Takie skojarzenia nasunęły się jednemu z liderów SO po wczorajszym liście premiera J. Kaczyńskiego do A. Leppera:
"PiS robi wszystko, żeby odciąć Leppera i najbliższych mu ludzi. Chce mieć z PiS, LPR i Samoobrony jedną wielką partię, która we wszystkim go posłucha. Ale taka powtórka z PRL się nie uda."
(http://wiadomosci.onet.pl/1579788,11,item.html)
Ja też nie sądzę, by doszło do "kongresu zjednoczeniowego". I co więcej, podejrzewam, że nawet, gdyby PiS zamierzał, jak mu imputuje ów tajemniczy lider, połknąć LiS-a i strawić, to przede wszystkim sam LiS wcale pożreć by się nie dał, bo nie ma zamiaru. Owszem w tytule artykułu w Onecie jest "przeczołgiwanie", jednakże to nie premier urządza musztrę "koalicjantom", lecz to oni się skradają lisim sposobem.
D. Zdort na swoim blogu jednoznacznie przestrzega Kaczyńskiego przed ulegnięciem iluzji, że można jeszcze doprowadzić "partnerów" do normalności:
(http://blog.rp.pl/blog/2007/07/27/dominik-zdort-grozbami-nie-da-sie-skutecznie-rzadzic/)
LPR i Samoobrona od momentu wejścia do rządu zachowują się jak rozkapryszone dzieci. Niegrzeczne i wiecznie robiące psikusy starszym. Premier Jarosław Kaczyński najwyraźniej przyjął tę konwencję i wczuł się w rolę opiekuna.
Przez dłuższy czas robił swoje, tolerując niewielkie wybryki politycznie niedojrzałych koalicjantów. Gdy już stawali się całkiem nieznośni, aby ich uspokoić, potrafił dać cukierka albo klapsa za karę. A nawet wyrzucić z domu - tak było, kiedy we wrześniu ubiegłego roku Andrzej Lepper przedstawił dziennikarzom długą listę żądań socjalnych, których spełnienie oznaczałoby niewyobrażalne wprost zwiększenie deficytu budżetowego. Szef Samoobrony został za to odwołany.
Wydawało się, że surowa kara będzie dla niego nauczką. Lepper wrócił do rządu, ale - jak to z dziećmi bywa - szybko zapomniał, czym się kończy robienie psikusów starszym. Co gorsza, wszystko wskazuje na to, że nie potraktował poważnie słów premiera, gdy ten mówił, że oczekuje pełnej lojalności, gdy zapowiadał, że będzie bezkompromisowy w walce z korupcją i nepotyzmem. Stąd druga dymisja Andrzeja Leppera - tym razem spowodowana nie politycznym sporem, lecz łapówkarską aferą wokół szefa Samoobrony. Dziś Jarosław Kaczyński chyba już zdał sobie sprawę, że proces wychowawczy nie przyniósł większych efektów. Samoobrona i LPR, choć dorosły i nabrały doświadczenia przy władzy, nie stały się politycznie bardziej dojrzałe. Być może nadszedł więc czas, aby w końcu zerwać koalicję i rozwiązać parlament. Wyrzucić młodych ludzi za drzwi i pozwolić im posmakować samodzielności. Dobrze by było, gdyby premier wreszcie podjął taką decyzję. Nie ma sensu dalsze zastraszanie koalicjantów, naciskanie na nich, odwoływanie ich pojedynczych urzędników. Może jeszcze przez jakiś czas udałoby się rządzić za pomocą strachu, zmusić groźbami Romana Giertycha i Andrzeja Leppera do posłuszeństwa. Ale z takich rządów nie będzie już żadnego pożytku. Ani dla państwa, ani dla politycznych planów PiS.
