Jeśli powstanie koalicja PO-PiS to "koniec świata, panie dzieju". Taką mniej więcej tezę stawia legendarny T. Wołek, człowiek o stu publicystycznych twarzach, który reprezentował już w mediach najrozmaitsze nurty polityczne i wciąż, mam wrażenie, swojego wyróżnionego miejsca nie może znaleźć.
W świątecznej "GW" Wołek, krok po kroku, udowadnia nam, dlaczego taka koalicja byłaby zła dla Polski (http://www.gazetawyborcza.pl/1,76498,4363550.html).
"Było dość czasu, by każdy uważny, nieuprzedzony obserwator naszej sceny politycznej wyrobił sobie opinię o stylu przywództwa braci Kaczyńskich, poznał ich poglądy we wszystkich kluczowych kwestiach i zobaczył, jak wprowadzają je w życie. Jak pojmują - i praktykują - demokrację, prawo i sprawiedliwość; jak traktują historyczną pamięć, zwłaszcza w odniesieniu do ostatniego dwudziestolecia.
Tak, wybaczać zniewagi, darować krzywdy, chować urazę, puszczać mimo uszu słowa raniące, a nawet nadstawiać drugi policzek - to rzecz chwalebna. Szczególnie chrześcijaninowi przystoi taka postawa. Wszakże w tym przypadku przekroczone zostały wszelkie miary. Ta władza bez żenady odsłoniła swoje oblicze. Zdążyła już opluć i znieważyć niemal wszystkich, prawie każdą grupę społeczną i zawodową. Skutecznie zdołała zantagonizować i skłócić całe pokolenia, środowiska, wspólnoty, niekiedy nawet rodziny. Znieprawiła język debaty publicznej, sącząc weń pojęcia i słowa zatrute. Pęcznieją słowniki tej nowomowy, nieustannie przybywa wyrazów zrodzonych z pogardy, złości, nawet nienawiści.
"Łże-elity", "wykształciuchy", "układ", "lumpenliberałowie", "degeneraci", "targowica", "stronnictwo białej flagi", "pewne towarzystwo", "nietykalni", "hołota", "menel" - te epitety nie wiszą w powietrzu. One mają swe bardzo konkretne desygnaty. Profesura, prawnicy, adwokaci, sędziowie (zwłaszcza z Trybunału Konstytucyjnego, ale nie tylko), właściciele prywatnych mediów, niezależni dziennikarze, ekonomiści, deweloperzy, bankowcy, biznesmeni, ludzie zamożni, nauczyciele, lekarze, ostatnio również pielęgniarki. Ze świecą szukać by stanu, klasy, profesji niereprezentowanych w tym wykazie.
Już na pierwszy rzut oka widać, iż celem większości pomówień i ataków jest inteligencja. Zwłaszcza ta humanistyczna, którą jednym wzgardliwym gestem, bez odrobiny żalu, spisał na straty marszałek Ludwik Dorn.
Ostatnio ambasador Izraela stwierdził, że takiej eskalacji postaw i wypowiedzi antysemickich nie było w Polsce od 1968 r. Niestety, to prawda. Antysemityzm ten, krzewiony głównie w kręgach Tadeusza Rydzyka, a obecny również w środowisku Giertychów, nie spotyka się wprawdzie z poparciem władzy, ale jest przez nią bagatelizowany, jeśli nie de facto tolerowany. Widziałem z bliska ohydę Marca '68. I muszę przyznać, że antyinteligencka kampania prowadzona przez obecną władzę niewiele ustępuje tamtej - zarówno skalą, jak i natężeniem zajadłości."
Czy podobnych tonów nie słyszeliśmy już w słynnych felietonach J. Pałasińskiego? Wprawdzie Wołek widzi analogię z marcem '68, a nie z dojściem Hitlera do władzy, ale przecież to i tak niewielka dla PiS-u pociecha. Zdaniem autora tekstu, wszystkie te elementy wymienione powyżej definiują partię rządzącą. "Neo-PO-PiS" właśnie z powodu diametralnych różnic między tymi ugrupowaniami by się nie udała.
