Free Your Mind Free Your Mind
113
BLOG

Dlaczego nie ma solidarności?

Free Your Mind Free Your Mind Polityka Obserwuj notkę 25

Abp J. Życiński w świątecznej "GW" postawił pytanie "Gdzie się podziała nasza solidarność?, lecz jego, trzeba przyznać, interesujące rozważania, utknęły w pewnym martwym punkcie i postaram się wyjaśnić, dlaczego.

(zaznaczam, to dość długi esej, więc zapraszam do lektury naprawdę zainteresowanych; proszę zrobić sobie dużą kawę ;)  

Były kiedyś czasy, gdy od felietonów Życińskiego na "różowych stronach" "Rzeczpospolitej" zaczynałem lekturę sobotnio-niedzielnego wydania tej gazety. Pasji w rozliczeniu komunistycznej przeszłości Polski oraz bezwzględności wobec hipokryzji postkomunistów towarzyszyła liryczna nuta zadumy nad polską kulturą, tradycją. Ach, jakżeż się to czytało!

Oczywiście, żeby nikt nie odniósł wrażenia, że tego ostrza publicystycznego Życińskiemu dziś brakuje. Co więcej, ten charakterystyczny styl obecny jest nawet w filozoficzno-naukowych esejach i książkach tego duchownego-myśliciela, który "nie pozostawia suchej nitki" na teoriach nawiązujących do marksizmu, postmodernizmu, na wszelkich przejawach relatywizmu czy irracjonalizmu. Piszę o tym wszystkim, by niejako przypomnieć sobie i nam, z jakiej rangi intelektualistą mamy do czynienia, zanim sięgnę do tego, co Życiński pisze teraz.

W swoich rozważaniach wspomina on najpierw o książce S. Karaz-Murzy "Demontaż narodu", w której stawiana jest politologiczna ocena przemian w post-sowieckiej Rosji. Zgodnie z tą oceną:

"Głównym winowajcą ma być Michaił Gorbaczow, który doprowadził do demontażu ZSRR, sprawiając, że miejsce narodu radzieckiego zajęli "nowi Ruscy". Wielu innych też miało udział w tym demontażu. Taki np. Sołżenicyn miał napisać arcydzieło fałszu "Archipelag Gułag", gdzie ciągle mówi o milionach rozstrzelanych bez powodu. Autor karci go, bo nie należy przesadzać z milionami, skoro dokładnie wiadomo, że np. w 1937 r. rozstrzelano tylko 353 074 osoby, wielu zaś skazanych na śmierć lub na łagier skądinąd na to zasłużyło.

Aby zapobiec złośliwościom na temat praktyki aresztowania osób, u których znajdywano oznaki schizofrenii bezobjawowej, autor informuje, iż w 1972 r. ok. 60 mln Amerykanów też znajdowało się na granicy "zachorowania na schizofrenię". Nie precyzuje przy tym, co znaczy "granica". Na podstawie zupełnie innych źródeł warto natomiast wspomnieć, że gdy trzeba było posłusznie rozpoznać schizofrenię u Natalii Gorbaniewskiej, w decydującej ekspertyzie napisano jednoznacznie, że prezentuje ona "typowe dla schizofrenii nieprawidłowości w zakresie myślenia, zdolności emocjonalnych i krytycznych". Nikt rozsądny nie zakwestionuje ekspertyzy, która stwierdza, że nieprawidłowości, choć zupełnie nieznane, są typowe.

Upatrując w pierestrojce źródło wszelkiego zła, autor pisze, że w jej wyniku „masy ludzkie utraciły spójny obraz świata, zdolność logicznego myślenia, a nawet ujawniania związków przyczynowo-skutkowych”. Dla tych, którzy nadal myślą logicznie, Kara-Murza podaje jednak scenariusz alternatywnego zakończenia puczu z 1991 r. Wystarczyłoby wtedy, żeby puczyści podczas konferencji prasowej potępili pierestrojkę i wystąpili z apelem: „ »Pomóżcie! Gorbaczow to zdrajca, ale my nie jesteśmy bezsilni. Wasze wsparcie uratuje państwo «. Najmniej milion osób poczułoby się wówczas narodem wychodząc na ulice Moskwy, plebs natomiast wróciłby do domów”."

