Dzień bez "Wyborczej" to dzień stracony, każdy czytaty Polak to wie, mimo że większość z nas w trakcie codziennego kontaktu z mediami ma wrażenie, jakby podlegała nieustannemu praniu mózgu. Trudno właściwie powiedzieć, czy polskie media w ogóle przekazują jakieś informacje, czy też raczej tworzą ciągły szum medialny, który z głowy przeciętnego odbiorcy robi sito. Nieważne.
"GW" eksploruje rewelacje premiera Kononowicza z charakterystycznym dla siebie wdziękiem. Z. Ziobro (czy można go jeszcze nazywać Zorrem, skoro jest aż tak przebiegły i straszny?) manipulował dziennikarzami ze swojej trzeciej komórki (http://wiadomosci.gazeta.pl/Wiadomosci/1,80269,4429973.html). Nazwisk tych dziennikarzy nie znamy jeszcze, bo się do "GW" nie zgłosili - nie przypominam sobie też, by się jakoś wcześniej rozmaici zmanipulowani czy sterowani zgłaszali (ktoś ich musiał nieźle zastraszyć), a przecież tyle jest programów, w których przyjęto by ich na klęczkach. A to Żakowski z Najsztubem i psem, a to Sekielski z Morozowskim, a to może Miecugow czy Wojewódzki, o kultowym Lisie nie wspominając. Ja podejrzewam, jak zresztą wczoraj donosiłem, że ci dziennikarze są zakopani w ziemi i prędko ich nie znajdziemy, chyba że ktoś dociekliwy ich odkopie. Mniejsza jednak z tym.
A. Kublik i W. Czuchnowski (ten ostatni wyjątkowo wprawiony w walce z totalitaryzmem IV RP) zasypują nas całą masą ściśle tajnych informacji, które, oczywiście nie są ani ścisłe, ani tajne. Autorzy dodatkowo pokazują nam znakomite zdjęcie Kononowicza trzymającego się za głowę i podpisane: "Jestem sam przeciwko całemu aparatowi państwa" (http://www.gazetawyborcza.pl/1,75248,4429826.html). Czy może być bardziej złowroga sytuacja? Sam przeciw aparatowi - już nieodżałowany Kafka takie rzeczy opisywał. Czemu zatem nieszczęsnego premiera Kononowicza nie porównać do Józefa K. (z "Procesu") albo samego K. (z "Zamku")?
K. wprawdzie może się dość swobodnie poruszać po parlamencie, może udzielać wywiadów, a nawet może oskarżać wszystkich na szczytach władzy (sam zresztą jeszcze niedawno na tych szczytach się znajdując), ale to już specyfika współczesnej polskiej rzeczywistości, w której totalitarny aparat władzy dopuszcza swoją ofiarę do takich właśnie okoliczności i daje takie właśnie możliwości, by potem z jeszcze większą furią tę ofiarę zgnieść, sprasować, rozetrzeć na proch. Analogie ze stalinizmem są uprawnione, skoro tylu komentatorów czy polityków je dostrzega. Taki Beria np. - co się namordował, to jego - aż w końcu i jego zamordowali. Chodzi mi jednak o analogię z likwidacją samego Berii, nie zaś z tym, że Beria zajmował się likwidowaniem, K. bowiem zadaniowany był na delikatniejsze fronty robót.
"Wczoraj "Gazeta" poznała nowe szczegóły zeznań" K. i tak się zastanawiam, czy to sam K. tak obficie nie zeznaje przed dziennikarzami "GW", ale przecież mogę się mylić. Zaszczuty K. ma chyba świadomość, co za takie rozpowiadanie na prawo i lewo rozmaitych tajemnic może mu grozić. Ale może tajemnic żadnych nie ma, to w takim razie, czemu K. nie wystąpił z zeznaniami na swojej wielkiej konferencji po powrocie z Włoch? Może musiał je sobie spokojnie przygotować, bo wtedy był za bardzo zdenerwowany, przerażony samym przybyciem do jaskini lwa. Mówił w "Newsweeku", że się boi i się bał. My też. W każdym razie dziennikarze twierdzą, że "wszystko to wiadomo z anonimowych przecieków z zeznań" K. i chyba nie mamy powodu, by im nie wierzyć, bo to są akurat ci ludzie mediów, którzy nie odbierają telefonów z trzeciej komórki Ziobry. Wprawdzie legenda goni legendę, ale tak to chyba jest z ludźmi o przynajmniej dwóch twarzach, jak to się wyraził straszny Ziobro, który swoim aparatem przemocy steruje tak, by takich wielotwarzowych i zalegendowanych wykrywać i niszczyć.
Niby groza, niby trwoga, niby lamentacje, niby wszystko się wali i niby "słońce zaszło już za daleko" - ale przecież wszystko zmierza do happy endu, bo K. w dżungli mikrofonów postawił wczoraj z rozbrajającym uśmiechem pytanie: "jak ja sam mogę dokonać jakiejś prowokacji?" I tym mnie ujął. Na słowo "prowokacja" rozpromienił się, jak gracz, który dochodzi już do finału rozgrywki i słyszy z ław kibiców: "ależ on to doskonale rozpracował".
K. jednak nie uwzględnia jednego czynnika - dlatego też jego los jest kafkowski, tragiczny, stalinowski, nie ma co kryć. Dziś bowiem do akcji może wkroczyć straszniejszy od sternika Ziobry - car Groźny i Drapieżny Kaczor, i historia może potoczyć się znowu w jakimś mrocznym kierunku. K. zatem nie chwali jeszcze dnia, bo do wschodu jeszcze daleko.


Komentarze
Pokaż komentarze (75)