Natrafiłem na świeży felieton publicysty tygodnika "Polityka" i przeczytałem go z wielką ciekawością, ponieważ Żakowski proponuje w nim, by może Polską zaczęli rządzić obcokrajowcy. Ale po kolei.
Najpierw autor przyznaje, że naprawdę jest mu ciężko:
"W sobotę mam kłopot z zaśnięciem. W niedzielę budzę się wściekły. Z tygodnia na tydzień bardziej. Gdy słyszę budzik zaciągam kołdrę na głowę. Coraz głębiej. I coraz mocniej wciskam twarz w poduszkę, żeby mnie bardziej nie było. Ale już nie zasnę. Bo w niedzielę rano piszę komentarz do Gazety. To znaczy, że muszę zrobić przegląd mijającego tygodnia i wszystko sobie jeszcze raz przypomnieć. Jak ja państwu zazdroszczę, że nie musicie sobie tego wszystkiego w kółko przypominać, nie przeżywacie dwa razy tego samego tygodniowego horroru i w środę możecie bezkarnie nie pamiętać, co premier powiedział w poniedziałek, a były wicepremier we wtorek.Tego lata ludzie, którzy muszą czytać pierwsze strony gazet, oglądać TVN 24, słuchać TOK FM i jeszcze pamiętać, czego się dowiedzieli, powinni dostać od rządu dodatek za "szkodliwe", jak mówią w fabrykach. Bo jeśli ktoś taki ma w miarę poważny stosunek do świata, życia, swojego kraju, innych i siebie samego, to albo musi się kompletnie otępić, albo wciąż jest targany cholerycznymi drgawkami. Na spokojnie i przytomnie zarazem się tego nie strawi." Nie wątpię, gdyby mu jeszcze doszło np. czytanie salonu24, to w ogóle sytuacja byłaby nie do pozazdroszczenia. Nie ma jednak sytuacji beznadziejnych i Żakowski - być może już w skrajnej desperacji spowodowanej kaczyzmem - pozwala sobie na chwilę śnienia na jawie, co zresztą pisze on wprost:
"Więc zamiast sobie przypominać i ciągle się wściekać, że "chamy" z "warchołami" za nasze pieniądze ciągle się żrą jak stado oszalałych buldogów pod dywanem, że prokuratorzy szachują i szantażują się jak czekiści, że premier zajmuje się głównie kopaniem dołków pod kolegami z rządu, a oni mu się odszczekują z egzotycznej plaży, może przyjemniej będzie tym razem sobie pomarzyć."
Na czym miałyby polegać te marzenia?
"Na premiera moglibyśmy wynająć sobie na przykład Tony'ego Blaira. Chwilowo jest wolny. Można by mu dać paru liderów z rozmaitych partii jako asystentów, żeby się nauczyli kierowania krajem. W przyszłości byłoby jak znalazł. Na prezydenta też by się znaleźli chwilowo wolni fachowcy. Dla równowagi może ktoś z prawicy. Na przykład Bush senior. Angielski zna. Ma kontakty na świecie. Z grubsza wie, jak się taki urząd sprawuje, co jest grane w sprawach międzynarodowych i jak się wycofać z Iraku. Na szefa MSZ też można by wziąć kogoś, kto ma pojęcie o sprawach międzynarodowych. Może Kissingera. On też jest chwilowo wolny. Pani Fotyga jako jego asystentka mogłaby się przez rok czy dwa przyuczyć do pracy w dyplomacji i poznać podstawy polityki międzynarodowej. Edukację oddałbym chętnie Finowi, bo Finlandia w kilkanaście lat dochowała się najlepiej wykształconego pokolenia w całej Europie. Giertych mógłby zostać w resorcie jako szofer. Podczas podróży po kraju szef by go dokształcił w sprawach nowoczesnej oświaty, a w razie deszczu mógłby doskonale trzymać nad ministrem parasol. Z resortem pracy mielibyśmy kłopot. Nie wiem, czy ktoś by się zdecydował edukować obecną panią minister. Ministrem sprawiedliwości mogłaby zostać Mary Robinson, była prezydent Irlandii. Jako wybitna prawniczka i dobra katoliczka za pokutę mogłaby sobie wybrać korepetycje z praw człowieka i propedeutyki prawa dla eksministra Ziobry. W tego człowieka warto inwestować. Gdyby mu się udało ukończyć pierwszy rok takich studiów, mógłby się starać o stypendium w Irlandii. A potem można by go wysłać do komisarza Brattona, żeby zobaczył, na czym polega program "zero tolerancji"."Nie przypominam sobie wprawdzie takich wizjonerskich artykułów Żakowskiego za Millera, ale pal diabli Millera, kiedy publicysta dodaje krzepiąco:"Wyobraźcie sobie, że mamy taką władzę. Mówiącą do rzeczy i myślącą do rzeczy. Rozumiejącą, co robi i co trzeba zrobić. Zachowującą się normalnie w kontaktach z otoczeniem. Szanowaną i godną szacunku. Taką, po której nie trzeba by sprzątać, której nie trzeba się wstydzić, która nie rozwala wszystkiego, czego się dotknie i o której prasa międzynarodowa nie pisze - jak ostatnie wydanie międzynarodowego "Newsweeka" - pod tytułami typu "Potworne bliźniaki"."To wszystko jest tak piękne, że aż niewiarygodne, przyznaję. Już samo posadzenie Giertycha na fotelu szofera musiało Żakowskiego ubawić do łez. No, no. Rzeczywiście, możemy sobie wyobrazić taką władzę, a nawet władzę złożoną niekoniecznie z anglosaskich czy fińskich polityków. Ale czy marząc w ten sposób słynny publicysta nie zdradza pewnej ogólniejszej tęsknoty, by Polakami nareszcie zajęli się jacyś "fachowcy z zagranicy"? Hm, aczkolwiek wydaje mi się, że ten scenariusz już kiedyś w dziejach przerabialiśmy. Nie ma co ukrywać, tekst Żakowskiego to wyłącznie żart, czy jednak nie jest to żart posunięty nieco za daleko? Zwłaszcza w obliczu najrozmaitszych sierpniowych rocznic? Ale zaraz, jakich rocznic?


Komentarze
Pokaż komentarze (56)