"Wprost" informuje, że jeśli PO wycofa się z niedawnej "umowy" o przyspieszonych wyborach, premier nie poda swojego gabinetu do dymisji. Wytworzyć się może wtedy ciekawa sytuacja, którą można by nazwać wojną wszystkich przeciwko PiS-owi i mniejszościowemu rządowi.
"- Jeśli PO zapewni, że nadal jest za przyspieszonymi wyborami, podam się do dymisji. Wtedy, po zastosowaniu konstytucyjnej procedury „trzech kroków", prezydent rozwiąże parlament, co oznacza, że Polacy najprawdopodobniej poszliby do urn 18 listopada. Jeśli jednak będziemy widzieli, że PO wcale do wyborów nie dąży, nie zamierzamy im pomagać, podając się do dymisji – zapowiada szef rządu."
(http://www.wprost.pl/ar/?O=112302)
To, że PO zaczęła ostatnio wysyłać sygnały sprzeczne z tym, co uzgodniono w trakcie szczytu D. Tusk-L. Kaczyński, jest dosyć widoczne. Najwyraźniej premier chce ostatecznego potwierdzenia w przeddzień posiedzenia sejmu i powrotu gwiazdy sezonu letniego, która przyćmiła i Unabombera-Leppera, i elektryka-Giertycha razem wziętych, czyli "premiera na obczyźnie" - J. Kaczmarka. Czy jednak takie ostateczne deklaracje PO jest w stanie złożyć? Słowo honoru dane prezydentowi okazało się niewystarczające, o czym mogliśmy się przekonać w ciągu paru dni od słynnego spotkania, gdy w końcu znienacka Tusk zaczął się domagać komisji śledczej ws. CBA i zapewniać, że żadnych paktów w związku z jej niepowoływaniem nie było.
Jasna deklaracja Kaczyńskiego powinna być sygnałem jednak nie tylko dla PO, lecz i dla "układu", który zwarł wszystkie szeregi i szykuje się do frontalnego uderzenia w "kaczystów". Premier nie tylko ma świadomość tego zbliżającego sie starcia, ale i - jak można sądzić - wcale się go nie obawia.


Komentarze
Pokaż komentarze (45)