Życiński zaraz - całkiem przytomnie - dodaje:

Rozważania Kara-Murzy, w których irracjonalna wiara w alternatywne scenariusze dziejów łączy się z teoretycznymi rozważaniami o paradygmacie etnonacjonalizmu i upaństwowieniu narodowości, mogą stanowić przydatną pracę dla metodologów, ukazując, jak można po orwellowsku poprawiać najnowszą historię. Niektóre partie książki można czytać jako średnio pasjonujące opracowanie socjologiczne. Kiedy jednak pojawia się potrzeba poszukiwania winnych, autor natychmiast się ożywia i ucieka do populistycznych argumentów, które pozostawiają u czytelnika głębokie poczucie konsternacji. Jakże inaczej pogodzić współistnienie na tych samych stronach obszernej międzynarodowej literatury przedmiotu z sugestiami, że niektórych znajomych Sołżenicyna należało ze sprawiedliwości zesłać do łagru? 

Określenie "orwellowskie uprawianie najnowszej historii" wydaje mi się niezwykle smakowite. Cały ten intrygujący wywód służy jednak autorowi do ilustracji następującego, dość zaskakującego, spostrzeżenia:

Terminu "pierestrojka" Kara-Murza używa w podobnym stylu jak niektórzy z polskich autorów określenia "Okrągły Stół". Być może agresja pojawiająca się w tym kontekście stanowi wyraz bezsilności wobec historii, którą kształtowali jednak inni. Przed laty można by jej kształt sprofilować, odwołując się do technik orwellowskich; dziś nie sposób korzystać z pomocy cenzury, więc trzeba odwoływać się do mocniejszych środków. Najprostszym z nich jest pogarda i nonszalancja dla faktów, historii, bohaterów dnia wczorajszego. Czy jednak wynikiem podobnych działań podejmowanych przez frustratów tworzących alternatywną historię musi być demontaż prawdy?

Czy zatem są paralele między orwellowskimi historykami w Rosji, a historykami czy szerzej środowiskami we współczesnej Polsce? O tym za chwilę, gdyż Życiński przechodzi na poziom rozważań antropologicznych, by swoją tezę nieistnieniu czy zaginięciu polskiej solidarności osadzić w jeszcze szerszym i zarazem mocniejszym kontekście. Odwołując się do słów Jana Pałwa II, przypomina o jego spostrzeżeniu, że przyczyną upadku komunizmu była fałszywa wizja człowieka. Przenikliwości myśli JP II nie trzeba tu chyba szerzej dokumentować. Tym niemniej Życiński, posiłkując się tą papieską konstatacją, zarysowuje swój punkt widzenia, twierdząc:

Jej fałsz wyrażał się zarówno w zastąpieniu ludzkiej godności urojoną walką klas, jak i we wprowadzeniu pojęcia kolektywu tam, gdzie chrześcijaństwo umieszcza osobę ludzką z jej nienaruszalnymi prawami. Patrząc na zachowania niektórych polityków czy publicystów, można sądzić, że nie słyszeli papieskiego komentarza i nadal hołubią fałszywą antropologię marksizmu, zdominowaną przez brak elementarnego szacunku dla bliźnich. 
 

