Min. P. Gosiewski w porannych "Sygnałach Dnia" stwierdza, że PiS czeka do północy na odpowiedź partnerów, więc i my czekamy. Napięcie rośnie, mimo że wicepremier twierdzi, że decyzja o wyborach może nie zapaść do końca sierpnia. Z drugiej jednak strony dodaje, że dalszych decyzji PiS-u odnośnie do koalicjantów można się spodziewać "dopiero" na początku przyszłego tygodnia. "PiS nie pozwoli na to, by nastąpiła dezorganizacja CBA", oświadcza Gosiewski, co chyba jest wyraźną odpowiedzią na wczorajsze pohukiwania A. Leppera na konferencji prasowej o "nieustępowaniu ani o milimetr" w tej właśnie sprawie. Co więcej, wg Gosiewskiego, Lepper, jako "potencjalnie podejrzany", "szuka różnych możliwości obrony", po to, by np. "śledztwo zaburzyć". Gdyby zaś Lepper z PO zawarł przymierze na rzecz konstruktywnego wotum nieufności, to by było potwierdzenie tezy, że układ się broni, konkluduje Gosiewski. "Żadna gra się nie toczy", podkreśla, więc niby wszystko jest jasne, ale chyba nie do końca. Sam wicepremier przyznaje, że "nie ma jasności, co do stanowiska partnerów", tzn. "czy chodzi o współpracę, czy o kontynuowanie cyrku politycznego".
Z kolei "Dziennik", piórem niezawodnego M. Wójcika z "Naszego Dziennika", spekuluje nt. gotowych nominacji na wakaty po "partnerach" PiS-u. Wymienia więc nazwiska W. Mojzesowicza, J. Zielińskiego, K. Tomaszewskiego, a nawet prof. R. Bugaja (http://www.dziennik.pl/Default.aspx?TabId=14&ShowArticleId=54449), mimo że ten ostatni zaprzecza. Nie muszę chyba dodawać, że gdyby nominacja Bugaja faktycznie nastąpiła, to nasze salonowe spekulacje o zbliżeniu się PiS-u do jakichś wolnorynkowych pomysłów moglibyśmy wyrzucić na strych. No, ale nic nie jest jeszcze przesądzone, więc Wójcikowego wróżenia na razie nie musimy traktować serio, bo już parę jego wizjonerskich artykułów w "Dzienniku" (i w salonie) czytaliśmy, prawda.
R. Czarnecki na swoim blogu w ogóle nie wchodzi w kwestie bieżącej polityki, jakby został odcięty od źródeł informacji, a jeszcze 10 lipca z tryumfem donosił:
Zrobiłem swoje - koalicja trwa w tym samym składzie, co dotąd. To zasługa różnych ludzi, choć swoją drogą potwierdza się stara prawda: „zwycięstwo ma wielu ojców, klęska jest sierotą”. Były to chyba jedne z trudniejszych godzin w moim życiu. Ale liczy się efekt. Czyli „nad Wisłą bez zmian” - trawestując tytuł powieści pewnego pisarza...
XXX
Jestem politycznie szczęśliwy, że ten biało-czarny scenariusz polskiego filmu o polityce ma swój „happy end”. Bo „Samoobrona” nie może być taką „wańką-stańką”, raz wte, raz wewte w dni parzyste bronimy rządu i koalicji, a w dni nieparzyste - atakujemy...
(http://www.ryszardczarnecki.pl/pl/?page=blog_tresc&id=1150)
Nie chwal dnia..., powiada przysłowie (mam na myśli późniejsze perypetie eurodeputowanego). Już bardziej wylewna jest J. Paradowska, aczkolwiek nie jest to jakaś świeża aktualizacja, tylko wpis z 16 lipca odradzający drogę ku konstruktywnemu wotum nieufności (http://paradowska.blog.polityka.pl/):
Jeżeli koalicja wszystkich chciałaby w tym czasie coś zmienić, na przykład ustawę o Krajowej Radzie Radiofonii i Telewizji, rozdzielić stanowiska ministra sprawiedliwości i prokuratora generalnego, zmienić ustawę o CBA, to napotka weto. Zakładając nawet, że będzie miała większość, pozwalającą na oddalenie weta - odbywać się to będzie w atmosferze wielkiej politycznej awantury, którą zgotują PiS z prezydentem. I nie będzie to spór o dobre czy złe rządzenie, to będzie spór (premier już wyznaczył pole) między jakimś Rywinlandem, czyli uosobieniem korupcji i patologii, a władzą czystą i przejrzystą, która wydała wreszcie walkę korupcji i poległa. Czyli mamy powtórkę z historii - Rząd Olszewskiego obalili agenci, rząd Kaczyńskiego - skorumpowani politycy, najpewniej powiązani z gangsterami, może z dawnymi WSI i niemoralnymi mediami. Grono sił złych zagrażających siłom dobra można oczywiście dowolnie rozszerzać, bez żadnego związku z rzeczywistością. W mistyfikacjach obecna ekipa ma niezłą wprawę.
