Czytając komentarze tych, którzy nawet nie byli (nie są) jakoś szczególnie nieprzychylni rządom tworzonym przez PiS, można dostrzec jakiś coraz mniej skrywany niepokój, co do tego, że może służby specjalne i prokuratury faktycznie są politycznie podległe. Może ktoś rzeczywiście tym wszystkim steruje.
Nawet I. Janke pisze dziś:
"Nie wykluczam, że zatrzymani wczoraj dżentelmeni są rzeczywiście zamieszani w przeciek. I nie wykluczam, że trzeba było dogłębnie ich przesłuchać, a nawet postawić im zarzuty. Ale nie znajduję powodu, dlaczego konieczne było spektakularne zatrzymywanie ich z kajdankami, kominiarkami itp."
A jego post, dodajmy, nosi znamienny tytuł "Marketing i sprawiedliwość". Jankego dziwi to, że zastosowano takie "spektakularne zatrzymanie" i pyta:
"Dlaczego prokurator nie mógł po prostu wezwać Kaczmarka, Kornatowskiego, Netzla i Krauzego."
(http://jankepost.salon24.pl/30508,index.html)
Tak jakby nie wiedział, że "po prostu" wezwanie któregokolwiek z w/w dżentelmenów wcale nie musiało się zakończyć stawieniem w prokuraturze. Giertych też jest wezwany przez prokuraturę i mimo że od paru tygodni nie ma dnia bez jego występów przed kamerami, to nie znajduje czasu, by złożyć wyjaśnienia w związku ze sprawą Leppera. Nie mam najmniejszych wątpliwości, że w przypadku K. byłoby podobnie, a Giertych byłby pierwszy, który by krzyczał o "szantażowaniu kandydata na premiera", o "straszeniu przesłuchaniem prokuratorskim" albo o "odciąganiu kandydata na premiera od komisji sejmowej" (tudzież od posiedzenia parlamanetu, na którym K. mógłby wygłosić expose). Czy taki rozwój wydarzeń nie byłby możliwy? To więcej niż pewne, przy tych medialnych możliwościach Giertycha, które już aż nadto poznaliśmy.
To było jedyne wyjście - zatrzymanie z zaskoczenia (choć są - chyba całkiem uzasadnione - głosy twierdzące, że celowo K. zatrzymał się u Latkowskiego, by ktoś z mediów mógł nagłośnić owo zatrzymanie przez polską STASI) i przerwanie "tańca upiorów". Powinienem w tym miejscu powinąć tak trywialną kwestię, jak POWODY zatrzymania, które najwyraźniej musiały być poważne, skoro właśnie NIE zdecydowano się na zabawę z wysyłaniem "wezwań". Powinienem pominąć, ale wracam do niej, bo wielu komentatorów jakby zaczyna powątpiewać w zasadność zatrzymania.
Janke pisze o jakiejś spektakularności, jakby po prostu przyjście rano po faceta i doprowadzenie go do samochodu miało cokolwiek z widowiskowością wspólnego. Rozumiem, jakby K. wywlekli w piżamie i jeszcze tarmosili przy wrzucaniu "na pakę", ale - na litość boską - nie popadajmy już w jakiś chaos pojęciowy, w którym zwykłe zatrzymanie zaczyna być opisywane jako coś niesamowitego, nadzwyczajnego i nawet "kominiarki" i "kajdanki" zaczynają się nam wydawać podejrzane. Czy mieli go wyprowadzać pod rączkę? Czy pracownicy ABW powinni jeszcze ekskluzywnego wywiadu udzielić Latkowskiemu i pokazać swoje twarze, by ludzie "układu" wiedzieli, na kogo polować? Chyba jest oczywiste, ża przy takich operacjach funkcjonariusze dbają też o swoje przyszłe bezpieczeństwo? Czy nie?
Załóżmy jednak, że Janke (czy K. Leski (http://krzysztofleski.salon24.pl/30318,index.html), choć ten sugeruje to tak jakby między wierszami nieco ironizując wokół określenia "front obrony przestępców"), czy nie wiem już kto (bo przecież coś takiego głoszą otwarcie i zgodnie Paradowska, Passent itp. i podtrzymuje "mecenas" Brochwicz), mieliby rację z tym argumentem (wyrażanym explicite bądź implicite, nieważne), że służby urządziły spektakl, zaś tak naprawdę nie do końca wiadomo, czy były prawne podstawy do tego zatrzymań. Załóżmy - choć, zaznaczam, ja w to zupełnie nie wierzę.
Na zdrowy rozum przecież - w sytuacji zbliżających się nowych wyborów (ale nawet i wcześniej), gdyby ktokolwiek miał niepodważalne materiały, dowody ręcznego sterowania prokuraturą i naciskania na prokuratorów czy służby specjalne, to przecież za materiały/dowody tego typu przekazane mediom w odpowiedniej chwili stałby się gwiazdą o wiele większą niż Lepper, Giertych i K. razem wzięci. Nie tylko utrąciłby ministra Ziobrę czy nawet premiera, ale natychmiast zyskałby miano Wallendroda czy śmiałka, który dzielnie przeciwstawił się "kaczyzmowi". S. Janecki z "Wprost" przywołał podobny argument w studiu TVP3, mówiąc, że w tych instytucjach nie pracują samobójcy, którzy daliby się poprowadzić na rzeź w obliczu nowego politycznego rozdania. I to jest argument niepodważalny: ktokolwiek by miał mozliwość politycznego zabłyśnięcia w sytuacji tak wielkiego konfliktu wywołanego przez ludzi nieprzychylnych obecnej władzy - stałby się "hero of the year", a jego zdjęcie nie znikałoby z okładek i portali przez najbliższe miesiące. Jestem pewien, że tego typu śmiałek nie oglądałby się nawet na znajomości czy przyjaźnie z kimkolwiek (w końcu nawet przyjaźnie można zerwać, gdy np. prowadzą one do zła), skoro miałby możliwość obnażenia zdeformowanych struktury czy patologicznych mechanizmów w instytucjach państwowych na takim wysokim szczeblu.
Zwolennicy tezy o ręcznym sterowaniu zapominają, że w czasach rzeczywistego ręcznego sterowania prokuraturą i służbami, czyli za stalinizmu (czy w ogóle komunizmu), ludzie rekrutowani do tych instytucji pochodzili albo ze środowiska przestępczego, albo (w najlepszym wypadku) mieli za sobą odpowiednie "przeszkolenia" prowadzone z reguły przez sowieckich czy polskich przestępców. Natomiast ludzie związani z PiS-em nie wywodzą się ze środowisk przestępczych i to jest podstawowa różnica między "kaczyzmem" a stalinizmem. Kto jej nie dostrzega, ten niewiele widzi w polskiej rzeczywistości politycznej.


Komentarze
Pokaż komentarze (114)