Blisko czterogodzinne rozmowy D. Tuska i L. Kaczyńskiego w Pałacu Prezydenckim zakończyły się nie tylko zapowiedzią jesiennych wyborów, ale na tyle wesołym oberkiem, że jeden z dyżurnych politologów TVP3 aż jęknął z bólu, na myśl, że PO chce się po dwóch latach znowu związać z PiS-em. Przysłowie bowiem mówi: kto z kim przestaje, takim się staje. Jak na specjalistę od maketingu politycznego, ów mędrzec z Wrocławia faktycznie miał wiele do powiedzenia. Nie mógł wyjść ze zdumienia, a nawet oburzenia na wieść, że wrogowie mogą ogłaszać zawieszenie broni. Już dr M. Migalski zwrócił uwagę - mimo wszystko - na różnicę między takimi partiami, jak PiS i PO, a takimi jak LPR i SO, a w związku z tym i na to, że chyba układ PO + PiS byłby jakimś stabilizatorem sceny politycznej.
Zwracam uwagę na wypowiedź politologicznego mędrca z Wrocławia dlatego, że być może taki nas czeka teraz medialny trend oceniający (kompletnie dla mediów zaskakujące) zawieszenie broni, a nawet przedwyborcze porozumienie między PO a PiS-em. Komentatorzy walczący z faszyzmem (tj. kaczyzmem) będą zatem przestrzegać przed "pożarciem przez dzikie kaczki", "nawinością", czy "zamykaniem oczu na autorytarne czy dyktatorskie zapędy" liderów PiS-u. Żeby J. Żakowski czy T. Wołek nie zasłabli na wieść, że spełnia się ich (i wielu innych) najczarniejszy scenariusz, czyli zbliżenie oświeconej PO do "przeklętej na wieki wieków" partii Kaczorów. Co na to LPR powie lub SO? A oświeceni socjaldemokraci z LiD? Co na Jamajce będą ludzie mówić? Jak niemieckie media na to spojrzą, skoro "Der Tagesspiegel" parę dni temu stwierdził, że Niemcy odczuwają wstręt do Kaczyńskich, taki jak do G. W. Busha. Strach myśleć, co by po takiej wolcie PO napisano.
Porozumienie PO z LiS-em forsowano, ale przede wszystkim liczono na długotrwałe i pragmatyczne porozumienie z LiD-em (głosy za tym porozumieniem ciężko byłoby zliczyć). Mało kto brał w ogóle pod uwagę taki zwrot w akcji, jak kooperacja PO i PiS-u (pomijając tych blogerów, którzy o tym pisali, oczywiście). PO jednak zachowywała się w ostatnich tygodniach dość wstrzemięźliwie (jak na PO), czyli z dniem zdymisjonowania Leppera i wykrycia afery korupcyjnej w ministerstwie rolnictwa nie zajęła postawy tak agresywnej, jak w przypadku słynnych "taśm Begerowej". To już był pierwszy sygnał świadczący o zmianie taktyki. Potem, gdy koalicja rozpadała się w dość szybkim tempie, a PiS atakował "koalicjantów" kolejnymi uderzeniami, PO przyglądała się temu niemal z życzliwością. Spekulacje o współpracy z LiS-em czy LiD-em dość ostro ucinała, najwyżej traktowała jako "ostateczność". Nie brała też raczej pod uwagę zgłaszania konstruktywnego wotum nieufności. W tej sytuacji media zdębiały, bo bez głównego gracza rozgrywka zaczęła wyglądać dość słabo. Jakieś propozycje premierów, jakiś syn Leppera do ministerstwa rolnictwa, jakieś roszady, dymisjonowanie J. Kaczyńskiego itp., wszystko to wyglądało jak jedna wielka komedia pomyłek. Jeszcze niezwykła admiracja dla rozwścieczonego Leppera czy nadpobudliwego Giertycha, wszystko to jakoś zaczęło się zmieniać w medialną sztukę dla sztuki i nie mogło mieć wpływu na politykę. Para w gwizdek poszła, oczywiście.
Dzisiejsze więc porozumienie dotyczące "uspokojenia sytuacji w Sejmie" okazało się "gwoździem do trumny" dla tych wszystkich zabiegów mediokratycznych. Dziennikarze nieprzychylni PiS-owi liczyli, że Tusk wypadnie z Belwederu wzburzony i da sygnał do polowania na kaczki, a tu nagle okazało się, że szef PO deliberuje z prezydentem, jakie ustawy jeszcze należy przegłosować (zw. np. z układem z Schengen) i że wybory powinny być w październiku tego roku.
Czy można mieć teraz jakąś satysfakcję, że cały ten scenariusz był do przewidzenia już w dniu dymisji Leppera? Czy powinienem pisać: a nie mówiłem? Nie. To wszystko bowiem jest niezwykle przygnębiające. Większość bowiem mediów działa wbrew interesowi Polski i robi wszystko, by sytuację polityczną w Polsce nieustannie destabilizować. Na szczęście politycy z obozu postsolidarnościowego okazują po dwóch latach dojrzałość, jakiej im nieco zabrakło tuż po wyborach w 2005 r. Zawsze to lepiej późno niż wcale.
I ostatnie pytanie: co na to premier z Łowicza?
BTW: TVP3 do pierwszych komentarzy poprosiła (po konferencji prasowej Tuska) przedstawicieli SO i SLD. Jakżeby inaczej, prawda?


Komentarze
Pokaż komentarze (57)