Agora stała się wytwórnią filmową, co wiemy już po emisji pierwszych odcinków epokowego serialu z gatunku - jak nam powtarzają wszyscy - political fiction pt. "Ekipa". Wprawdzie słowo "ekipa" jakoś kojarzy się z rządami peerelowskimi i "ekipami Gomułki, Gierka czy Jaruzelskiego", ale może to skojarzenie jest przedwczesne, skoro film traktuje o jakiejś niby-prawicy. O tym, że film zasponsorowała wytwórnia filmowa Agora (oraz Polsat) wiemy nie tylko z listy tzw. patronów medialnych, których olbrzymia większość jakoś związana jest przypadkowo z tą spółką (a których strategia związana z "product placement" już zdążyła nam pokazać w niektórych scenach - w polskich filmach jest to zresztą tak nachalne, że ciężko przeoczyć "reklamodawców" nawet tak niegramotnemu widzowi, jak ja :), z poglądów politycznych jednego ze scenarzystów W. Smoczyńskiego, który publikował i w "Przekroju", i w "GW", i na portalu Centrum Kultury i Dialogu (http://www.ckid.pl/artykuly/smoczynski-odnowic_polityke.html), a teraz będzie pisywał do "Polityki", z wywiadów A. Holland (http://ekipa.gazeta.pl/ekipa/1,82857,4467848.html), ale i z finansowego rozmachu, jaki temu filmowemu przedsięwzięciu towarzyszy. Bilbordy, DVD, gadżety, spoty reklamowe (przed, w trakcie emisji i po - czegoś takiego jeszcze nie widziałem w polskiej telewizji - nie widziałem reklamy serialu w trakcie jego odtwarzania :) - no i ta kompletnie przypadkowa pora, jak stwierdził w "GW" T. Sobolewski - okres trwania kampanii wyborczej (http://ekipa.gazeta.pl/ekipa/1,83594,4484009.html).
Już Lenin kładł nacisk na rolę kina w kształtowaniu świadomości społecznej, więc film to ważny środek propagandowy dla wszelkiego rodzaju politkonstruktorów. Ludzie Agory i Polsatu nie mogą tego nie wiedzieć, czego właśnie w/w serial jest znamienitym dowodem. Śmiem jednak twierdzić, że sam serial stanowi środek stricte propagandowy w walce michnikowszczyzny z PiS-em, a nie po prostu produkcję filmową taką, jak wiele innych. Dowodem na to jest nie tylko wspomniany już finansowy rozmach towarzyszący tej produkcji i scenariusz pisany wedle najlepszych kanonów socrealizmu (krytykuje go dokumentnie K. Feusette w "Rz", więc oszczędzę Państwu szczegółów http://www.rzeczpospolita.pl/gazeta/wydanie_070914/kultura/kultura_a_1.html), ale i pewne detale świadczące o silnym zaangażowaniu twórców filmu w krytykę bieżącej sytuacji politycznej w Polsce. W pierwszym odcinku pojawia się np. scena, w której premier, jego ministrowie, spin doktorzy i pani marszałek (grana tragicznie, ale mniejsza z tym) rozmawiają nie tylko na temat stosowania podsłuchów, ale i... podsłuchiwania koalicyjnych polityków. Szef jednego z siłowych ministerstw mówi coś mniej więcej w tym stylu: "wszystko odbywało się zgodnie z prawem, była na to zgoda prokuratora". Czy nie brzmi to jak echa niedawnych zupełnie konferencji prasowych związanych z działalnością CBA i min. Ziobry? Zarówno reżyserki, jak i scenarzyści w wywiadach dziwowali się, że "rzeczywistość ściga się ze scenariuszem" - musieli go też z tego powodu wielokrotnie modyfikować (http://www.zw.com.pl/zw2/index.jsp?place=Lead01&layout=0&news_id=156230&news_cat_id=259&page=text). Ja zaś śmiem twierdzić, że modyfikowano go do ostatnich chwil, by serial stanowił młot na czarowników z PiS-u. Scena z dyskusją nad podsłuchami wygląda, jakby została dokręcona do reszty odcinka.
Sobolewski pisze w pozycji półkucącej tak:
"Poruszający jest powrót Agnieszki Holland - "Ekipa" jest jej pierwszym polskim filmem od 26 lat. To jakby desant kina moralnego niepokoju do współczesnej Rzeczypospolitej. Pamiętam doskonale, jak w latach 70. ówczesna władza - czyli te właśnie "mordasy" - zarzucała filmowcom, że biorą się za nie swoje sprawy, to znaczy "uprawiają politykę"."
Ja zaś, mając w pamięci choćby koszmarny film "Zabić księdza" nie wiem, czy powrót Holland do polskiego kina z "Ekipą" jest naprawdę zwiastunem jakiegoś odrodzenia kinematografii. Pomijam już postsynchrony wołające o pomstę do nieba, czy polskich statystów, którzy zawsze grywają w polskich filmach tak, jakby ktoś ich na siłę spędził. Pomijam zdjęcia z "sejmu", które wyglądają, jakby były kręcone w auli jakiejś uczelni czy w sali konferencyjnej. Pomijam już dominowanie planów średnich, niewiele planów bliskich (o jakimś eksponowaniu detali nie ma mowy) i ruchy kamery takie, jakby ktoś czasami nie nadążał z kadrowaniem za rozmawiającymi na planie aktorami (co niby ma być kręceniem z ręki jak w amerykańskim filmie akcji). Pomijam wiele rzeczy (nawet scenę obrazującą chłopów jadących na motorze z przyczepką, z których jeden trzyma widły na sztorc - Bareja by się jej nie powstydził - by odegnać intruzów z pola: helikopter rządowy i motolotniarza), interesuje mnie głównie wydźwięk polityczny tego filmu, który przypomina do złudzenia "Uprowadzenie Agaty". Resztę może dopowie K. Kłopotowski w wolnej chwili.


Komentarze
Pokaż komentarze (46)