- donosi "Trybuna", choć może nie ubiera tego w takie słowa. Oto ponoć do redakcji zgłosił się młody człowiek w wieku maturalnym, który prześladowany jest za to, że "nie wierzy". Jak mnie pamięć nie myli, to zwykle prześladowano ludzi za poglądy religijne, a w bloku sowieckim to z wyjątkową zajadłością (redakcja "Trybuny" coś powinna o tym wiedzieć), a tu nagle gnębią młodych ludzi jacyś cyniczni oprawcy tylko za to, że ci młodzi mają odwagę w sklerykalizowanym do szczętu państwie, głosić poglądy ateistyczne. Na co nam przyszło, panie dzieju?
Uwaga, chciałbym wszystkich ostrzec, że poniższe fragmenty będą mrozić krew w żyłach i nie są przeznaczone dla osób o słabych nerwach. Zaczyna się, jak to w niektórych przynajmniej horrorach, niewinnie:
"Do redakcji „TRYBUNY” przyszedł licealista Tomek Kowalski. Młody człowiek cierpi na paskudną w IV RP przypadłość. Jest ateistą. Opowiedział nam, jak w jego liceum traktuje się niewierzących. Wiedzieliśmy już, że w „budzie” pod rządami klerykalnej prawicy jest duszno jak w łaźni, ale to, co usłyszeliśmy, wprawiło nas w osłupienie."
(http://www.trybuna.com.pl/n_show.php?code=2007091312)
I teraz nastaje groza, jak w filmie "Wzgórza mają oczy 2":
"– Rozpoczęcie roku szkolnego nie odbyło się na terenie liceum, gdzie są ku temu warunki, tylko w kościele. Odprawiona została, już tradycyjnie, msza – mówi Kowalski. – Nauczyciele zabrali nas z klasy, mówiąc, że pójdziemy się pomodlić. Jest to przecież zaprzeczenie świeckości szkoły!"
"Kowalski" (nazwisko o czywiście zmienione, redakcja nie chce narazić chłopaka na dalsze szykany) niewiele mówi o formach represji, jakie czekały tych, którzy np. odmawiali pójścia na mszę, albo byli na mszy, a nie chcieli brać w niej udziału, ewentualnie, którzy nie chcieli się w klasach modlić. Może zmuszano ludzi do karnego stania/klęczenia przed ołtarzem? Ja, jak sięgnę pamięcią do czasów licealnych, to pamiętam, że np. za niestawienie się na (całkowicie dobrowolnym, jak wszystko za czasów komunistycznych) pochodzie pierwszomajowym można było ze szkoły wylecieć, a przynajmniej mieć duże nieprzyjemności, nie wspominając o jakichś aktach krytycyzmu wobec PZPR-u czy armii czerwonej. Kowalski jednak niewiele mówi o represjach - może najwyraźniej boi się o swoje zdrowie, rodzinę, przyszłość:
"Tomek i grupa jego kolegów o podobnych poglądach na sprawy religii byli zmuszeni do przeczekania mszy na zewnątrz. – To poniżające. Dyrektor zabroniła nam wrócić do szkoły, gdzie mogliśmy spędzić ten czas w znośnych warunkach. Poczuliśmy się gorsi i dyskryminowani. Musieliśmy marznąć, bo pogoda była jesienna. Większość z kolegów wróciła do kościoła. Bali się konsekwencji."
Ja też bym się bał. A co się chłopaki nacierpieli, to ich. Konsekwencje jednak wnet nadeszły.
"Za swoją odmienność uczniowie „dostali” w prezencie karną rozmowę z pedagogiem. – To trzecia klasa i każdy myśli o maturze – mówi Kowalski. – Pani dyrektor publicznie powiedziała, że te osoby, które nie poszły do kościoła, są dziwne i inne. Chciała nas w ten sposób dodatkowo ukarać."
Czy na pewno tak dyrektor powiedziała, nie wiemy, ale chyba nie wypada nie wierzyć niewierzącemu. W jego szkole tworzy ponadto się coś w rodzaju przedwojennego getta ławkowego. Przy czym, co oczywiste w państwie wyznaniowym, dyskryminowani są młodzi ateiści.
"Liceum Tomka tonie w klerykalizmie nie tylko podczas inauguracji roku szkolnego. Sytuacja staje się wyjątkowo paradoksalna w czasie rekolekcji. Uczniowie dzielą się na dwie kategorie – katolicy spędzają czas lekcji w kościele, ateiści i innowiercy siedzą w klasach w zupełnej bezczynności kilka godzin dziennie. A wszystko to dlatego, że mimo rekolekcji formalnie trwają zajęcia, a w czasie zajęć nauczyciele są odpowiedzialni za bezpieczeństwo uczniów, więc nikt nie może być puszczony samopas, w efekcie – nie idziesz na rekolekcje, bunkrujesz w klasie."
Nic gorszego, jak takie karne przesiadywanie w klasie. Nie mogą chłopaków puścić gdzieś do parku na papierosy? Chyba że tam nie ma parku, tylko ogrodzenie z drutem kolczastym, a dziedziniec omiata czujny przeciwlotniczy reflektor z budki strażniczej.
"Tomek opowiada, że on i jego znajomi, którzy nie wierzą w Boga, nie mogą liczyć na tak samo dobre oceny, jak ich uczęszczający na religię koledzy."
Zgroza, zgadzam się. A jak wyglądają lekcje religii?
"– Często te lekcje są takim popisem konserwatywnej propagandy, że aż uszy więdną. Katecheta lubi powtarzać, że osoby płci żeńskiej są gorsze, służą do rodzenia dzieci. Jednak mimo skarg do dyrekcji, nic się nie dzieje."
Niewesoło, jak widać. Choć z tonu tych wypowiedzi można wywnioskować, że "Tomek" nie tylko jest niewierzącym, ale i pewnie tzw. wojującym niewierzacym, choć przecież, czy to grzech?
"– Nigdy nie ukrywałem, że jestem antyklerykalny. Gdy zadaję nauczycielom trudne pytania, nie uzyskuję odpowiedzi. Według niektórych belfrów, jest tylko jedna wersja prawdy – mówi młody człowiek."
Ponieważ mowa jest o jednej z warszawskich szkół, to tak się zastanawiam po głupiemu, czy Tomek nie może się przenieść do "mniej klerykalnej" szkoły, skoro tak strasznie cierpi (na pobycie w tamtej) jego "proces wychowawczy"? Czy może "Tomek" opisuje sytuację panującą we wszystkich szkołach? Szkoda też, że dziennikarze "Trybuny" nie zadali sobie trudu odwiedzenia dyrekcji szkoły i/lub porozmawiania z nauczycielami. Może bali się, że jak wejdą do takiego gniazda szerszeni, to już żywi nie wyjdą? Koniecznie jednak tą bulwersującą sprawą powinni się zająć racjonaliści pisujący do portalu racjonalista.pl, albo może jakiś młody zdolny śledczy z "Krytyki Politycznej".
:P


Komentarze
Pokaż komentarze (169)