do utrwalenia w opinii publicznej przekonania, iż poglądy tradycjonalistyczne stanowią jakiś dziwoląg, jakąś formę kołtuństwa, jeśli nie skretynienia. Wszystko to zaś podlane jest zatrutym sosem niewyobrażalnego wprost zakłamania pojęć i języka, toteż, jak wspomniałem, komunistyczne gazety „lub czasopisma” wcale takimi się nie nazywają, nie tak dawni gloryfikatorzy Marksa, Engelsa, Lenina, Stalina, udają, że od zawsze byli zwolennikami indywidualizmu i swobodnej ekspresji poglądów (a szczególnie tzw. przełamywania tabu – tak jakby jeszcze jakieś tabu były w europejskiej kulturze), rozmaite ciotki rewolucji, które jeszcze niedawno wywijały girami przed „trybunami honorowymi” na 1 maja, od 20 lat twardo przestrzegają przed dyktaturą „skrajnej prawicy” (od paru lat ze wskazaniem na PiS oczywiście).

 

To jednak nie koniec. To tylko jeden z widocznych przejawów debaty po polsku od „obalenia komunizmu”. Drugi jest także ciekawy – zapełnianie czasu antenowego oraz zapełnianie szpalt zwykłym badziewiem, trocinami, papą. O ile bowiem to pierwsze zjawisko (sterowanie debatą w celu podtrzymywania ustroju postkomunistycznego) stanowi wyraz „intelektualnej straży” dozgonnych zwolenników „okrągłego stołu”, o tyle to drugie pokazuje, jak twórczo można kultywować jałowość. Brzmi to paradoksalnie, jednak sprzeczność jest tu pozorna. Ktoś rozsądny może się dziwować, jak to jest możliwe, by np. w Polskim Radiu poświęcano tyle czasu na jakieś nonsensowne dyskusje, w których w tonacji niezwykle uczonej międli się (w stylu naprawdę godnym naśladowania, bo częstokroć „dyskutanci” nawet poprawnie i płynnie po polsku nie umieją się wypowiadać) pseudotematy albo dlaczego tyle miejsca w gazetach poświęca się sprawom drugo- trzecio-, a nawet dziesięciorzędnym, bijąc pianę wokół czegoś, czym nie powinien się zajmować nie tylko człowiek inteligentny, ale i pies z kulawą nogą. Otóż to zapełnianie „czasu antenowego”, czyli zapychanie mass mediów papą, ma sens. Taki mianowicie, że przeciętnemu użytkownikowi tychże mediów, tłucze się do łba (dzień w dzień, podkreślam), że ważnych tematów po prostu nie ma, że właśnie to, co wałkują środki przekazu, to są naprawdę jedyne istotne tematy.

 

W tym kontekście sięganie po takie określenia jak „bydło”, „dożynanie watah”, pokazywanie w mediach świńskich ryjów lub zadków, używanie wulgaryzmów przez polityków, pomówień itd. to jedynie skromny dodatek do całego rozległego gnojowiska, jaki w sferze debaty urządzono nam na przestrzeni 20 lat.

pi

 ok

 

http://www.wprost.pl/ar/163716/Abp-Nycz-jezyk-publicznej-debaty-jest-przerazajacy/

http://www.polityka.pl/strona-glowna/Menu01,1,15/

https://yurigagarinblog.wordpress.com/2014/02/03/komplet/ (pod tym adresem dostępne są moje przeróżne opracowania z "Czerwoną stroną Księżyca" i aneksami do niej włącznie); polecam jeszcze tę moją analizę z 2024 r. zamieszczoną gościnnie u prof. M. Dakowskiego: https://dakowski.pl/wokol-hipotezy-dwoch-miejsc-free-your-mind/ ) legendarne dialogi piwniczne ludzi zapiwniczonych w Irlandii 2 (before you read me you gotta learn how to see me) free your mind and the rest will follow, be colorblind, don't be so shallow "bot, który się postom nie kłania" [Docent Stopczyk] "FYM, to wesoły emeryt, który już nic, ale to absolutnie nic nie musi już robić" [partyzant] "Bot FYM, tak jak kilka innych botów namierza posty i wpisy "z układu" i daje im odpór" [falstafik] "Czy robi to w nocy? W takim razie – kiedy śpi? Bo jeśli FYM od rana do późnej nocy non-stop tkwi przy komputerze, a w godzinach ciszy nocnej zapewne przygotowuje sobie kolejne wpisy, to kiedy na przykład spożywa strawę?" [Sadurski] "Ale teraz zadam Sadurskiemu pytanie: Załóżmy, że "wyśledzi" pan w przyszłości jeszcze kilku FYM-ów, a któryś odpowie prostolinijnie, że jest inwalidą i jedyną jego radością (z przyczyn wiadomych) jest pisanie w S24, to czy pan będzie domagał się dowodów,czy uwierzy na słowo?" [osa 1230] "Zagrożenia dla pluralizmu w ramach Salonu widzę w tym, że niektórzy blogerzy - w tym właśnie FYM - wypraszają ludzi, z którymi się nie zgadzają. A zatem dojdzie do "bałkanizacji" Salonu: każdy będzie otoczony swoją grupką zwolennikow, ale nie będzie realnej dyskusji w ramach poszczególnych blogów. Myślę, że nie daję przykładu takiego wykluczania." [Sadurski] "Już nawet nie warto tego bełkotu czytać, spod jednego buta i z jednego biura. Na fanatyków i pałkarzy lekarstwa nie ma."[Igła] "FYM już kupił S24 swoim pisaniem, jest teraz jego twarzą. Po okresie Galby i katatyny nastąpił czas dziennikarzy "Gazety Polskiej". Ten przechył i stalinopodobne teorie spiskowe, jakie się wylewają z jego bloga oraz innych mu podpbnych - przyciągają do Salonu nastepnych i następnych. Tu już od dawna nie zależy nikomu na rzetelności i klasie pisania - lecz na tym, aby było klikanie, aby było głośno i kontrowejsyjnie. Promowanie takich ludzi jak FYM i Paliwoda - jest całkowicie jednoznaczne."[Azrael] "Ale jaki jest problem?"[Kwaśniewski] kwestia archiwów IPN-u Janke: "Nigdy nie mówiliście o pełnym otwarciu?" Komorowski: Co to znaczy otwarcie?" "Trudno zrozumieć, jak można ogłupić społeczeństwo. Dlaczego tylu ludzi ośmiela się nazywać zdrajcą Wojciecha Jaruzelskiego. (Edmund Twardowski, Warszawa) " [tzw. listy czytelników do "Trybuny"] "Z przykrością stwierdzam, że prezydent nie przedstawił żadnych propozycji ws. służby zdrowia" [Tusk] "Niewidzialna ręka rynku, jak sama nazwa wskazuje, jest ślepa." [ekspert w radiowej audycji prowadzonej przez R. Bugaja] "Mamy otwarte granice, miejmy też otwarte umysły. Jasna Góra horyzontów rządowi i parlamentarzystom nie rozszerzy. (S. Barbarska, woj. wielkopolskie) " [tzw. czytelniczka "Trybuny"]

Nowości od blogera

Komentarze

Pokaż komentarze (97)

Inne tematy w dziale Polityka