Myślałem, że salon przeżyje jeden dzien beze mnie, ale nie sądziłem, że sam przezacny prof. Sadurski ze swoimi legionami poświęci mi cały swój czas. A że go poświęca, to widać po jego niezwykle bogato udokumentowanym wpisie. Matko Boska, co żeś Sokratesie uczynił Atenom?, chciałoby się zakrzyknąć, ale mogłoby wyjść na to, że ja do jakichś związków z greckimi filozofami się poczuwam, a przecież niczyje zamiłowanie do mądrości nas nie przytłacza tak, jak Sadurskiego.
Rozpracowywany już od dłuższego czasu, sam nie wiem, czy teraz się chować, czy może bronić z równą swadą jak premier Kononowicz. Sadurski wszak wie o mnie już wszystko, wie, kiedy jem, pracuję i śpię, zebrał dane o mojej rodzinie, pochodzeniu (to już nie moża pochodzić z polskiej szlachty? skoro Sadurski, jak sam przyznaje, nie pochodzi?), a nawet sposobie wysławiania się. Adresu prywatnego jeszcze nie zna, bo żaden życzliwy nie jest w stanie mu podesłać, tak jak podesłali Millerowi.
Podejrzewam, że skoro zgromadził tak dokładne archiwum moich postów i komentarzy, i tak skrupulatnie, co do pór dnia i nocy moje wypowiedzi prześledził, to sprawdził też w google, czy można gdzieś mnie znaleźć, lecz musiał ze smutkiem (jak D. Tusk po ostatnich wyborach) stwierdzić, że śladu tam po mnie nie ma. Co można poradzić, gdy się tyle wie, co Sadurski, a nie wie się najważniejszego: kim jest Free Your Mind? Nie wiadomo, gdzie pracuje (o ile pracuje, przecież), jakie ma stopnie naukowe (Sadurski już wie, że "jakieś ma"). Wiadomo jedynie, że to jedna i ta sama osoba - dokładna analiza zawartości tekstów wykluczyłaby ich współautorstwo. Ale po co Sadurskiemu ta wiedza? Miałby ochotę poinformować o mojej działalności moich pracodawców, czy co? Sadurskiego dziwi, że ja np. mogę pisać "w pracy", dziwi też, że piszę dość często. A czy mogę pracować w domu, a czy słyszał Sadurski o telepracy? A czy można być na urlopie wakacyjnym i mieć więcej czasu na blogowanie? Czego właściwie Sadurski u mnie szuka? Czy jemu nie wolno pisać często? Czy innym blogerom punktuje, jak często piszą?
Z jednej strony - dla postronnego obserwatora - cała historia może być zabawna, z drugiej zaczyna przypominać nieco niegdysiejsze polowanie na Katarynę. Swego czasu, jak tylko salon obserwowałem, a nie pisałem na jego "łamach", paru komentatorów usiłowało "zdemaskować" Katarynę, podając rozmaite dane personalne mające niby świadczyć, że to ta osoba. Czemu takie dreptanie za kimś ma służyć? Zabawie czy może zastraszaniu? Zastanawiam się.
Żeby skomplikować sytuację, mogę Sadurskiemu podpowiedzieć, że prowadzę jeszcze jednego bloga - na blox.pl. Niech przeszuka jeszcze te setki tysięcy blogów, jak ma tak dużo czasu na tropienie moich danych osobowych. Niech zaprzęgnie do analizy najwierniejszych analityków, takich jak "student College de France" Chevalier des Arse (jak to pisze ze złośliwym uporem adi777 :) lub "erudyta" = "uwagę przykuwają subtelne odniesienia do historii i kultury, wskazujące na iście renesansową wiedzę", jak to pisze Sadurski (o którego to profesorskich subtelnościach pisałem po wielokroć przy okazji spraw Kataryny), tylko żeby im pary i oczywiście erudycji starczyło na znalezienie tego drugiego bloga.
Ciekawe, że Sadurskiego zastanawia to, iż ja wraz z PT. Gośćmi bywającymi na moim blogu deliberujemy, dlaczego moje posty spadają np. po godzinie czy dwóch, a poty lewackich blogerów raczej nie, nie wspominając rzecz jasna o postach Sadurskiego potrafiących wisieć dwa dni. Oczywiście to tylko przypadki, gdzieżbym śmiał podejrzewać kogoś o cybernepotyzm. Na szczęście ilość wejść na moją stronę świadczy, że jest całkiem sporo osób, które po prostu mają ochotę czytać moje teksty i co więcej, są w stanie je znaleźć nawet, jeśli admin sterujący SG nie jest dla mnie szczególnie łaskawy. Może więc to jest ten ukryty powód zazdrości Sadurskiego, bo przecież nie jakieś konkurencyjne zdolności intelektualne, o które raczej mnie nie podejrzewa?
Wchodząc na salon wiedziałem, że wcześniej czy później ktoś będzie starał się dogrzebać do moich personaliów, żeby np. "pomóc" mi w karierze zawodowej w jakiś sposób. Co za problem wszak zawiadomić kogoś życzliwie, że taki a taki pisze sobie tak a tak - "co WY na to?", "to wasi pracownicy mogą TAK pisać?". Gdyby nie to, że w Polsce wciąż za poglądy ludzie są pacyfikowani, zwłaszcza w środowiskach - powiedzmy - wolnych zawodów, to pewnie nie przywdziewałbym czapki niewidki - dzisiejsza jednak akcja Sadurskiego świadczy, że postąpiłem niezwykle przezornie (aż sam się sobie dziwię :). Strzeż nas bowiem, Panie Boże, przed takimi życzliwymi interlokutorami.
Jest taki utwór King Crimson "Three of a Perfect Pair", nie podejrzewam, by Sadurski o nim cokolwiek wiedział, ale nawiązując do tego tytułu zatytułowałem swój post (żeby już Sadurski nie musiał researchu prowadzić dalszego). Jeśli więc Pan Profesor suponuje, że aż trzech umysłów trzeba, by pisać tak jak ja, to tym lepiej dla mnie - i tym gorzej dla niego.
Z Bogiem, Panie Sadurski. [To nie jest polemika]


Komentarze
Pokaż komentarze (292)