Wydaje się, że PiS ma zwycięstwo wyborcze kieszeni (chyba że wydarzy się coś katastrofalnego), nie jest jedak pewne, czy zwycięstwo będzie tak duże, by możliwe było samodzielne skonstruowanie rządu. Wydaje mi się, że wczorajsze wiecowe wystąpienia i Tuska, i Komorowskiego w sejmie dostatecznie udowodniły, że są to ludzie, którzy do żadnego politycznego współdziałania (bo o występach pozostałych liderów "opozycji" nawet nie warto mówić, Szmajdziński się poczuł jak na egzekutywie PZPR, tylko że to już nie ta epoka) nie są zdolni.
Tak jak pisałem na początku lipca, tak powtarzam dziś, PiS może przyciągnąć do siebie nowych wyborców, zapraszając do współpracy intelektualistów i wolnorynkowców. Program "solidarnej Polski" ma bowiem sens jedynie wtedy, jeśli koszty obsługi państwa będą obniżane, jeśli nastąpi trwałe i istotne obniżenie podatków, czyli jeśli zwykli Polacy zaczną nareszcie mieć swoje własne oszczędności, a nie kredyty. O wiele łatwiej jest bowiem wspierać ludzi, którym słabiej czy źle się wiedzie ("biednych będziecie mieć zawsze"), jeśli dysponuje się pewnym własnym kapitałem, a nie gdy przechodzi się z zadłużenia w zadłużenie. Dlatego akcenty prokapitalistyczne powinny być nową dominantą kampanii PiS-u, tak by Polacy mieli świadomość, że partia, która ma zamiar utworzyć własny rząd, ma jednocześnie w planie polepszanie koniunktury w gospodarce, nie zaś jej przejadanie. W ten sposób program PiS-u mógłby być konkurencyjny wobec tego proponowanego przez PO.
PiS zresztą i tak jest na starcie w lepszej pozycji od pozostałych ugrupowań, ponieważ ma za sobą dwa lata rządzenia (koalicyjnego, niestety), w trakcie których pokazało pewną konsekwencję polityczną i twardość (również na arenie międzynarodowej, stąd te zgrzytania zębów w Niemczech i Rosji), jakiej po 1989 r. nie widzieliśmy. Ponadto partie opozycyjne w swoich spotach wyborczych, które do tej pory miałem okazję widzieć, skoncentrowały się - nie wiedzieć czemu - na straszeniu ludzi PiS-em, tak jakby poparcie dla partii J. Kaczyńskiego malało lub miało zmaleć. Taka strategia świadczy nie tylko o krótkowzroczności, lecz i o słabym rozpoznaniu nastrojów społecznych i może jedynie polepszyć wynik PiS-u, a nie pogorszyć. Ugrupowania "antypisowskie" wykazują się w ten sposób swoistą bezradnością, jeśli chodzi o jakiś pozytywny pomysł na Polskę. Hasło "odsunąć PiS", to nieco za mało, jak na plany powyborcze na kilka lat.
PO zapędziła się w kozi róg, co po raz kolejny dowodzi, że nie jest to ugrupowanie rokujące jakieś większe polityczne nadzieje. Dobre samopoczucie ludzi z PO może tylko budzić politowanie, nawet, jeśli zacierają ręce z powodu "transferu" (jak to pięknie ujęła prasa) A. Mężydły. Już teraz prognozuje się transfery B. Borusewicza czy R. Sikorskiego, jakby one cokolwiek mogły zmienić w ogólnym obrazie tej partii. Spotkanie prezydenta z Tuskiem mogło być nowym otwarciem w relacjach PiS - PO, lecz się nim nie stało. Sprawa K., a następnie kwestia odwoływania ministrów, nie mówiąc już o tańcach św. Wita w trakcie wczorajszej pożegnalnej sesji, udowodniły, że PO nie jest zdolna do przełamania swoich uprzedzeń, nie jest nastawiona na kooperację i - przede wszystkim - nie potrafi wykorzystywać kolejnych szans na "zawarcie traktatu pokojowego". Najwyraźniej więc nie chce takiego pokoju, spodziewając się, że na kampanii negatywnej więcej może zyskać niż stracić. Skąd wytrzasnęła PO swoich analityków czy spin doktorów, trudno powiedzieć, ale jeśli takie jak powyżej stawiają oni diagnozy, to Tuskowi i jego kolegom można tylko zdrowia życzyć. Gdyby bowiem PO zmieniła radykalnie taktykę i zaczęła (po słynnym spotkaniu) dążyć do pojednania z PiS-em, a w kampanii forsować wizję spokojnej kontynuacji przebudowy państwa (oczywiście z rozmaitymi korektami) w koalicji z PiS-em lub bez, wytrąciłaby PiS-owi wiele argumentów z ręki i doprowadziłaby do wymieszania się elektoratów. Teraz jednak utrwali się polaryzacja postaw wyborców i będą oni wybierać głównie między PiS-em a "resztą świata" (co więcej, taką dychotomię prowokują też aktualne spoty wyborcze "opozycji").
PiS może z pewnością liczyć na poparcie Kościoła i wsi, co już PO stawia w pozycji przegranej. PiS jest antykomunistyczny, natomiast PO ostatnio w swojej retoryce szła łeb w łeb z komunistami z różnych odmian polskiej "lewicy" (a nawet prof. R. Bugaj śmiał się ze strategii komunistów na łamach "Dziennika"). Jeśli więc będzie miał jakiś klarowny program gospodarczy, to nie wiem, co PO by musiała zrobić, by stanowić dla ugrupowania Kaczyńskiego konkurencję. Co gorsza, tzw. twarze PO nie budzą (nie tylko moich) sympatii - ma się wrażenie, że w PO nie ma po prostu zwykłych, sympatycznych polityków, a jedynie albo technokraci, albo pieniacze, jak Niesiołowski czy Komorowski, którzy potrafią dużo ryczeć, nic więcej. Mało tego, nawet styl Tuska czy Rokity coraz bardziej zamienia się w pieniacki i przestaje być zjadliwy, a staje się jazgotliwy. Czy ci ludzie oglądają swoje wystąpienia w jakichś replayach i analizują swoją mowę ciała czy wysokości tonu głosu? Obawiam się, że nie, gdyż im dłużej ich słucham, tym częściej za głowę się łapię. To kolejny przykład nieudolności, jeśli nie głupoty ludzi PO, Polacy bowiem nie cierpią, jak się na nich wrzeszczy, ani jak się im coś krzykiem perswaduje. Ani Tusk, ani Rokita nie mówią już łagodnym tonem, ale to nie mój problem. Ba, co tam pieniacze czy gęgacze - PO przecież nie ma jakiejś porywającej wizji, po prostu. Gdyby nawet twarze pozostały takie, jakie są, to nie ma tego "feelingu", jaki w polityce jest niezbędny, by pociągać za sobą "tłumy". W dużej mierze jest to rezultat zgrania się ludzi PO przez te dwa lata siedzenia w oślej ławce i prawdopodobnie ta perspektywa "życia na uwięzi" czy "działania na krótkiej smyszy" nie pozwala PO spojrzeć na Polskę z lotu ptaka.
Możemy więc być świadkami spektakularnej klęski ugrupowania, które przez długie lata przygotowywało się do przejęcia władzy, ale okazało się do tego nie tylko psychicznie, lecz i politycznie niezdolne. Samo zatem może swoją nieudolnością utorować ponownie drogę do władzy PiS-owi.


Komentarze
Pokaż komentarze (145)