Pamiętamy wszyscy, jak Abraham targuje się z Panem Bogiem w obliczu możliwości zniszczenia Sodomy. Gdyby tak w Polsce chciał się potargować, to miałby problemy z policzeniem sprawiedliwych. O wiele łatwiej byłoby mu wskazać, kogo należy zmieść z powierzchni ziemi.
Tych sprawiedliwych, święcie oburzonych na złego szeryfa, jest po prostu masa. Powinniśmy się wyłącznie z tego cieszyć. Nic więc dziwnego, że w tym jakimś już kolektywnym poczuciu sprawiedliwości, w którym i dziennikarze, i politycy, i profesorowie i kto tylko się do wymierzania sprawiedliwości jakoś wielkodusznie poczuwa - stanowią wspólnotę - wybiega przed szereg zniecierpliwiony L. Miller i domaga się PRYWATNEGO ADRESU złego szeryfa. Nie żeby chciał zlecić jakąś akcję specjalną komuś ze skruszonych gangsterów czy chciałby dokonać sprawiedliwego linczu na ministrze (nie)sprawiedliwości. Chodzi mu wyłącznie o wypełnienie pustego pola na formularzu pozwu (który zresztą opublikował na swoim blogu).
"Dziennik" pisze:
"Miller: Polacy, podajcie mi adres Ziobry!
Zbigniew Ziobro nie chce mi podać swego adresu - skarży się Leszek Miller. Tłumaczy, że potrzebuje go, by prawidłowo złożyć pozew przeciwko Ziobrze. "Zwracam się do ludzi dobrej woli - prześlijcie mi proszę jego adres" - apelował.""
(http://www.dziennik.pl/Default.aspx?TabId=14&ShowArticleId=58226)
Gazeta nie donosi jednak, czy już jakiś życzliwy się zgłosił. Czy jednak ten apel nie świadczy o jakiejś bezradności sprawiedliwych? Sprawiedliwi wiedzą wszak, że złego szeryfa należy usunąć, nie wiedzą jednak, gdzie on mieszka. Niewesoło. Chociaż, gdyby się uparli, to mogliby go zdybać podczas konferencji prasowej lub na posiedzeniu rządu. Pozostaje jednak kwestia, kto ze sprawiedliwych miałby to zrobić? Może sam Miller, który już wygrażał Ziobrze, że stanie z nim do męskiej walki.
Jedni szukają Ziobry na własną rękę, jak Miller, drudzy zaś proponują jakieś rozwiązania alternatywne (jak się pozbyć złego szeryfa), pisząc jego "memento" i przywołując sprawdzone wzorce amerykańskie:
"Nie muszę wyjaśniać, czemu piszę o memento dla ministra Ziobry. Zwykle nie ma takich zasług, takich zobowiązań, takich obietnic, które by przeważyły nad nagim dążeniem do utrzymania władzy. Ziobro, mimo wciąż niezłych (choć znacznie już słabszych) notowań popularności, stał się dla rządu JK politycznym obciążeniem. Nie przypadek, że na sobotnim zlocie w Hali Olivia stanęli na podium Olszewski, Gilowska i Religa, lecz nie Ziobro. Premier Kaczyński czyta sondaże i rankingi, czyta analizy polityczne w gazetach."
Tak to nieoceniony w swoich klarownych diagnozach A. Szostkiewicz widzi dolę złego szeryfa. Może nie dostrzegł, jakimi owacjami ludzie w Gdańsku przyjęli samo wspomnienie o Ziobrze. Może też uważa, że kilkudziesięcioprocentowe zaufanie okazywane przez Polaków to stanowczo za MAŁO, po tylu atakach ze strony tylu osób i tylu środowisk naraz. Jego, Szostkiewicza, problem, ale on pisze jeszcze tak mądrze:
"Jest z tego wyjście: dymisja, najlepiej z inicjatywy samego Ziobry. Ale wygląda na to, że na gest Gonzalesa [amerykańskiego prokuratora generalnego - przyp. F.Y.M.] Zbigniewa Ziobrę nie stać. Przecież on nie ma nic do ukrycia! Hm, podczas przesłuchania Gonzalesa przed komisją senacką na sali pojawił się afisz-protest przeciwko ministrowi sprawiedliwości USA:
I have nothing to hide… except the truth."
(http://szostkiewicz.blog.polityka.pl/?p=234)
A czemu miałby Ziobro wykonywać jakieś amerykańskie gesty? Nie wystarczą polskie? Moim zdaniem - wobec tych wszystkich sprawiedliwych - gest Kozakiewicza jest o wiele stosowniejszy.


Komentarze
Pokaż komentarze (106)