Kiedy kogoś krytykujemy, a kiedy obrażamy? Odpowiedź wydała mi się prosta, dopóki jeden z komentatorów nie przeprowadził wnioskowania, zgodnie z którym okazało się, że użycie ironii już jest "pluciem" na kogoś. Na szczęście komentator się po chwili wycofał z tego stwierdzenia, więc jakoś doszliśmy do ładu (dyskusja pod wpisem http://freeyourmind.salon24.pl/25517,index.html). W przeciwnym bowiem razie wylądowalibyśmy w krainie, w której niewiele można by powiedzieć na czyjś temat bez narażania się na zarzut obrazy danej osoby.
Mówię wprost o krytykowaniu osoby, nie jej poglądów. Stosuje się ten zabieg w dyskusji, jeśli toczy się ona już w nieco ostrzejszy sposób. Krytykowanie nie jest jednak atakowaniem w celu zelżenia ani wprost lżeniem. Krytykując bowiem jakąś osobę za jej poglądy, możemy użyć terminów, które mają charakter opisowy "jest pan/pani niesprawiedliwy w ocenie" (o ile dysponujemy dowodami czy uzasadnieniem, naturalnie) albo też nieco kąśliwy "tu chyba wylewa pan dziecko z kąpielą". O ile interlokutor ma poczucie humoru, to wszelkie kąśliwości jest w stanie odczytać prawidłowo. Jeśli nie ma - może się obrazić. Jeśli zaś ktoś się obraża za kąśliwości w momencie, kiedy osiągnęliśmy z nim pewien stopień zażyłości w dyskusji - to trzeba machnąć ręką, bo chyba mamy do czynienia z bufonadą.
Co jednak począć w sytuacji, gdy ktoś nam przypisuje niecne intencje, traktując określenie kąśliwe, ironiczne jako opisowe? Trzeba się chyba bronić. Chcąc nie chcąc, gdyż już raz kwestię etykiety prof. Sadurskiego miałem okazję poddawać w wątpliwość (http://freeyourmind.salon24.pl/24995,index.html), muszę wrócić do tej sprawy wywołany przez niego imiennie (tzn. poprzez nicka) w trakcie dyskusji wokół wpisu Unicorna (http://pitulandia.salon24.pl/25614,index.html). Debata ta była o tyle istotna, że jakoś wiązała się też z moim blogiem od samego początku. Ja przekleiłem wczoraj bulwersujący komentarz prof. Sadurskiego, RadioBotswana wskazał na logiczno-semantyczne związki między tymże komentarzem a komentarzem Kataryny i faktycznie rzecz zrobiła się bardzo nieprzyjemna, gdyż słowa "kretyni" i "kretynki" w ustach nauczyciela akademickiego nie należą po prostu do zestawu egzotycznych figur stylistycznych (http://freeyourmind.salon24.pl/25517,index.html).
Dyskusji u Unicorna nie będę przytaczał, bo - nie trzeba było długo czekać - pojawili się oczywiście także szarmanccy zwolennicy tego typu określeń w stosunku do blogerów. Nie mogło być inaczej. Istotne jedynie jest to, co był łaskaw napisać prof. Sadurski (też nie cytuję całości):
"Zwracam uwagę na to, że niektórzy spośród osób, wyrażających swe oburzenie użyciem przeze mnie słowa „kretyni”, regularnie określają swych oponentów mianem np. „czerwonoarmistów” (lub podobnie), czyli przypisują im związek z armią zbrodniczego stalinizmu, która rozciągnęła nad Polską sowiecką najpierw okupację a potem dominację; określają ich często mianem komuchów, komunistów lub post-komunistów, w ten sposób sugerując związek ze zbrodniczym totalitarnym ustrojem, który zabił miliony ludzi, znów – miano to stosując bez żadnych podstaw (bo o ile wiem, ludzie tak nazywani nie domagają się dyktatury proletariatu, nacjonalizacji środków produkcji, wyeliminowania demokracji politycznej itp.). Ze smutkiem zauważam, że Frez Your Mind – którego wcześniej miałem za wnikliwego i rozumnego polemistę, ostatnio celował w wytykaniu swym oponentom „czerwonoarmijskości”, zakazując im wstępu na swój blog za sam fakt w udziale w dyskusji na blogu jego krytyka. Jeśli teraz F.Y.M. w powyższej dyskusji wyraża swe oburzenie (choć czyni to mniej entuzjastycznie niż niektórzy inni) użyciem przeze mnie słowa „kretyni” – to jest to, jak mówią Anglicy, „a bit rich”."
