Jak widzieliśmy wczoraj po komentarzach lub ich całkowitym braku (np. na portalu "Rzeczpospolitej" lub w "programach na żywo") - większość "znawców" nie była przygotowana na zmiany w rządzie i raczej próbowała "improwizować na bieżąco". Kompletne zaskoczenie zdradzali zwł. "politolodzy" i "doktorzy politologii", którzy niemal do tej pory (do "sądnego dnia" dla A. Leppera) dzień w dzień komentowali po kilka razy bieżące wydarzenia.
Przez noc wczorajszą sztaby zaczęły (jak za dawnych lat) wypracowywać interpretacje zdarzeń i wytyczne do snucia futurologicznych analiz i pewnie dziś usłyszymy tych "przewidywań" o wele więcej. Ile są takie analizy warte to już wiemy z wielu ostatnich miesięcy - sporo futurologów i w salonie się ogłasza ze swoimi wizjami ("co rynki na to?"). Mówię o sztabach, gdyż już dziennikarze choćby porannych "Sygnałów Dnia" (ale i "Rzeczpospolitej") starają się instynktownie wyczuć, "skąd wiatry mogą powiać", co jest przecież o tyle ważne, że związane z przyszłoścą w danym miejscu pracy ("co będzie jak mnie wezmą za kaczystę?", myśli niejeden), która w Polsce zależy zwykle od tzw. telefonu z góry. Dlatego już zaczynają wyciągać w porannym przeglądzie prasy z uśmiechem "Trybunę", która o kokainizm podejrzewa niemal cały rząd (nie pisze wprawdzie o kokainistach z redakcji "Trybuny", ale to nieważne) czy cytowany przez (niezastąpioną w woltach ideowych) "Rzeczpospolitą" z lewicowego "Guardiana" artykuł o "uciekających z Polski do Wielkiej Brytanii przed homofobicznym rządem gejach" (no, chyba czas powrotu nastaje, prawda?). W tej sytuacji rozumiemy A. Urbańskiego umizgi do lewicy, aczkolwiek nie wiadomo, czy dobrze sobie prezes TVP tudzież dziennikarze radiowej Jedynki upatrzyli przyszłego politycznego patrona (ale to już ich sprawa, nie nasza).
W salonie wprawdzie daje nam wykład z logiki J.M. Nowakowski, ale tak jakoś nieśmiało, właściwie przywołując to, co już wiemy, tymczasem dziarscy postkomunści z Łelkamem-Ewrybadym-Olejniczakiem na czele wyskoczyli z propozycją wyborów w sierpniu. Nie wiedzieć czemu nie w lipcu - co to komu szkodzi? - to nawet miałoby uzasadnienie: zanim by się wszyscy na wakacje rozjechali, byłoby pozamiatane. Przepytujący premiera J. Karnowski z "Sygnałów Dnia" wraca jeszcze z jakimś wytęsknieniem w głosie do legendarnej idei "PO-PiS-u" (vide nadchodzące wielkimi krokami tegoroczne wybory - przypominam - mówiłem to od początku tego przesilenia rządowego), jakby nie było tych blisko dwuletnich występów cyrkowych trupy z "prezydentem" Tuskiem (liderem sondaży), "calodobowym komentatorem każdego ruchu rządu" Jamajką-Komorowskim, "panią Hanią-z kanapkami", antyGomułką-Niesiołowskim, "radykalną inaczej" J. Piterą, no i rzecz jasna, premierem z Krakowa.
Premier idzie na całość i to chyba najbardziej zaskakuje obecnych futurologów (także wśród polityków), którzy spodziewali się, że zawiążą się jakieś ciekawe sojusze typu LiD-PO (a nie ma ich - więc kogo poprzeć?, jest dylemat). Kaczyński idzie na całość, gdyż wie, że teraz może wybory ze swoim ugruowaniem ostatecznie wygrać bez wchodzenia w jakiekolwiek, nawet egzotyczne koalicje. Jeśli zawrze jakieś sojusze ze środowiskami wolnorynkowymi, to jest szansa, że nowy rząd po wyborach będzie jeszcze ciekawszy niż ten, zwł. że może to być ekipa bez takich rzadkich okazów, jak Lepper czy Giertych, którzy nowy parlament będą oglądać zza szyby telewizora, podejrzewam (czego zresztą szczerze im życzę).
No nic, przysłuchujmy się futurologom i czytajmy ich, tak czy tak. Potem będziemy mieć ubaw, konfrontując ich analizy z rzeczywistością (tak jak ubaw mieliśmy we wczorajszy wieczór).


Komentarze
Pokaż komentarze (21)