Czy nie brzmi to niepokojąco? Brzmi, szczególnie, gdy mowa o "niektórych politykach czy publicystach", tak jak - mam nadzieję, że autor wybaczyłby mi to porównanie - mówiło się kiedyś o "pewnych kręgach" czy "określonych ludziach". Zostawmy to jednak na razie, gdyż wnet dowiemy się wszystkiego. Śledźmy dalej tok rozumowania Życińskiego. Nawiązując do słów A. Politkowskiej, która zwracała uwagę na utrzymywanie się pewnych sowieckich obyczajów we współczesnej Rosji, pisze on o Polsce:

Trwałość tego smutnego dziedzictwa nie jest zaskoczeniem. Problemem jest natomiast pytanie: w jaki sposób w ojczyźnie "Solidarności" staramy się przeciwdziałać patologiom, które marksizm szczepił głęboko, także na poziomie ludzkiej podświadomości? Ich trwałym składnikiem był nie tylko półinteligencki funkcjonariusz UB czy PPR. Wystarczy wspomnieć "dzierżyńszczaków", którzy usiłowali z własnego wyboru wnosić styl Feliksa Edmundowicza do środowisk inteligenckich. Grozą napawa przypuszczenie, że to oni mogli wtedy zdominować styl polskich elit. Na szczęście ich patologiczne fascynacje znajdowały często krytyczną ocenę w kręgach, które miały odwagę przeciwstawić się kultowi bożków na kolejny sezon polityczny.
 

Brzmi to znowu groźnie, ale zaraz dowiadujemy się, że przykładowym "dzierżyńszczakiem" jest np. T. Borowski:

W okresie gdy jako przeciwników tropiono kułaków, wrogów ludu i zaplutych karłów reakcji, wpadł on na pomysł, by zaatakować tych, co przeżyli pobyt w Oświęcimiu.

Zademonstrował głębię humanizmu socjalistycznego, pisząc, że "każdy, kto przeżył obóz koncentracyjny, jest współwinny śmierci tych, którzy go nie przeżyli". W 1947 r. zaatakował imiennie Zofię Kossak-Szczucką za jej wspomnienia "Z otchłani": "Niech nie zapominają, że czytelnik, który czyta ich relacje (...), nieodmiennie zapyta: No dobrze, a jak się to stało, że właśnie pan(i) przeżył(a)? (...) Jak kupowaliście miejsca w szpitalu, na dobrych komandach. (...) Piszcie (...), że cząstka ponurej sławy Oświęcimia i wam się należy".

Słowa te nabierały charakteru groteski pod piórem autora, który sam przeżył Oświęcim.
 

Trudno odmówić tu Życińskiemu racji, biorąc pod uwagę to, jak mroczną postacią okazał się po wojnie autor "Pożegnania z Marią". W tym jednak miejscu duchowny przenosi nas do współczesności, przypominając:

Pół wieku później jego groteskowa logika powróciła w wystąpieniu parlamentarnym jednego z senatorów RP, który zaatakował prof. Władysława Bartoszewskiego dokładnie za to samo - że przeżył Oświęcim.
 

Nie pamiętam już o jakiego senatora chodzi, ale czy metoda pars pro toto jest dobra w rysowaniu obrazu współczesnej Polski? A mam wrażenie, że właśnie z takich zupełnie odosobnionych przypadków, z takich starannie wybranych elementów zaczyna się u Życińskiego konstrukcja obrazu "Polski bez solidarności". Oto bowiem duchowny wprowadza nas w sedno sprawy:

Kandydatów na "dzierżyńszczaków" jest u nas wielu w każdym czasie. Czasem milkną, by potem w ciągu swych pięciu minut wyraziściej zademonstrować imponującą rozpiętość skrzydeł. Aby ukazać pełnię swych zalet, potrzebują wrogów i wycinają wszelkie autorytety, zaraz po otrzymaniu kolejnej listy wiatraków w otoczeniu Don Kichota. Styl ten stanowi zaprzeczenie wartości, z których rodziła się "Solidarność".

