Prof. Sadurski chyba ma zamiar pokazać nareszcie kły, rozsierdzony do żywego długotrwałymi kąsaniami ze strony komentatorów. Czy to źle? Nie, to badzo dobrze. Polacy są kłótliwi, a nawet awanturniczy i niejednokrotnie wychodzi im to na zdrowie - grunt, żeby w ferworze ostrej dyskusji się nie wyzabijali ;)
Grreckie "eironeia" oznacza "udawanie, przybieranie postawy ignoranta, profana", jak podaje W. Kopaliński w swoim słowniku, przypominając jednocześnie ironistę Sokratesa, który rozmawiając z rozmaitymi "mędrcami" wykazywał za pomocą tego typu strategii ich ignorancję lub wprost głupotę. W takim bardziej potocznym znaczeniu ironia kojarzy się z pokpiwaniem czy podrwiwaniem z kogoś (mniej lub bardziej eleganckim). Nieco inaczej jest z sarkazmem, który z reguły ma na celu nie tyle drwinę, co jakieś dopiekanie interlokutorowi, jeśli nie obrażanie implicite. Jak to jednak wygląda w blogosfersze? Oj, tu chyba Profesor się nieco przeliczył. Ale o tym za chwilę.
http://wojciechsadurski.salon24.pl/24453,index.html
Profesor przypomina nam o swojej misji zwalczania poglądów szkodliwych lub bezsensownych bez posługiwania się słownictwem wulgarnym czy obraźliwym i ja to rozumiem. Jednocześnie przywołuje on jako "klasyków złego stylu" w felietonistyce: Rybińskiego, Łysiaka, Michalkiewicza czy Wolskiego, których język jest dla profesora przejawem - let's say - zdziczenia obyczajów. Ciekawe, że akurat tych autorów, a nie np. Pilcha, Passenta, Grońskiego czy Urbana (też prowadzi blog, sprawdźcie Państwo sami). Mniejsza z tym. Tak czy tak dysporporcjonalne podejście do kwestii wolności słowa jest u Profesora widoczne - jedni mogą chyba pisać jak chcą, inni niekoniecznie. Może się mylę. Ale jeśli się mylę, to prosiłbym nie egzemplifikować swoich wywodów "nazwiskami z jednej tylko półki".
Nie wiem za bardzo, o co Profesorowi chodzi z tymi felietonistami. Jedna kwestia to jest to, czy dany autor mówiąc brutalnie łże (wtedy zaś ewidentnie zasługuje a ostracyzm), czy pisze prawdę, tylko nie robi to w tak "stylistycznie elegancki sposób", jakiego byśmy oczekiwali. Jeśli komuś nie odpowiada dana stylistyka, to nie musi tego a tego autora czytać i chyba sprawa jest zamknięta. Jeśli zaś go czytuje, to i tak niekoniecznie musi się z nim zgadzać. Ja też uważam, że Michalkiewicz częstokroć przesadza w sformułowaniach i sam bym w takiej stylistyce na pewno nie pisał, ale nie znaczy to, że uważam go za łgarza, za jakiego uchodzi w moich oczach Urban, do którego tekstów mogę zaglądać jedynie po to, by analizować stopień załgania tego człowieka. Przykład Urbana jest skrajny, ale dostatecznie dobitny, by zamknąć dyskusję w kwestii dopuszczalności tych czy innych, by tak rzec, figur stylistycznych. Kto choć raz miał w ręku "NIE" czy słyszał o (już nieistniejącym) czasopiśmie "ZŁY", ten wie, co mam na myśli. I Profesor, sądzę, powinien także mieć to na uwadze. Niech sobie felietoniści piszą, jak chcą, a wyboru niech dokonuje czytelnik choćby za pomoca swojego portfela.
