612 obserwujących
1599 notek
9299k odsłon
24538 odsłon

"Samolot zjechał z pasa"

Wykop

Jak dotąd nie dowiedzieliśmy się, w jaki sposób prezydenccy „akustycy” sprawdzali nagłośnienie w Lesie Katyńskim (czy np. oglądali, czy poprawnie są wpięte kable, czy robili próby mikrofonów, czy dokonywali oględzin konsoli mikserskiej, czy przejrzeli stanowiska w wozach transmisyjnych itd.), wiemy natomiast, w jak przedziwny sposób krążyły informacje związane z losami delegacji udającej się na uroczystości. I temu obiegowi informacji chciałbym poświęcić dzisiejszą notkę.

Główny „akustyk” kancelarii Prezydenta, czyli J. Sasin (JS), w sejmie przed Zespołem min. Macierewicza twierdzi, że jest w Katyniu ok. 7.30 (11'07'' materiału sejmowego), ale w książce „Mgła” mówi, iż koło 8-mej (pol. czasu). Wiemy, że jeszcze wieczorem 9-go kwietnia 2010 r. JS planuje pojechać z M. Wierzchowskim (MW) na lotnisko, ale już nad ranem zmienia plany i  postanawia dopilnować wszystkiego w Katyniu, aczkolwiek po drodze urządza sobie kilkudziesięciominutową wycieczkę po Smoleńsku („Mgła”, s. 39). Te kwestie nas teraz nie interesują, a przypominam je tylko po to, by nieco naświetlić kontekst. MW, wedle porannej umowy ze swym przełożonym, ma informować JS (gdy będzie w Lesie Katyńskim) o lądowaniu samolotu z delegacją, więc muszą być w telefonicznym kontakcie. Ale właśnie - czy są? A jeśli są, to czemu ten kontakt tak dziwnie wygląda? MW w jednym z wywiadów dla „NDz” powiada (http://www.naszdziennik.pl/index.php?dat=20110209&typ=po&id=po08.txt), że telefonował z Siewiernego do JS jeszcze jakiś czas przed tragediąKiedy czekałem na lotnisku, wykonałem ostatnią rozmowę telefoniczną z ministrem Jackiem Sasinem. Później oczekiwaliśmy na przylot samolotu, luźno rozmawiając”, ale nie znamy treści tej rozmowy i nie wiemy, czy wtedy JS był już w Katyniu, czy jeszcze na turystycznej wycieczce.

Przenosimy się zatem do Lasu Katyńskiego. Jak tu wygląda (wg sejmowej relacji JS) przebieg zdarzeń? Primo: JS dowiaduje się w pewnej chwili (gdy już wszystko jest gotowe i jest czas swobodnych rozmów) od A. Kwiatkowskiego (AK), że samolot z powodu trudnych warunków atmosferycznych nie będzie lądował, tylko zostanie skierowany do Moskwy. To zdarzenie niesie ze sobą trzy ślady: 1) JS nie był do tego momentu w Lesie Katyńskim z AK (i chyba AK nie był z nim na wycieczce, skoro jak twierdzi AK w „Mgle”, s. 86, „o dziewiątej rano tamtego czasu przyjechaliśmy na miejsce”, a więc był w Katyniu już od 7-mej pol. czasu), 2) JS nie dostał tej informacji od MW, 3) MW nie informuje JS o skierowaniu samolotu do Moskwy. Co więcej AK otrzymuje tę wieść od... T. Stachelskiego (TS) (do dziś nieprzesłuchanego przed Zespołem smoleńskim), który musi tę informację mieć z kolei od D. Górczyńskiego (DG) będącego na Siewiernym (http://www.rp.pl/artykul/544614.html). Czy MW tej, było nie było, niezwykle ważnej z punktu widzenia organizatorów uroczystości, informacji sam nie miał, czy może po prostu nie zdążył jej przekazać, jak na razie nie wiemy.

