Tak można wywnioskować z prowokacyjnego wystąpienia prof. P. Glińskiego, który na zjeździe socjologów na Uniwersytecie Zielonogórskim skierował wobec prezydenta L. Kaczyńskiego buńczuczne hasło, że Polska ma teraz rządy "dyktatury ciemniaków" (http://wiadomosci.gazeta.pl/Wiadomosci/1,80273,4484813.html).
Nie wiem, jak wyglądała polemika z Glińskim, której mimo wszystko się prezydent podjął, jednakże sam fakt, że jakiś naukowiec w wykładzie inauguracyjnym na kongresie socjologów ośmiela się w obecności prezydenta rzucać tego typu hasła, świadczy nie tylko o jego "wielkiej odwadze" (ciekawe, jak ona wygladała za czasów komunistycznych), ale i o kondycji tego typu środowisk akademickich. Nie było lustracji i dekomunizacji, to takie okazy flory i fauny akademickiej nam się trafiają.
"GW" skwapliwie o tym wszystkim donosi, zadowolona, że ktoś przynajmniej starał się pogonić kota kaczystom, ja zaś zastanawiam się, na ile heroiczne zachowanie Glińskiego nie było podyktowane jakimiś jego ekologiczno-politycznymi idiosynkrazjami. Gliński związany jest z różnymi grupami bojowników o środowisko, sam zresztą jest wieloletnim zdeklarowanym wegetarianinem (http://wegetarianski.pl/podstrona/czytnik.php?dzial=rozmowy&artykul=4) [żeby nie było - ja do wegetarian nic nie mam, o ile nie są ideologicznie agresywni]. To być może determinuje jego ogląd świata, ponieważ rządy sprawuje partia uchodząca za prawicową, natomiast ekologów, jak świat długi i szeroki, znajdzie się głównie w środowiskach lewicowych i lewackich. To by zresztą wiele wyjaśniało, nie tylko, jeśli chodzi o widzenie rzeczywistości społeczno-politycznej, ale także we frazeologii, jakiej używa Gliński.
O ile bowiem śp. S. Kisielewski "dyktaturą ciemniaków" nazywał rządy pszenno-buraczanych buców z otoczenia Gomułki (z samym Gołuką na czele), którzy nie tylko nie byli wykształceni, ale też faktycznie dzierżyli władzę z sowieckiego nadania, o tyle Gliński, używając takiego frazeologizmu wykazuje się albo jakąś ignorancją w dziedzinie historii (u socjologów dość częsta przypadłość), albo manifestuje pewną "intelektualną klasę" typową dla "antykaczystów".
Gliński jest od wielu lat związany z "ruchem Zielonych", jak nadmieniłem, ale też zajmował się geopolityką. Był w 1999 r. autorem "Listu w sprawie Kosowa" (opublikowanego w 131 nr-ze "Zielonych Brygad" (http://www.zb.eco.pl/zb/131/polemiki.htm) wtedy jeszcze jako wiceprzewodniczący Forum Ekologicznego Unii Wolności (pod koniec l. 90. zresztą twierdzono na łamach "GW", że wszystkie organizacje ekologiczne popierają UW :). Za ciekawostkę może służyć fakt, że list ten podpisał wtedy także Janusz Waluszko, jeden z najsłyniejszych polskich anarchistów (przynajmniej z przełomu lat 80. i 90.), przywódca Ruchu Społeczeństwa Alternatywnego (RSA). Gliński brał zresztą udział w konferencji programowej UW jeszcze w listopadzie 2003 r. u boku R. Thun czy H. Bochniarz (http://www.uw.org.pl/wiad_arch.php?id=339), czy wobec tego należy obecnie do demokratów.pl, to nie wiem, bo na stronach demokratów.pl nie można znaleźć o nim żadnej wzmianki.
Kiedy jednak należał jeszcze do UW, to twierdził m.in.:
"...jest jeszcze dzisiaj zbyt wcześnie [na powstanie partii ekologów - przyp. F.Y.M.]. Czasami jednak jakiś bodziec - choćby powódź, która może przyjść jutro - potrafi zmienić świadomość na poziomie społeczeństwa w sposób drastyczny. Na osiągnięcie masy krytycznej społeczeństwa zachodnie czekały dwadzieścia lat. Aby partia zielonych mogła egzystować poza kanapą potrzebny był masowy ruch, który w dużej mierze tworzyły grupy kontrkulturowe - nie tylko ekolodzy, ale również lewicowcy, pacyfiści i feministki. Nie oszukujmy się - czynnikiem stymulującym organizowanie ruchu miały nie tylko załamanie istniejących struktur społecznych i zmiany cywilizacyjne, ale także wsparcie Związku Radzieckiego dla ruchu pacyfistycznego. Wróćmy jednak do Polski. Obecnie istnieją przynajmniej cztery powody wobec których na partię ekologiczną jest jeszcze zbyt wcześnie. Mają one naturę kulturową, społeczną, polityczną i historyczną. Po pierwsze nie doświadczyliśmy przełomu kulturowego i świadomościowego. Brakuje nam załamania, w wyniku którego duże grupy społeczne zaczęły myśleć inaczej (...) Drugą przyczyną jest czynnik społeczny - brakuje w Polsce klasy średniej, która była oparciem dla ruchu zielonych na zachodzie. Na klasę średnią musimy poczekać. Przekształcenia społeczno-gospodarcze poszerzą z czasem będący jej zapleczem sektor nowoczesnych usług. Kolejną barierą dla polskich zielonych jest ustabilizowany charakter sceny politycznej - szybciej zmieszczą się na niej populiści. Pięcioprocentowy próg wyborczy jest bowiem skuteczną blokadą, szczególnie dla ekologów, którzy muszą mieć przecież wizję zbyt dalekowzroczną jak na pojedynczą kampanię wyborczą. Blokadą jest również słabość, nieuctwo i arogancja polskiej elity politycznej oraz bagatelizowanie problemów ekologicznych. Na deser zostawiłem czynniki historyczny. Problemem jest bowiem sama historia powstawania polskich "zielonych": ciągłe podziały, oskarżenia o agenturę i oszołomstwo."
(http://www.eko.org.pl/kropla/20/glinski.htm)
Sprawa z "dyktaturą ciemniaków" wydaje się o tyle bulwersująca, że to właśnie na wniosek Glińskiego patronat nad zjazdem socjologicznym objął prezydent (http://www.prezydent.pl/x.node?id=7542979). Może jednak to był zabieg celowy, by urząd prezydenta (jak też gościa specjalnego konferencji) wystawić na śmieszność na forum naukowo-akademickim?


Komentarze
Pokaż komentarze (44)