"A bit rich" - I wouldn't say so. Moje określenie "czerwonoarmiści" jest, rzekłbym, zabawne. That's right! Funny and original! Odwołuje się ono jednocześnie do pewnych porównań, które poczyniłem w samoobronnym poście "Pałowanie na rzecz demokracji" (http://freeyourmind.salon24.pl/25090,index.html). Do tamtej historii nie chcę teraz wracać, ale przynajmniej słowem muszę napomknąć. Pisałem bowiem: "To ludzkie złościć się, że ktoś jest lepszy w jakiejś dziedzinie. Może nie jest to nazbyt chwalebne, ale przecież świat nie jest zaludniony samymi intelektualistami, zdolniachami, wirtuozami czy mistrzami sportowymi. Oprócz wyczynowców świat składa się też z kompletnych miernot, z matołów, z pospólstwa, które żywi się zawiścią i które najlepiej czuje się właśnie w tłumie, gdyż wyłącznie w tłumie tacy bohaterzy są mocni. Coś jak kibole, którzy w kilkudziesięciu potrafią rozprawić się z paroma zabłąkanymi przechodniami. Coś jak czerwonoarmiści właśnie, którzy w kilkuset potrafili atakować oddział partyzancki składający się z parunastu słabo uzbrojonych ludzi.
W demokracji totalitarnej, w przeciwieństwie do liberalnej, wolność słowa ma określone granice, wyznaczane właśnie przez demokratycznych pałkarzy. Ci zaś, spacerując wokół dyskutantów, dbają o to, by nikt tych granic nigdy nie przekraczał."
Moje określenie zatem z tego kontekstu pochodzi, tak więc całe te subtelne wywody profesora są klasycznym nadinterpretowaniem, a nawet dezinterpretowaniem (świadomym czy nie, I don't care). A sprawa pałowania mnie za antykomunistyczną postawę i poglądy przez kilku blogerów naraz, wokół których zebrała się czereda językowych i stylistycznych smakoszy, była dla mnie na tyle istotna, że postanowiłem rozszerzyć opis na moim blogu, opis będący wcześniej "ideologicznie neutralny". Czy miałem prawo zakazać wstępu blogerom, którzy sobie lżyli mnie na cudzym blogu za pomocą określeń, których nawet nie mam zamiaru tu ponownie przytaczać? Moim zdaniem miałem. Może prof. Sadurski, gdyby go ktoś zelżył na ulicy, to by takiego osobnika zaprosił do domu na kawę. Ja bynajmniej. Od chamów trzymam się z daleka. Powtarzam - od chamów. Słowa "chamstwo" nie muszę chyba wyjaśniać. Jeśli kogoś, kto postąpił chamsko, moje zachowanie gospodarza na blogu obraża, to jest to jakieś pomieszanie nie tylko pojęć, ale i w głowie, więc z rozbawieniem przyjąłem użalania się blogerów, że ktoś im gdzieś zakazuje wstępu za KRYTYKOWANIE czy PODŚMIEWYWANIE SIĘ. Dla mnie jednak jest dość wyraźna różnica między krytyką a "kretynizmem". Jeśli bowiem w toku rzekomej krytyki używa się inwektyw, to ma się na celu obrażenie, a nawet upokorzenie przeciwnika - ja zaś w taką grę nie wchodzę. Nikogo tu na żadnym blogu nie upokarzałem ani nie upokarzam. Nikogo nie obrażam (najwyżej odcinam się ostro na słowa mające mnie obrazić). Czy mogę jednak tego samego wymagać od interlokutorów? Przynajmniej na moim blogu jakoś się o to staram.