Konstruktywne wotum jest więc rozwiązaniem złym i jest oczywiste, że największa partia opozycyjna podchodzi do niego dość nieufnie (w najbliższej “Polityce” wywiad z Donaldem Tuskiem, m.in. na ten temat). W sytuacji zupełnie niejasnej opozycja powinna na razie czekać, nawet znosząc w pokorze krytykę co bardziej rozemocjonowanych komentatorów. Bezwzględnie powinna opowiedzieć się za powołaniem komisji śledczej, bo to jest dobre pole politycznych gier, choć nie wyjaśniania spraw.
Drogę jak niszczyć władzę przy pomocy komisji śledczych pokazało w poprzedniej kadencji między innymi PiS (na marginesie - gdzie jest w końcu ta “grupa trzymająca władzę”; czy białostocka prokuratura usnęła?). Może natychmiast przygotować projekt zmian w ustawie o CBA, bo to akurat poprą i Samoobrona, i LPR (są jednak wakacje i żadnych szybkich zmian nie będzie, termin kryzysu nie został przecież wybrany przypadkowo), może i powinna rozmawiać i z Samoobroną, i LPR czy też z LiS-em, bo nawet jeżeli te partie ostatecznie pozostaną w jakiejś koalicji, to można je namówić do selekcyjnego popierania lub odrzucania różnych projektów, czy na przykład kandydatów do Trybunału Konstytucyjnego, co w efekcie sprawi, że rząd będzie mniejszościowy, czyli dojdzie do wariantu, którego na razie Jarosław Kaczyński najbardziej się boi.
Jeżeli Samoobrona i LPR nawet zjednoczone w LiS-ie ulegną i będą posłusznie spełniały wszystkie żądania Kaczyńskiego w zamian za kilka posad, to i tak nie ma co myśleć o konstruktywnym wotum z takimi partnerami. Wnioski o odwołanie wszystkich ministrów będą dobrym sprawdzianem intencji i pokażą stopień uzależnienia lub uniezależnienia.
Opozycja nie powinna więc podejmować żadnych działań ryzykownych. Dla opozycji, zwłaszcza dla Platformy, gra idzie o zbyt wielką stawkę: o zwycięstwo w wyborach. Trzeba więc nerwowo wytrzymać i nie tworzyć nowych zastępów pisowskich męczenników. Ta władza musi się wypalić sama, nawet jeżeli koszt tego będzie spory. Dotychczas przez 16 lat Polsce się udawało, nikt nie powiedział, że tak będzie wiecznie, wszystkie kraje wychodzące z komunizmu przechodziły kryzysy, może lata nieustannych kryzysów politycznych teraz czekają Polskę. To nie polityczne, sztuczne konstrukcje parlamentarne mają tę władzę obalić, jeżeli ma upaść, to musi upaść sama w wyborach, by nie pozostała wieczna tęsknota za czymś, co jawiło się jako ziemia obiecana i w nią się nie przemieniło wyłącznie dlatego, że znów do walki ruszyli agenci, łapówkarze, gangsterzy. Każdy musi donieść do końca swoje piekło rządzenia.
Być może Jarosław Kaczyński dojdzie do wniosku, że taki scenariusz mu się nie opłaca, że lepiej iść na wybory jesienią lub wiosną, gdy ma wysokie notowania, opanowane wszystkie służby specjalne i prokuraturę. Jeżeli jego głównym celem jest opanowanie na dziesiąć lat urzędu prezydenta, to Lech Kaczyński musi zacząć odzyskiwać pole. Nie będzie go odzyskiwał mając brata premiera, w którego cieniu ciągle się znajduje, gdy powszechne stało się przekonanie, że prezydent jest wyłącznie wykonawcą woli brata. Prezydent może zacząć je odzyskiwać, jeżeli będzie miał rząd, który uzna z góry za wrogi. Wtedy zacznie się walka, czyli ten żywioł, w którym obaj bracia, a także ich partia czują się najlepiej. Prezydent stanie się wyrazisty i przestanie być wyłącznie cieniem brata.
Wszyscy więc graliby na przeczekanie? I PO, i LiS, i LiD, i PiS? Gosiewski mówi, że PiS czeka już tylko do północy, więc chyba jakimś kolejnym mykesem to wszystko nie przedłuży się o "parę dni" do kolejnego "ostatecznego terminu". Czy jest to czas na jeszcze jakiś ruch ze strony LiS-a ("pełna kapitulacja"), czy zapowiedź ostatniego zagrania ze strony PiS-u definitywnie rozwalającego LiS-a? I czy odetchniemy po północy, czy dalej będziemy niespokojnie spać? tak czy tak nie nudzimy się.


Komentarze
Pokaż komentarze (24)