Co się dzieje dalej? Secundo: JS, dowiedziawszy się, że AK ma tę wiadomość od TS, szuka tego ostatniego, a odnalazłszy go wzrokiem, kieruje się w stronę TS (proszę przy okazji wziąć pod uwagę, ile czasu muszą pochłonąć wszystkie późniejsze zdarzenia od tej pierwszej przekazanej informacji, nim kolumna rusko-polska wyjedzie na sygnale na Siewiernyj), przy czym, gdy już zbliża się do TS ten dostaje drugi telefon od DG z kolejną informacją o „wypadku w samolocie”; „samolot zjechał z pasa czy coś takiego”. Nim jednak JS usłyszy to z ust TS, będzie przysłuchiwał się rozmowie TS-DG i czekał na jej zakończenie, a przy tym będzie myślał tak:

nie przypuszczałem, że mogło stać się coś bardziej groźnego i coś gorszego niż to lądowanie w innym miejscu, w związku z czym tak sobie psychicznie zbudowałem taką konstrukcję, że on(tzn. TS – przyp. F.Y.M.) tak strasznie panikuje z tego powodu, że ten samolot wyląduje gdzie indziej i w związku z czym będziemy mieli tutaj opóźnienie w rozpoczęciu uroczystości” (15'02'').

Chciałoby się zapytać: a gdzie indziej? Przecież od AK była chwilę temu jednoznaczna informacja, że w Moskwie – to dość konkretne miejsce. No ale załóżmy, że tak się głównemu „akustykowi” tylko powiedziało czy pomyślało. Zauważmy jednak, iż JS, mimo że dostał wiadomość od AK, nie wydzwania do MW, by spytać: jak właściwie wyglądają ustalenia na Siewiernym w obecnym momencie (a to chyba byłoby najprostsze rozwiązanie, zamiast szukać TS i czekać aż skończy rozmawiać przez telefon). Czemu na tak prosty pomysł nie wpadł? Nie dzwoni też do amb. J. Bahra (JB), który, jak można sądzić, byłby najlepiej zorientowany, co do ustaleń na Siewiernym.

Wracamy do sytuacji z TS. Ten ostatni mówi więc JS, że samolot zjechał z pasa; „nic więcej nie był w stanie powiedzieć”, dodaje JS przed Zespołem, a parę minut później powie (20'43'') w kontekście dramatycznej rozmowy z MW, gdy ten już będzie telefonował z pobojowiska: „Tak sobie już wyobraziłem pewien obraz, który się stał, prawda, czyli drobnego wypadku przy lądowaniu samolotu (...) być może się koła nie otworzyły, prawda, coś takiego...”. I nawet o to będzie ów JS pytać telefonującego (z informacją o tragedii) MW: „Ale co, zjechał ten samolot z pasa?”  

Trzymamy się jednak tej sytuacji po kolejnej rozmowie TS-DG i przekazaniu informacji o „zjechaniu samolotu z pasa” - nikt przecież w tym momencie (przynajmniej wg oficjalnych relacji, zeznań etc.) nie może wiedzieć w Katyniu, co dokładnie się stało z polską delegacją. JS uzyskuje zatem informację, że samolot zjechał z pasa, wyobraża sobie to jako drobny wypadek przy lądowaniu - i co? Usiłuje się dodzwonić do MW, ale mu się nie udaje, idzie więc do oficera BOR, czyli C. Kąkolewskiego (CK), ten zaś nic nie wie o żadnym zjechaniu z pasa. CK nie ma również możliwości sprawdzenia informacji u kogoś na lotnisku, bo, jak stwierdza, nie ma tam ludzi BOR, do których można by zadzwonić.

