Najwyraźniej mamy do czynienia z otwartym starciem ludzi dawnych służb specjalnych z funkcjonariuszami nowych. Wiele na to wskazuje. Kontratak, do jakiego przystąpił A. Lepper, przy olbrzymim wsparciu mediów oraz opozycji, pokazuje, że walka z "układem" weszła w ostateczną fazę. (Przypomnę, że słowo "układ" tygodnik "Polityka" obśmiał niedawno wraz ze swoimi wiernymi od wielu lat "czytelnikami" - pisałem na ten temat).
Zauważmy, że wyszydzani przez media i opozycję Lepper i R. Giertych znowu stali się "ulubieńcami". (Ta tradycja "wańki-wstańki" jest w Polsce po 1989 niezmienna). O Lepperze co drugi felietonista (nie wspominając o opozycjonistach) mówił, że "nie powinien nigdy być w rządzie". O Giertychu to już można by opasłe książki z szyderstw na jego temat złożyć. Dziś jednak ci sami, co z nich szydzyli, z nabożną czcią ich wypowiedzi przywołują. Mnie to nie martwi - przynajmniej wiemy, kto kim jest, bo przecież w chwilach dramatycznych ujawniają się prawdziwe intencje wielu ludzi. Nie tylko przyjaciół, ale zwł. wrogów.
No więc Dziennik.pl, który od początku wziął stronę Leppera, podtrzymuje tezę, że CBA wykreowało całą aferę. Dziwne, że słowo "kreacja" nie padało w mediach, gdy T. Sekielski z M. Morozowskim urządzili inscenizację z udziałem "dzielnej" R. Beger. Ot, "specyficzny obiektywizm" polskich mediów.
Co ciekawsze, nawet tak czujny na punkcie razwiedki S. Michalkiewicz zestawia w dzisiejszym radiowym felietonie artykuł z kodeksu karnego zakazujący fałszowania dokumentów z ustawą (przegłosowaną przecież także przez PO) zezwalającą CBA na stosowanie określonych procedur (takich jak tzw. legalizowanie dokumentów, o którym mówił na konferencji prasowej min. M. Kamiński) i roztacza niemal orwellowską wizję totalnej inwigilacji w naszym kraju - tak jakby nie było różnicy między starymi postpeerelowskimi służbami, a tymi powołanymi przez obecny rząd. Może nie ma. W dziedzinie "technik operacyjnych" może nie (choć nie podejrzewam, by funkcjonariusze CBA niszczyli przewody hamulcowe, stosowali podpalenia, pobicia czy "wrzucali z kamulkami", jak słynny G. Piotrowski z kolegami). Jednakże w sferze życiorysów i "zobowiązań" wobec KGB, GRU, Stasi itp. chyba jest różnica, prawda? Nie wiem, czemu Michalkiewicz o tym teraz zapomina.
Lepper w wywiadzie dla radiowej Jedynki zdradza coraz szerszą wiedzę, która służy mu za podstawę kontrataku (konsultuje się z politologami, prawnikami itd.), co tylko dowodzi, że wielu ludzi naraz stanęło za nim murem. Czy to ci sami "politolodzy" i "prawnicy", którzy swego czasu "konstruowali na polskiej scenie politycznej" Samoobronę na przełomie l. 1991/1992 (zarejestrowano ją w sądzie tuż po obaleniu rządu J. Olszewskiego)? Niewykluczone. (Słowa "niewykluczone" używam w takim znaczeniu, jak "Rzeczpospolita", która "nie wykluczała" użycia najnowocześniejszego "bezzałogowego sprzętu" do inwigilacji Leppera). Jednocześnie eks-wicepremier mówi, że "panowie rżną głupów", "Gosiewski udaje", że nie wiedział o akcji CBA i "niech się za Gosiewskiego biorą teraz". Mało tego. Przyznaje, że P. Ryba był w ub. piątek umówiony na 12.00 na spotkanie z Lepperem, ale "w sekretariacie zapisany był, by wziąć listę uczestników wyjazdu do Konga". Jakżeby inaczej. Kongo, a nie żadne tam okolice Mrągowa.
Lepper nie wypiera się związków z "handlowcem" Rybą (aczkolwiek pamięta z nim jedynie wyjazd do Chin - być może w trakcie przesłuchań w prokuraturze odświeży mu się pamięć). Coraz większą jednak wiedzę posiada na temat A. Kryszyńskiego (choć w trakcie wywiadu przyznawał, że nie wczytywał się jeszcze w artykuł z "Dziennnika", co świadczyłoby, że "eksperci" zbierają dla niego tego typu "dane"). Nie muszą to być owi "eksperci-politolodzy", na których się powołuje Lepper, ale przecież, czy możemy to wykluczyć?