W blogosferze jednak rzecz wygląda zupełnie inaczej, gdyż tu panuje "wolna amerykanka". Nikt nie ustala "reguł dot. stylistyki", kategorii wiekowych, nie dba się o tytuły naukowe czy życiorysy. Ma to swoje wady, o których wspominał Profesor wielokrotnie, ma to też swoje zalety - trzeba mierzyć się z argumentacją na różnych poziomiach (czasami poważnych, czasami zupełnie jajacarskich), trzeba więc wykazać się dużą elastycznością intelektualną. Profesor pomstuje po raz kolejny na ataki poniżej pasa i zastanawiam się, czy naprawdę jest to najważniejszy powód do krytykowania blogosfery. Takie przynajmniej odniosłem wrażenie z lektury dzisiejszego posta. Wspominałem już parokrotnie, że niejasne są dla mnie reguły selekcji postów na SG (wymieszanie postów "inteligentnych" z kompletną amatorszczyzną lub grafomanią, eskponowanie dziennikarskich postów czasami przez dwa dni, gdy już nikt ich od wielu godzin nie komentuje; struktura strony niedostosowana do wymogów web 2.0, o tym RadioBostwana pisał itd.) i to uważałbym za problem większego kalibru, gdyby nie to, że strukturą SG dawno przestałem się przejmować. I. Janke obiecywał wprawdzie jakieś zmiany, ale na obietnicach się skończyło. Nieważne. Wracając do wywodu Profesora. Problemem nie tyle są posty obraźliwe w sesnie wprost, typu "ty..." (ja je, podobnie jak paru innych blogerów, kasuję bez najmniejszych skrupułów), co posty podważające merytoryczne przygotowanie autora. Wynika z nich bowiem ewidentnie zła wola komentatora, który albo się nie wczytał w tekst i po prostu "kontruje" bo ma akurat "z oszołomem do czynienia", więc glebić należy "dla zasady" ("dla sportu" też), albo się wczytał tekst i argumetacji zwyczajnie nie przyjmuje do wiadomości, ale nie dysponując kontrargumentami wali na odlew najprostszym z możliwych "argumentów", tj. atakuje ad personam. Nie nazwałbym nigdy tego typu strategii IRONIĄ. Nie wiem jednak, czy należy się i takimi interlokutorami przejmować. Zdaniem Profesora tak, moim zdaniem - niekoniecznie. Jeśli ktoś komentujący nie dysponuje intelektualnymi komptetencjami pozwalającymi po tekście rozpoznać intelektualne kompetencje autora, to pal diabli komentarze takiego "komentatora". Wszystkich internautów nie zmienimy.
Wobec tego ja pojmuję nieco inaczej moje blogowanie. Nie zwalczam poglądów nonsensownych i szkodliwych, gdyż nie mam na to czasu ani ochoty. Dyskutuję z tymi, którzy chcą ze mną dyskutować bez atakowania mojej osoby (ja też nie atakuję ich), żartuję z tymi, co mają poczucie humoru, nie żartuję z tymi, którzy nie żartują, polemizuję z tymi, którzy cenią sobie krytyczne głosy i się nie zjeżają od razu, jakby ktoś nadepnął im na odcisk. Polemizuję, a nie "jadę po kimkolwiek". Zwalczam jedynie ludzi zagrażających polskiej kulturze, jak np. komuniści czy rozmaitego rodzaju agentura. Tego nie kryję. No i - co chyba oczywiste i uzasadnione - bronię się, gdy ktoś próbuje mnie zmieszać z błotem. Cenię sobie jednak najbardziej tych, co po prostu przychodzą do salonu w poszukiwaniu publicystyki. I czytają ją z uwagą.
To samo propnuję Panu i innym blogerom. Mowa była swego czasu o "etykiecie salonu". Sądzę, że tego typu etykietę wszyscy zdrowo myślący salonowcy jakoś milcząco zakładają i nie muszą jej wcale spisywać. Nawet jeśli się różnimy poglądami (jak choćby ja i Pan), to dyskutujmy na pewnym intelektualnym poziomie, a nie na poziomie inwektyw, stereotypów i uprzedzeń. Przy czym najważniejsze jest to, że ktoś (niekoniecznie komentator przecież) chce to wszystko czytać.


Komentarze
Pokaż komentarze (18)