Jak dobrze, że jest ktoś jeszcze zatroskany o demokrację w Polsce. Mieliśmy już pełzający zamach stanu za J. Olszewskiego, teraz szykuje się następny. W samą porę zostaliśmy zaalarmowani.
Oto z artykułu Michnika dowiadujemy się, że przed wyborami w 2005 r. nasz kraj stanowił wzorzec państwa demokratycznego:
"...wszyscy obywatele mieli równe prawa, gdzie obowiązywała niezawisłość sądów powszechnych i Trybunału Konstytucyjnego, gdzie respektowano prawa człowieka i zasadę domniemania niewinności, gdzie monopol epoki komunizmu został zastąpiony pluralizmem w parlamencie, samorządzie lokalnym i mediach publicznych, gdzie kompromis i tolerancja były cnotami, a fanatyzm i mściwość pozostawały w niełasce, gdzie przystąpienie do Unii Europejskiej obchodzono jak święto narodowe..."
Nie było chyba afer na tyle poważnych, by na nie warto było zwracać dziś w 2007 r. uwagę. Michnik mówi jedynie o "nieprawościach korupcyjnych" za rządów SLD. Ale w ilu państwach nie pojawiają się tego typu nieprawości? Czymże nieprawości postkomunistów wobec "Polski populistycznej" oraz "państwa podejrzliwości i strachu"? Nie tak dawno J. Gowin mówił, że przy wszystkich wadach tzw. IV RP woli on żyć w obecnych czasach niż w okresie rządów postkomunistów - co do Michnika zaś nie ma wątpliwości, że rządy PiS-u uważą za ewidentną aberrację, deformację demokracji.
W ferworze publicystycznego zacięcia, którego Michnikowi nigdy nie brakowało, miesza on wszystkich ze wszystkimi i wszystko ze wszystkim, pisząc:
"Kaczyński traktuje Unię Europejską jako zagrożenie, jako sprytny manewr polityki niemieckiej, który ma uczynić z Niemiec dyktatora Europy i utorować im drogę do kolejnej - pokojowej - dominacji nad Polską. Kto sądzi inaczej, ten wkracza na terytorium potencjalnej zdrady narodowej. Bowiem dla Jarosława Kaczyńskiego Polska to tyle, co on sam - wraz z bratem i najbliższymi współpracownikami.
Brzmi to wszystko, jak najbardziej ponura wizja polskości kreślona przez Witolda Gombrowicza. Może właśnie dlatego Gombrowicz miał być usunięty ze spisu lektur szkolnych... Zważmy jednak - to nie jest głupota. To jest przemyślana arogancja wobec swoich i wobec obcych. Unia Europejska jest dla Kaczyńskiego dobra, gdy daje pieniądze i pozwala na sprzeciw wobec wrogiej Polsce polityki energetycznej Kremla. Jest natomiast zła, gdy pozwala sobie na krytyczne opinie wobec polityki rządzącej koalicji. Wtedy Angela Merkel staje się spadkobierczynią w prostej linii Adolfa Hitlera i winna się czuć odpowiedzialna, także finansowo, za zbrodnie nazistowskie. W sporze o sposób liczenia głosów okazało się, że gdyby nie Niemcy, Polska miałaby dziś 66 mln obywateli."
Czy robi tu jakąkolwiek różnicę to, co mówił o Gombrowiczu Giertych, a co K. Ujazdowski i J. Kaczyński? Skąd? Czy ma znaczenie różnica w podejściu do UE między Kaczyńskim a LPR-em (choćby z okresu referndum przedakcesyjnego, ale przecież i teraz także)? Jasne, że nie. Czy premier sytuował A. Merkel w prostej linii dziedziczenia zobowiązań powojennych po Hitlerze? Nie wydaje mi się, ale przecież tu nie chodzi o logikę, tu chodzi o tzw. mądrość etapu. Na tym etapie dziejów demokracji należy zwalczyć chorą narośl, jaką wytworzył PiS.
Dowodem takiego myślenia jest jednoznaczne nazywanie tego, co się dzieje "warcholstwem" i mówienie o "zakłamywaniu pamięci zbiorowej Polaków".
"Żeby rządzić tak, jak chce rządzić Kaczyński, trzeba totalnie zakłamać i na nowo uformować pamięć zbiorową Polaków. Trzeba orzec, że bohaterowie polskiej historii najnowszej - Lech Wałęsa, Bronisław Geremek czy Tadeusz Mazowiecki - byli zdrajcami lub pomocnikami zdrajców. Trzeba nazwać polską pokojową transformację - największy sukces naszej polityki w XX wieku - aktem zdrady narodowej. Trzeba nauczyć Polaków strachu i totalnej nieufności wobec sąsiadów. I trzeba jeszcze nauczyć ich wiary w nieomylność nowego Wodza - Jarosława Kaczyńskiego. Jak znam przekorę Polaków - nie będzie to łatwe..."
(http://www.gazetawyborcza.pl/1,75248,4349070.html)
Wydawało mi się dotąd, że to "GW" wraz z postkomunistycznymi środowiskami dbała o tzw. wybór przyszłości o dostatecznie trwałe zamazanie różnić między katami a ofiarami systemu komunistycznego. To na jej łamach ukazywały się wywiady z Jaruzelskimi, Kiszczakami, czy listy otwarte proponujące wizję historii a la Cimoszewicz & Michnik. Takie więc zarzuty w sytuacji choćby bieżących obchodów kolejnej roczniki Powstania Warszawskiego brzmią absurdalnie, gdyby nie to, że Michnik dobrze wie, co mówi. Jego wizja historii poczynając od 1989 r. jest nie do pogodzenia z tą wizją historii tej części Polaków, którzy poparli PiS, a kompromis okrągłostołowy uważąją za - mówiąc delikatnie - zbyt daleko idący w stosunku do przywilejów, jakie dzięki niemu uzyskali komuniści. Wizja Michnika z wizją Kaczyńskiego jest nie do pogodzenia, nie ma najmniejszej wątpliwości. Pytanie więc, która jest słuszna? Która z nich jest prawdziwa?
Na koniec Michnik widzi analogie między sytuacją w Polsce i Rosji - czyt. autorytaryzm u nas jest more less analogiczny do autorytaryzmu w Rosji. Nie ma znaczenia to, że rosyjskie służby dokonują zamachów terrorystycznych, po których zwalczają terroryzm i to, że Putin jest starym kagiebowcem, zaś Kaczyński nigdy z żadnymi służbami nie miał nic wspólnego. Nie ma znaczenia to, że w Rosji nie istnieją praktycznie wolne media, a niepokorni dziennikarze lądują w ziemi (w najlepszym wypadku), zaś w Polsce toczy się zażarta debata, w której w krytykowaniu rządu PiS-u nie przebiera się w środkach. Znaczenie ma tylko to, że nie jest realizowana ta wyśniona przez Michnika wizja kompromisu z komunistami, którą prócz niego zapoczątkowali i realizowali T. Mazowiecki, B. Geremek i in. Pozostaje więc faktycznie tylko "modlitwa o deszcz", gdyż polityka PiS-u wyczerpuje znamiona "pełzającego zamachu stanu". Z której jednak strony miałby ów deszcz spaść? Ze wschodu czy z zachodu?


Komentarze
Pokaż komentarze (125)