"Groźbami rządzić się nie da", tytułuje swój wpis felietonista "Rzeczpospolitej". I gdyby teraz miało dojść do "wesołego oberka", mówiąc językiem Michalkiewicza, to żadna groźba już by na nikim nie zrobiła wrażenia. Ani na "koalicjantach", ani na opozycji. Mam nadzieję, że Kaczyński zdaje sobie z tego sprawę, aczkolwiek potwierdzające się zapowiedzi, jakoby w poniedziałek miało dojść do "rozmów ostatniej szansy" czy czegoś w tym stylu, nieco temu przeczą. Co bowiem w wyniku takich rozmów można by uzyskać - zapewnienie o lojalności, czy jedynie odwleczenie dramatycznego końca? A może zabezpieczenie przed konstruktywnym wotum nieufności? A może bardziej korzystny termin wyborów? Gdyby doszło do "wesołego oberka", to przecież nie tylko groźby by przestały mieć jakiekolwiek znaczenie, ale i wszelkie "deklaracje lojalności". Taka konkluzja to banał. W ten sposób zaś PiS dokonałby seppuku, a nie uspokojenia sytuacji. Seppuku mogoby być efektownym zakończeniem politycznej drogi, ale chyba niekoniecznie dobrym rozwiązaniem dla Polski.
Nie ma mowy o żadnym "kongresie zjednoczeniowym" - przeciwnie, stopniowe odchodzenie od całego szeregu postulatów postawionych PiS-owi w odpowiedzi na zgłoszone przez premiera "warunki dobrego rządzenia", potulne niemalże przełykanie wieści o kolejnych zwolnieniach ludzi LPR-u czy SO, a nawet kwestionowanie ministrerialnych decyzji (jak niesławny "kanon lektur Giertycha"), świadczy ni mniej ni więcej, tylko o wciąganiu PiS-u w pułapkę. Jest taka bajka o koźlątkach, którym wychodząca mama zakazała otwierać dom komukolwiek (poza mamą). Koźlątka trzymają się zapewnienia do momentu, kiedy wilk nie przekonuje ich swoimi przebiegłymi sztuczkami po paru próbach, że jest "mamą". Z LiS-em jest podobnie - udaje "mamę". Dobrze by więc było, by PiS-owcy nie zachowali się teraz jak koźlątka.
Dlaczego bowiem nastąpiła taka zmiana postawy - od radykalnych oświadczeń o "końcu koalicji" i wymachiwań rękami przez szefa SO, który przed kamerami dziwił się, co on w ogóle "w tym rządzie robił", od gróźb Giertycha o "gotowych dokumentach z dymisją czekających na biurku" czy o chęci zaskarżenia decyzji premiera w sprawie "kanonu lektur" do TK - do zupełnie spokojnego przyjmowania coraz bardziej "upokarzających" kontraataków i decyzji ze strony PiS? Czy może chodzi o "malejące poparcie w sondażach"? Nie sądzę, a o tych popierających i niepopierających głosach już w salonie kpiąco deliberowaliśmy. Zmieniła się postawa (czyt. taktyka) dlatego, że "politolodzy" doradzający LiS-owi powrócili do wariantu twardego, tj. rozwalania rządu od środka. Być może skłoniła ich do tego konstatacja, że PiS na ostrym rozprawianiu się z dotychczasowymi koalicjantami jedynie zyskuje. A przecież celem jest rozgromienie PiS-u, a nie pozwolenie mu na odbudowę nieco nadszarpniętego dwuletnimi rządami z LPR-em i SO, wizerunku. Myśl jest może niezbyt warafinowana, lecz kto wie, czy nie jest to najlepsza z metod na definitywne odsunięcie PiS-u od władzy? Jeśliby PiS połknął haczyk i dopuścił "upokorzonych" koalicjantów z powrotem do współrządzenia, to media w ciągu paru miesięcy urządziłyby kampanię ośmieszającą, zaś o akcjach opozycji nawet nie chcę myśleć. Niech jednak pomyśli o tym może premier, zanim wilka wpuści do domu.


Komentarze
Pokaż komentarze (20)