I teraz najważniejsze, czyli tertio: wiedząc, że samolot zjechał z pasa po wylądowaniu i doszło do drobnego wypadku, JS nie dzwoni do kogoś z osób na pokładzie, by spytać, co się stało? Przecież taka powinna być pierwsza reakcja każdego, kto by się właśnie dowiedział, że delegacja wylądowała. Na informację o lądowaniu przecież JS czekał, jako ten, który miał wyjść przed bramę katyńskiego cmentarza. Czy nie należało więc natychmiast zadzwonić i upewnić się, czy wszystko w porządku oraz, co dokładnie się stało? Pamiętają Państwo, jak prowadzący TVP Info dzwonił 10-go Kwietnia koło 9.30 pol. czasu do dziennikarza W. Cegielskiego, „w samolocie był także nasz reporter (...) Połączyliśmy się z nim w tej chwili. Wojtku, powiedz, co się dzieje w Smoleńsku?” (http://centralaantykomunizmu.blogspot.com/2011/06/woko-zeznan-bahra.html. (Nawiasem mówiąc Cegielski zresztą w tej relacji powie, że jak dziennikarski przyleciał... „pół godziny wcześniej”: „wszyscy dziennikarze, którzy towarzyszyli Lechowi Kaczyńskiemu, przylecieli do Smoleńska pół godziny wcześniej samolotem jak-40 i stąd też na pokładzie tego samolotu tu-154m nie było żadnego, żadnego dziennikarza, stąd jest teraz to ogromne zamieszanie, ponieważ myśmy w tej chwili, przed chwilą otrzymali taką informację, że był problem z samolotem prezydenckim”. Oczywiście Cegielski, nie będąc na Siewiernym nie mógł wiedzieć, o której, co się tam działo, lecz będąc na Okęciu mógł usłyszeć od kogoś, że tupolew wyleci „pół godziny po jaku-40 z dziennikarzami” - to tak dodaję a propos badanej ostatnio koncepcji intheclouds))?

Wracamy do Katynia. JS (wg jego relacji) nie telefonuje ani do kogoś z będących na pokładzie, ani też do JB, by uzyskać jakieś inne informacje w związku z tym „zjechaniem z pasa”. Co zaś się dzieje? Najpierw odbywa się jakaś narada pracowników pracowników kancelarii z borowcami. Ile ona trwa, nie wiemy. Naradzie jednak przysłuchują się jakieś postronne osoby, więc naradzający się przenoszą się do budynku przy wejściu do cmentarza, tam zaś postanawiają, że należy się udać na lotnisko. Ile znowu to wszystko trwa, też nie wiemy. Nie wiemy też, czemu naradzający się (zamiast telefonować do pasażerów) się naradzają. CK ma po naradzie zorganizować transport, ruską eskortę i zgodę na wjazd na Siewiernyj, podwładni JS zaś mają odszukać w Lesie Katyńskim kierowcę JS (kierowca był bez telefonu?). Po „kilku minutach” grupa wyjazdowa jest gotowa, natomiast JS „wykonuje” następne telefony – do M. Łopińskiego (nie odbiera) i „pani dyr. Kasprzyszak z Biura Prasowego” (nie odbiera), ale też do żony „żeby się nie denerwowała, jeśli usłyszy coś w mediach dotyczącego mojej osoby” (połączenie parę minut po 9-tej wg ustaleń JS). Czy te wszystkie zachowania nie są jednak nieco dziwne, skoro samolot tylko zjechał z pasa, a więc wystarczyłoby najpierw telefonicznie ustalić z kimś będącym na lotnisku, co dokładnie się stało i czy sytuacja jest poważna? Czy zamiast naradzać się nie wystarczyło zadzwonić do osób, które „wylądowały”? Czy im się nic nie stało?  

Przyjrzyjmy się jednak jeszcze raz od początku „obiegowi informacji”. Najpierw AK przekazuje JS wieść o skierowaniu samolotu do Moskwy, JS usłyszawszy to idzie do TS, by się dowiedzieć czegoś więcej, zaś TS po rozmowie telefonicznej mówi o wypadku przy lądowaniu i zjechaniu z pasa, po czym JS (mówiąc w telegraficznym skrócie) zwołuje naradę ze swymi pracownikami i borowcami, bo trzeba pojechać na lotnisko. No dobrze, ale przecież samolot skierowano do Moskwy, skąd więc nagle wiadomo, że trzeba jechać na smoleńskie Siewiernyj? Czemu JS nie pyta TS: „panie, gdzie ten samolot zjechał z pasa?”, tylko skądś już wie, że chodzi właśnie o Smoleńsk?  