"Platforma Obywatelska (zapewne zgodnie z drugim członem nazwy) w jakieś mierze reprezentuje przymioty będące zaprzeczeniem właściwości PiS, o Samoobronie i LPR nie wspominając. Cokolwiek by się rzekło, są to dwa odrębne światy. Różni je prawie wszystko. Stosunek do demokracji, do prawa, do historii, do dyplomacji, do gospodarki, do samorządów, do edukacji, do konstytucji, do Kościoła, do Europy. Rozumienie istoty państwa, jego powinności i ograniczeń. Wiara w znaczenie i zasięg działania służb specjalnych. Sens aktywności społeczeństwa obywatelskiego. Rola wolnych mediów i niezależnej opinii publicznej. Można by wymieniać w nieskończoność."
Tak, sami widzimy, że sytuacja jest niewesoła, choćby z tego powodu, że przymioty PO można by wymieniać w nieskończoność. Boska jest PO, po prostu. Wołek zresztą nie zatrzymuje się na różnicach w statusie ontycznym obu partii. Chodzi też o różnice na poziomie cywilizacyjnym. Tak, PiS oraz PO reprezentują odmienne cywilizacje.
"Są to różnice fundamentalne. Ścierają się tu dwie wizje Polski i świata. Dwie kultury, a nawet dwie cywilizacje. Nie da się ich prosto, jednym ruchem pogodzić. Z tak kleconej składanki nie wyjdzie żadna sensowna synteza. Nie podobna bowiem być jednocześnie otwartym i zamkniętym. Ufnym i podejrzliwym. Szczerym i obłudnym. Nowoczesnym i anachronicznym. Nie można głosić teorii pomocniczości państwa i w tej samej chwili zawłaszczać to państwo niczym łup należny kierowniczej partii. Nie sposób być w jednym wcieleniu demokratą i autokratą, gdyż taka hybryda daje w najlepszym razie demokrację fasadową."
Domyślamy się, kto z tej porównywanej dwójki jest obłudny, anachroniczny, autokratyczny i fasadowo-demokratyczny. Teraz czas na jakieś fortissimo i Wołek nie każe nam długo czekać:
"Platforma jest jednym z tych miejsc - w wymiarze politycznym najważniejszym - gdzie skupiać się powinny te wartości i cnoty publiczne, których jawnym i skrajnym zaprzeczeniem są słowa i czyny obecnej władzy. Władzy będącej sromotą Polski i pośmiewiskiem świata."
Na czym ta sromota miałaby polegać? Może na kumaniu się z niesławnymi koalicyjnymi partnerami?:
"Władzy, która skompromitowała samo pojęcie "koalicji", czyniąc zeń ponurą parodię."
Aczkolwiek Wołek zaraz dodaje:
"Która z każdym dniem składa dowody, iż z natury nie jest zdolna do lojalnej, partnerskiej współpracy z kimkolwiek.
Która wcześniej lub później już nie tylko przeciwnika, ale nawet sojusznika traktuje jak śmiertelnego wroga. Wroga, którego trzeba najpierw rozbroić, upokorzyć, zhołdować, a potem zniszczyć bez litości."
Więc, koalicja z jakimiś wstrętnymi ugrupowaniami to źle, wywalanie ich z koalicji - też źle. Nie ma w tym cienia przesady - nikt nie chcialby być bezlitosnie niszczony, przecież. Autor artykułu przestrzega więc szefa PO:
"Czy Platforma tego nie widzi? Czyżby Tusk łudził się, że nie podzieli losu Leppera, zaś Rokita - Giertycha? Jak długo jeszcze będzie ulegać szantażowi, rumienić się i drżeć na samą myśl, że PiS zarzuci mu zdrożne konszachty z LiD? A w czymże to panowie Filipek bądź Maksymiuk są lepsi od Lityńskiego czy nawet Olejniczaka, a Wierzejski od Onyszkiewicza?"