Trudno nie przyznać racji Politkowskiej, gdy upatruje jego korzeni w komunistycznej koncepcji człowieka. W ojczyźnie Jana Pawła II byłoby jednak dobrze, gdyby osoby o solidarnościowym rodowodzie zechciały pamiętać papieską ocenę fałszywej antropologii zdominowanej przez pogardę i walkę. Inaczej można łatwo wykorzystać solidarycę z gdańskiej stoczni do stylowego kaligrafowania hasła "Proletariusze wszystkich krajów, łączcie się". Otrzymamy wówczas proletariacką wersję "Solidarności", w której zakładaniu główną rolę odgrywało SB, każdy zaś uczciwy człowiek, dokąd nie udowodni swej niewinności, jest przede wszystkim kandydatem na przestępcę.
  

I w tym momencie budzi się we mnie głos sprzeciwu, z którego artykulacją jednak na razie się powstrzymam. Z filozoficznym zacięciem Życiński przypomina nam, że:

Dziś zatraciliśmy subtelność logiczną ludzi średniowiecza. Niektórzy przyzwyczaili się do wielu wykluczających się prawd. Inni włączają się w generowanie radykalnych ocen, lekceważąc prawdy przyjęte wcześniej przez autorytety, których głos był decydujący.
 

Co więc takiego się dzieje świadczącego o tym nihilizmie czy relatywizmie w polskiej rzeczywistości w kwestii prawdy?

Patrząc na entuzjazm, z jakim niektórzy dziennikarze podjęli oskarżenia o współpracę kierowane w stronę Jana Miodka, Zbigniewa Herberta czy Jerzego Kłoczowskiego, można snuć gorzkie refleksje o triumfie funkcjonariuszy SB, których marginesowa notka wystarczy, by kwestionować uczciwość osób znanych i cenionych wcześniej jako autorytety. Każde środowisko ma autorytety proporcjonalne do swego poziomu i smutnym znakiem dla następnych pokoleń pozostanie to, że niespójne notatki esbeka zostają dziś podniesione do rangi podstawowych świadectw prawdy. Praktyka ta spotkała się już wielokrotnie z negatywną oceną najwyższych instancji sądowych; nie studzi to jednak zapału jej entuzjastów.

Już podczas procesu Andrzeja Przewoźnika sąd lustracyjny ostrzegł przed absolutyzowaniem esbeckich zapisów, które mogą wynikać "z postawy życzeniowej któregoś z nadgorliwych funkcjonariuszy". I stwierdził, że fakt zarejestrowania kogoś przez SB w charakterze kandydata na TW "nie może być uznany za równoznaczny z podjęciem przez tę osobę współpracy".

Zgodnie z wcześniejszymi wyrokami Sądu Najwyższego z roku 2000 i 2001 można byłoby uniknąć wielu sensacyjnych newsów, gdyby ich autorzy pamiętali o wcześniejszej decyzji sądu podkreślającej, że "o tym, czy dana osoba była współpracownikiem SB w charakterze tajnego informatora, nie decyduje ani fakt, ani forma zarejestrowania go w ewidencji organu bezpieczeństwa państwa, lecz treść udzielonych tym organom informacji".

Wygląda więc na to, że nasze problemy z solidarnością i z prawdą zaczęły się w momencie, gdy uruchomione zostały prace archiwistów w IPN i gdy zaczęły przedostawać się do mediów informacje o zwartości teczek poszczególnych ważnych osobistości. Poczekajmy jeszcze chwilę z wnioskami.

Nie sposób nie przyznać Życińskiemu racji, gdy pisze:

Ileż tekstów urągających moralnemu poczuciu odpowiedzialności za słowo musiałoby trafić do kosza, gdyby nie praktykowano nowej wersji teorii dwóch prawd: prawdy gwarantowanej autorytetem najwyższych władz sądowych i prawdy tabloidu. Reagując na żenującą okładkę "Wprost", na której Angela Merkel karmi piersią bliźniaków, dyrektor brytyjskiego Media Watch John Beyer zapytał, czy ktoś z redaktorów chciałby uwiecznić w podobnej kompozycji swą żonę, matkę lub córkę. Pytanie to apeluje ostatecznie do ludzkich uczuć, które okazują się obce rodzimym specjalistom od zwiększania nakładu.
 