Czy po drodze nie było jeszcze jakiejś informacji, którą JS w sejmie pominął? Hm, a jak wygląda przebieg opisywanych wyżej zdarzeń w relacji samego AK? Zupełnie inaczej (s. 87-88), proszę rzucić okiem:

W czasie przygotowań do uroczystości, które miały się odbyć w lesie katyńskim, postanowiliśmy – ja byłem tam pierwszy raz(czyli nie był 9-go w Katyniu? - przyp. F.Y.M.) – wykorzystując chwilę oczekiwania, obejrzeć to miejsce, przejść się po cmentarzu. Jeszcze raz chcieliśmy sprawdzić, czy wszystko jest już gotowe na przyjazd pana prezydenta i delegacji mu towarzyszącej. Opuściliśmy teren, na którym miała odbywać się msza. W alejce, przy ścianie z tabliczkami z nazwiskami pomordowanych oficerów zrobiłem kilka zdjęć. Pamiętam, że zaczęło rosnąć napięcie, zrobiła się nerwowa atmosfera, czekaliśmy na informacje z lotniska, czy już wylądowali, ile mamy czasu? W pewnym momencie zaobserwowałem dziwne zachowanie pracownika protokołu dyplomatycznego Tadeusza Stachelskiego, który, rozmawiając przez telefon, wykonywał jakieś dziwne gesty, mówił jakieś niezrozumiałe słowa, wyraźnie był zdenerwowany. To był pierwszy sygnał, że coś jest nie tak. Wydawało się nam, że pogoda, która podobno się psuła – czego w samym lesie katyńskim nie było widać – mogła pokrzyżować plany. Myślałem – być może samolot nie mógł wylądować lub leciał na jakieś inne lotnisko?

W pewnym momencie odebraliśmy telefon od Marcina Wierzchowskiego, który był na lotnisku. Mówił, że coś jest nie tak, że była jakaś awaria. Pamiętam swoją pierwszą myśl, że samolot nie zmieścił się w pasie, nie wyhamował, zjechał z niego – tak sobie tę „awarię” wyobraziłem
.”

AK nie mówi więc o żadnej informacji od TS na temat skierowania delegacji do Moskwy z powodu trudnych warunków atmosferycznych (skąd więc JS się dowiedział o tej Moskwie? Nie czasem od MW?). TS jest obserwowany z jakiejś odległości przez AK (skoro ten ostatni nie słyszy dokładnie wypowiadanych słów) i to chyba podczas tej rozmowy TS-DG na temat „zjechania z pasa”, o której mówił wyżej JS. No ale czy AK nie widzi głównego „akustyka” stojącego przy TS i przysłuchującego się tej telefonicznej rozmowie? Gdzie jest więc w końcu JS – przy TS czy obok AK? Czy jeszcze w innym miejscu? Co więcej, AK mówi („odebraliśmy”, też nie wiadomo, jacy „my” - AK i np. D. Gwizdała?) o telefonie MW mówiącym o awarii i sądzi, że... samolot zjechał z pasa. Powraca więc pytanie: jeśli sądził(li), że doszło do jakiegoś awaryjnego lądowania, podkreślam, lądowania (a nie katastrofy), to przecież wystarczyło zadzwonić do pasażerów, np. kolegów z kancelarii, by się dowiedzieć, jak to lądowanie przebiegło. Skoro odebrał telefon od MW mówiący o awarii, to miał komórkę włączoną w przeciwieństwie do J. Opary, który przygotowując się do uroczystości, wyciszył sobie ją, żeby mu nie przeszkadzała: „Gdy już byłem pewien, że wszystko jest zapięte na ostatni guzik, po prostu usiadłem i wyłączyłem dźwięk dzwonka w telefonie, by potem nieoczekiwanie nie zaczął dzwonić”      (http://www.naszdziennik.pl/index.php?dat=20110110&typ=po&id=po41.txt).

Wykop
Ciekawi nas Twoje zdanie! Napisz notkę Zgłoś nadużycie

Więcej na ten temat

Salon24 news

Inne tematy w dziale