Jak donosi Dziennik.pl "Kryszyński to absolwent szkoły szpiegów w Kiejkutach" - potwierdził DZIENNIKOWI wysoki rangą oficer tajnych służb. Z innego źródła wiadomo, że Kryszyński od września 1990 do października 1991 r. - a więc tuż po skończeniu studiów na Wydziale Prawa UW - pracował w Urzędzie Ochrony Państwa. Odszedł stamtąd w randze podporucznika, ale nie ma pewności, czy definitywnie zerwał związki ze służbami.
(http://www.dziennik.pl/Default.aspx?TabId=14&ShowArticleId=52576)
Tenże Dziennik.pl nie podaje nam jednak kompletnych informacji, gdyż słowem nie wspomina, niestety, co Kryszyński robił na studiach. Albowiem, skoro UOP powstał w maju 1990 i zatrudnił z miejsca (po tzw. weryfikacji, choć z nią, jak wiemy choćby z "szafy Lesiaka", za K. Kozłowskiego to różnie bywało) kilka tysięcy esbeków - to dobrze byłoby wiedzeć, czy w tym licznym gronie nie był także tajemniczy Kryszyński (absolwent prawa - BTW, czy ta fraza nie kojarzy sę salonowiczom z czymś?). O tym, że po likwidacji SB wielu jej "pracowników" natychmiast (nie posiadając nawet specjalnych "wkładów finansowych") żwawo zajęło się "biznesem" czy "bankowością", to chyba nie muszę przypominać, bo gazety piszą o takich "przedsiębiorczych ludziach" od lat. Dziennik.pl jakoś nie drąży tej sprawy i podobnie Lepper, który jest pewny swego, tzn. że Kryszyński miałby być - jak można z tego wszystkiego wywnioskować - kryptoagentem CBA. Nieźle. A dlaczego nie człowiekiem "układu"? Takiego pytania media raczej nie stawiają. Jeśli (za A. Milczanowskiego to już było) Kryszyński w niecały rok uzyskał rangę podporucznika, to w jakiej randze go zatrudniono i co takiego ciekawego w UOP-ie robił, że tak szybko awansował? Dlaczego odszedł? Do "jakich zadań"? Przez kogo zleconych? Takch pytań dociekliwi dziennikarze też nie stawiają.
O tym, że "układ" trzyma się znakomicie świadczy nie tylko medialny kontratak w obronie "niewinnego" Leppera i "przeciw prowokacji policji politycznej" (to, że o "policji politycznej" wspominają postkomuniści brzmi już szczególnie groteskowo), ale fakt wycieku informacji o przebiegu akcji w newralgicznym jej momencie. Jeśli "układ" był w stanie umocować kreta nawet w CBA, to tym gorzej dla CBA, rzecz jasna, ale i dla nas, bo to znaczy, że walka nie sprowadza się jedynie do kontrakcji medialnych i "spontanicznych protestów", ale i do penetrowania instytucji chroniących państwo.
Tego typu penetracja zastanawia też Z. Wassermanna (wywiad w dzisiejszych "Sygnałach Dnia"), który dziwi się, że dziennikarze ni stąd ni zowąd docierają do dokumentów ściśle tajnych (typu wnioski o zgodę na zastosowanie takiej czy innej techniki operayjnej), o ile - zaznacza Wassermann - mamy do czynienia z informacjami prawdziwymi, a nie z dezinformacją (to przecież, jak wiemy, również jeden ze sposobów działania "układu"). Ciekawą informację dorzuca też premier w dzisiejszym wywiadzie dla Trójki, mówiąc, że do Giertycha przybyła jakaś osoba, która powiedziała mu, że jest "kolejny na liście". Skąd tylu tzw. życzliwych powyrastało nagle wokół Leppera i Giertycha, jak grzyby po deszczu lub też powyłaziło na światło dzienne, jak dżdżownice spod ziemi? Czy nie jest to jakaś "powszechna mobilizacja" życzliwych? Czy "stan najwyższej gotowości" ogłoszono?
Premier, indagowany "na deser" oczywiście przez dociekliwego dziennikarza Trójki, mówi, że o. Rydzyk w czwartek złożył przeprosiny w związku z niedawną głośną sprawą, zaś dziennikarz nie za bardzo wie, co powiedzieć. Więc podejmuje jeszcze temat "opozycji" oraz "białego masteczka". Można i tak. W mediach też ani śladu wiadomości, że doszło do przeprosin. Sakiewicz za to "modli się za o. Rydzyka", odwołując się do informacji, która wygląda w ogóle na zmontowaną przez specjalistów od "preparowania faktów" (http://wiadomosci.onet.pl/1571024,11,item.html) (jeszcze na koniec tego newsa jakieś "morderstwo w tle" - już lepiej być nie może), a z naczelnym "GP" do "modlitwy" dołączają się blogerzy i komentatorzy, w swoim, rzecz jasna, stylu.
Wszystko to jakoś ciekawie się składa w całość.


Komentarze
Pokaż komentarze (183)