Rozróżnienie na prawdę gwarantowaną przez autorytet i "prawdę tabloidu" uważam za całkiem uzasadnione. Zgadzam się też z poniższą sugestią:

Brak pamięci o elementarnych rozróżnieniach wprowadza ostre rozdarcie między porządkiem prawnym a dziennikarskim polowaniem na newsa. Teoria dwóch prawd dochodzi znowu do głosu. W średniowieczu przyjmowano ją z niepokojem i troską; dziś staje się ona jedynie łatwą metodą wyrównywania porachunków z tymi, którzy mieli kiedyś odwagę myśleć inaczej i narazili się przez to niektórym recenzentom. 

(http://www.gazetawyborcza.pl/1,76498,4346408.html?as=1&ias=2&startsz=x

Pytanie jednak, jak to się ma do istoty rzeczy? I jak to się ma właśnie do kwestii solidarności? Jeśliby przypomnieć słynne słowa JP II z pielgrzymki z 1999 r., to twierdził on, że nie ma solidarności bez wolności, a zarazem - nie ma solidarności bez miłości. Nie ma więc też solidarności - bez prawdy.

Wcale nie chcę wchodzić w kwestię słuszności czy niesłuszności oskarżeń kierowanych przez media przeciwko tym czy innym osobom. Powiem krótko: nikt nie powinien być bezpodstawnie oskarżany i mieszany z błotem (bez względu na to czy jest zwykłym człowiekiem, czy kimś z Areopagu świeckiego bądź duchownego). Nie wydaje się jednak, by teza o zagubieniu przez Polaków solidarności dała się uzasadnić w taki sposób, że media urządziły sobie "polowanie na autorytety". Możemy pomstować na etykę dziennikarską, na tabloidyzację nawet opiniotwórczych mediów czy na upadek obyczajów w "wyższych sferach", ale przecież musimy odróżniać przyczyny od skutków. Czy to, że w końcu media się wzięły za lustrację (a jak to zrobiły czy robią, to osobna sprawa), a nawet dekomunizację - nie jest rezultatem całkowitych zaniedbań w tej dziedzinie od 1989 r.? Co więcej, czy ów brak generalnego rozliczenia z komunistyczną przeszłością wielu ludzi nie był jednym z głównych "kompromisowych założeń" umowy Okrągłego Stołu? I czy wreszcie owo zamazanie różnic między - mówiąc skrótowo: aparatem przemocy (na wielu szczeblach) oraz ludźmi współpracującycmi z tym aparatem - a zwykłymi obywatelami niepoddającymi się opresji ze strony tego aparatu -  nie było pierwszym przykładem ZAGUBIENIA SOLIDARNOŚCI? Z kim bowiem się zsolidaryzowano? Kogo "Gazeta Wyborcza" uznała za wroga nr 1 po 1989 r.? Podpowiem, że nie byli to ani komuniści, ani postkomuniści. Czy Życiński pamięta, jak straszono nas wszystkich republiką wyznaniową? Jaką ofensywę urządzono przeciw Kościołowi, religii i polskiej tradycji?

Na pytanie zatem, dlaczego nie ma solidarności - odpowiedź jest prosta: bo wciąż nie stanęliśmy w obliczu pełnej prawdy o naszej współczesnej historii. Dlatego też wielu z nas czuje się zniewolonych, czekając na wyzwolenie przez prawdę, mówiąc patetycznie.

