A. Mężydło zdradza tajemnice prób jego werbunku przez CBA. Sprawa jest wyjątkowo śmierdząca, bo to sam Mężydło dobrowolnie się do tego CBA zgłosił, wiedząc o jakichś korupcyjnych zachowaniach. Chociaż, jaka tam dobrowolność, skoro skontaktowanie się z CBA zalecił mu straszny prof. A. Zybertowicz (niemal tak straszny jak A. Macierewicz i prof. J. Kurtyka razem wzięci), który - jak wiemy - nawet Z. Solorza i sądów się nie boi. Musiał być to zatem jakiś perfidny psychomagnetyzm ze strony specsłużb.
"Nie chcę mówić o szczegółach, jakiej sprawy to dotyczyło. Chcę mówić o sposobach działania CBA"
(http://www.dziennik.pl/Default.aspx?TabId=14&ShowArticleId=60444)
No i mądrze. Nie wiemy, o kogo chodziło z tym podejrzeniem korupcyjnym ani też kiedy to było, wiemy natomiast, że CBA chciało rękami Mężydły kasztany z ogniska wybierać ("CBA chciało, żebym odwalił za nich robotę"). Jak to wyglądało?
"Szef CBA Mariusz Kamiński skontaktował mnie z oficerem. Ten oficer zadzwonił do mnie. Poszedłem do CBA, rozmawiałem z nim, przedstawiłem rzetelnie sytuację, słabe i mocne strony, nawet dowody pośrednie" - opowiadał Mężydło. "Oficer nie miał chyba większego doświadczenia, jeśli chodzi o pracę operacyjną, ale miał dużą znajomość prawa. Mówił, że sprawa jest trudna i najlepiej by było, gdybym ja ewentualnie nagrał kilka rozmów, nawet mówił mi, kogo tam powinienem nagrać" - zrelacjonował."
Oficer zatem nie zajmował się najwyraźniej pracami operacyjnymi, a jedynie, traktując serio doniesienie posła PiS-u, klarował mu, jakie trudności ze strony prawnej wiążą się z całą sprawą. Mimo to, Mężydło twierdzi, że propozycja zarejestrowania rozmów o charakterze korupcyjnym była próbą werbunku.
"Mam pewne doświadczenia w tych sprawach i wiem, jak nas instruowano, jak byliśmy młodymi studentami, jak się zachowywać ze służbami. Ta propozycja była niewybredną próbą zwerbowania mnie przez nowe służby IV Rzeczpospolitej" - dodał."
Te doświadczenia jednak chyba nieco zdeformowały mu obraz świata, skoro sowiecką policję polityczną i jej próby nakłaniania do infiltracji czy inwigilacji pewnych środowisk antykomunistycznych (czy zwyczajnie - opozycyjnych) traktuje on na tej samej zasadzie, co propozycje nagrania jakichś przestępczych zachowań, o których, co już wspomniałem, sam poinformował szefa CBA.
"Centralne Biuro Antykorupcyjne próbowało mnie zwerbować na agenta", stwierdza, tak jakby nie odróżniał instytucji świadka, od instytucji tajnego współpracownika czy wręcz funkcjonariusza specsłużb. Tymczasem w sytuacji, gdy np. ktoś nas szantażuje i grozi, domagając się pieniędzy, my zgłosimy to na policję, a oficer zaproponuje nam zarejestrowanie prób szantażu i nawet nam użyczy sprzętu służacego do takiej rejestracji, to przecież nie stajemy się pracownikami policji, tylko współpracujemy z organami ścigania w schwytaniu przestępcy. Jeśli więc Mężydło tyle miał do czynienia ze służbami, to chyba wie o tym doskonale.
Nie przeszkodziło to jednak zrobić wideł z tej igły, bo już jakiś komunistyczny poseł J. Wenderlich zaczął walić w stary bęben grozy:
"CBA niezbyt wysoko ocenia Prawo i Sprawiedliwość, skoro w tak prosty sposób i bez ogródek decyduje się na werbowanie jej posłów. Pan poseł Mężydło odmówił, ale ilu posłów Prawa i Sprawiedliwości nie odmówiło i wzięło dyktafony i szklanki do podsłuchiwania sąsiadów?"
Do cholery więc z tym CBA, skoro podsłuchują wszystkich za pomocą szklanek.


Komentarze
Pokaż komentarze (125)