Prof. Sadurski natomiast oburzył się, że ktoś, kto ośmiela się ludzi nazywać "czerwonoarmistami", rozdziera szaty z powodu nazwania jakichś ludzi "kretynami/kretynkami". Osobliwe to jest uzasadnienie, muszę przyznać. Zdawać by się mogło, że od nauczyciela akademickiego można oczekiwać o wiele więcej niż od zwykłych blogerów. Na szczęście jednak prof. Sadurski złożył wyrazy ubolewania (wprawdzie nie na moim blogu, a u Unicorna, ale ja i tak do siebie określenia "kretyn" nie wziąłem, bo za mądre).
Ale wydarzyła się śmieszna rzecz. Galopujący Mentor napisał bowiem, podsumowując, tak: "Tak wiec nieco, a może nawet bardzo mentorsko ja powinienem pilnować Pana, a Pan oczywiście mnie. Jest to tym bardziej ważne, że jest Pan ostatnim naszym czerwonym i to prawica jest o wiele bardziej chamska w swych komentarzach. I niech tak zostanie, lubię patrzeć na ta hipokryzję Warto więc czasami dać na wstrzymanie, zwłaszcza że również na prawicy Pana profesorki tytuł robi wrażenie, choćby się do tego prawaki nie przyznawali. Gdyby nie robił wrażenia to w każdej szpile nie podkreślaliby tego tytułu."
Po nim jeszcze, gdy już wszystko zapowiadało się na wesoły oberek, zleciał się Nameste z konkluzją:
"Dodam jeszcze, ze mdli mnie juz od tego pelnego hipokryzji przywolywania szczegolnych wzgledow, naleznych kobietom. Nie dlatego, izbym uwazal, ze nie naleza sie kobietom wzgledy. Dlatego, ze uwazam, iz wzgledy naleza sie *wszystkim*. A uznanie za szczegolne chamstwo uzycia okreslenia "kretynki" oznacza, ni mniej, ni wiecej, ze "kretyni" (wobec mezczyzn) juz przechodzi, chamstwem nie jest (lub "mniejszym"). Moim zdaniem, albo jest w obu przypadkach, albo w zadnym.
Wojciech Sadurski slusznie przypomina "obyczaj jezykowy" czesci salonowiczow24, polegajacy na rzucaniu epitetami typu "czerwonoarmisci" itp. Ci panstwo stracili tytul upominania sie o przyzwoitosc. Na tle ich wyczynow rzucone przez p. Sadurskiego w "przestrzen salonu24" okreslenie dot. kretyznizmu jest niczym. [podkr. F.Y.M.] Chyba ze sie stosuje system podwojnych miar i ocen. Nie dziwie sie, ze agresywne towarzystwo spod "prawego znaku" taki podwojny standard usiluje narzucic ogolowi. Dziwi mnie jednak, majorze, ze tez chcesz sie do tego przyczyniac."
Nie mam zamiaru tu z niczym polemizować, bo przecież to święte prawdy są, chciałbym tylko zwrócić uwagę na jedną okoliczność wcale nie łagodzącą. Kieruję tę uwagę raczej do profesora niż do takich jego so-called adwokatów jak powyżej. Co się stanie, jeśli wśród Pańskich anonimowych komentatorów i czytelników jest o wiele więcej niż tylko jeden (czyli Pan) nauczycieli akademickich z tytułem profesorskim (nawet niekoniecznie uczelnianym)? Może nic. Może nie zrobi to żadnego "wrażenia" (o które chodzi Galopującemu Mentorowi; pomijam już to, że tytułowanie kogoś profesorem, stosownie do jego wykształcenia uważam za obyczaj grzecznościowy - to GM pierwszy wskazał nam na uzus taki, że można to robić szyderczo, a to feler!). Na przyszłość warto jednak wziąć to pod uwagę. I to nawet bardziej niż pochlebstwa i radosne ciamkanie w komentarzach na własnym blogu.
Anyway, wszystko jest więc we właściwym porządku, a czerwonoarmiści czuwają na posterunkach. Until the judgment day comes. No, to zwierać, chłopaki szeregi i do boju.


Komentarze
Pokaż komentarze (27)