Tak więc solidarni możemy być wtedy, gdy mówimy sobie prawdę. Nie zaś, gdy zamykamy oczy na to, co już dawno w Polsce powinno zostać uczynione, czyli definitywne rozliczenie z peerelem. Sądzę, że abp Życiński powinien o tym pamiętać szczególnie dziś, bo kiedyś pisał o tym zupełnie inaczej.    

https://yurigagarinblog.wordpress.com/2014/02/03/komplet/ (pod tym adresem dostępne są moje przeróżne opracowania z "Czerwoną stroną Księżyca" i aneksami do niej włącznie); polecam jeszcze tę moją analizę z 2024 r. zamieszczoną gościnnie u prof. M. Dakowskiego: https://dakowski.pl/wokol-hipotezy-dwoch-miejsc-free-your-mind/ ) legendarne dialogi piwniczne ludzi zapiwniczonych w Irlandii 2 (before you read me you gotta learn how to see me) free your mind and the rest will follow, be colorblind, don't be so shallow "bot, który się postom nie kłania" [Docent Stopczyk] "FYM, to wesoły emeryt, który już nic, ale to absolutnie nic nie musi już robić" [partyzant] "Bot FYM, tak jak kilka innych botów namierza posty i wpisy "z układu" i daje im odpór" [falstafik] "Czy robi to w nocy? W takim razie – kiedy śpi? Bo jeśli FYM od rana do późnej nocy non-stop tkwi przy komputerze, a w godzinach ciszy nocnej zapewne przygotowuje sobie kolejne wpisy, to kiedy na przykład spożywa strawę?" [Sadurski] "Ale teraz zadam Sadurskiemu pytanie: Załóżmy, że "wyśledzi" pan w przyszłości jeszcze kilku FYM-ów, a któryś odpowie prostolinijnie, że jest inwalidą i jedyną jego radością (z przyczyn wiadomych) jest pisanie w S24, to czy pan będzie domagał się dowodów,czy uwierzy na słowo?" [osa 1230] "Zagrożenia dla pluralizmu w ramach Salonu widzę w tym, że niektórzy blogerzy - w tym właśnie FYM - wypraszają ludzi, z którymi się nie zgadzają. A zatem dojdzie do "bałkanizacji" Salonu: każdy będzie otoczony swoją grupką zwolennikow, ale nie będzie realnej dyskusji w ramach poszczególnych blogów. Myślę, że nie daję przykładu takiego wykluczania." [Sadurski] "Już nawet nie warto tego bełkotu czytać, spod jednego buta i z jednego biura. Na fanatyków i pałkarzy lekarstwa nie ma."[Igła] "FYM już kupił S24 swoim pisaniem, jest teraz jego twarzą. Po okresie Galby i katatyny nastąpił czas dziennikarzy "Gazety Polskiej". Ten przechył i stalinopodobne teorie spiskowe, jakie się wylewają z jego bloga oraz innych mu podpbnych - przyciągają do Salonu nastepnych i następnych. Tu już od dawna nie zależy nikomu na rzetelności i klasie pisania - lecz na tym, aby było klikanie, aby było głośno i kontrowejsyjnie. Promowanie takich ludzi jak FYM i Paliwoda - jest całkowicie jednoznaczne."[Azrael] "Ale jaki jest problem?"[Kwaśniewski] kwestia archiwów IPN-u Janke: "Nigdy nie mówiliście o pełnym otwarciu?" Komorowski: Co to znaczy otwarcie?" "Trudno zrozumieć, jak można ogłupić społeczeństwo. Dlaczego tylu ludzi ośmiela się nazywać zdrajcą Wojciecha Jaruzelskiego. (Edmund Twardowski, Warszawa) " [tzw. listy czytelników do "Trybuny"] "Z przykrością stwierdzam, że prezydent nie przedstawił żadnych propozycji ws. służby zdrowia" [Tusk] "Niewidzialna ręka rynku, jak sama nazwa wskazuje, jest ślepa." [ekspert w radiowej audycji prowadzonej przez R. Bugaja] "Mamy otwarte granice, miejmy też otwarte umysły. Jasna Góra horyzontów rządowi i parlamentarzystom nie rozszerzy. (S. Barbarska, woj. wielkopolskie) " [tzw. czytelniczka "Trybuny"]

Nowości od blogera

Komentarze

Pokaż komentarze (25)

Inne tematy w dziale Polityka