Chyba jest to sygnał świadczący, że PO od tego historycznego kompromisu z LiD-em zaczyna się oddalać. Niedobrze. Rumienić się i drżeć? A czemuż to dzielni chłopcy z Komorowskim-Jamajką na czele mieliby się tak zachowywać? BTW, porównywanie przedstawicieli SO z "łelkam-ewrybady" dr. W. Olejniczakiem człowiekiem z ekstraklasy, uważam za niepotrzebną zgoła szarżę publicystyczną (nie ma doprawdy kogo z kim porównywać, oczywiście), no a Wierzejski to za Onyszkiewiczem teczkę powinien nosić - bez dwóch zdań.
Starą ludową mądrość nam przy okazji Wołek przypomina:
"Z kim przestajesz, takim się stajesz. Platforma, wiążąc się z PiS, nieuchronnie przejęłaby - choćby w części - styl, mentalność, obyczajowość partnera. Nie wiedząc kiedy, sama przystosowałaby się doń i upodobniła. Wtedy naprawdę stałaby się "PiS bis"."
Chyba sam autor wie coś na temat tego społecznego determinizmu, gdyż jak się go słucha w TOK FM, to ma się wrażenie, że radykalniejszy od niego nie jest już w Polsce nikt. Cholera - PO jako PiS-bis? Większego koszmaru nie sposób sobie wyobrazić. Nic dziwnego, że Wołek zapytuje nieco lamentacyjnie:
"Jaki wówczas pozostawałby wybór? Jaka alternatywa?"
No, zawsze są fachowcy z SLD, przecież. Czy on tego nie wie? Tych pytań jednak jest więcej:
"Co mają począć zwykli ludzie, wyborcy tęskniący do normalności? Do rządów kompetentnych i obliczalnych? Przedkładający spokój społeczny ponad zimną wojnę domową? Dość mający dusznej, zatrutej atmosfery, jaka od dwóch lat dławi polską codzienność? Kochający ojczyznę, a zarazem otwarci na Europę i świat? Co mają myśleć, jak głosować miliony normalnych, zrównoważonych, inteligentnych Polaków, świadomych obywateli chcących wreszcie wieść spokojne, udane życie w wolnym kraju?"
No, żeby przypadkiem te miliony normalnych Polaków znowu, do cholery, nie zagłosowały na PiS. A co mają myśleć, to właśnie im skwapliwie wyłuszcza Wołek, przecież. "Zimna wojna domowa" to zarazem i wojna domowa, i zimna wojna naraz, coś więc na skrzyżowaniu kotła bałkańskiego i kryzysu kubańskiego, podejrzewam. Taki scenariusz faktycznie jest najczarniejszy z czarnych.
"Opisując dylematy największej partii opozycyjnej, zachodzę w głowę, czy mogłaby ona zatracić instynkt samozachowawczy."
Instynkt samozachowawczy, that's it. Godząc się na wybuch zimnej wojny domowej PO by mogła stracić najlepszych ludzi na froncie. Kto by wtedy gabinet cieni czy rząd emigracyjny formował? Wołek? T. Lis? M. Barański?
Konkluduje więc Wołek nieco biblijnie:
"Lecz w istocie chodzi o rzecz nieporównanie ważniejszą. O zachowanie nadziei. O wiarę, że w ogóle może się zmienić na lepsze. Więc tak: żywię tę wiarę, mam tę nadzieję, iż czarny scenariusz się nie ziści."
Otóż to. Wiara, nadzieja, że PO z PiS-em nie zawiąże koalicji. Wiara, nadzieja i miłość - te trzy. Z nich zaś najważniejsza jest miłość. Do Polski. Po Wołkowemu.


Komentarze
Pokaż komentarze (125)