Tak powinno brzmieć hasło PO-LiD-u, który dosłownie wisi już w powietrzu. Kto pierwszy taką sformułował doktrynę? Minister w rządzie T. Mazowieckiego K. Kozłowski, z którym wywiad warto przeczytać, gdyż idealnie odzwierciedla on mentalność "obrońców zdobyczy III RP" (http://www.gazetawyborcza.pl/1,76498,4490533.html). Kozłowski rusza od razu z kopyta, że aż piach tryska na widownię:
"Mam taką bardzo gorzką refleksję, że to my, których oskarża się o sprzyjanie komunistom, byliśmy prawdziwymi antykomunistami, podczas gdy dziś mamy do czynienia z powrotem do tych działań, które wtedy zwalczaliśmy, a które odziedziczyliśmy po PRL-u. Jeśli minister spraw wewnętrznych jest podsłuchiwany - i to nie jakiś opozycyjny, wrogi, ale swój - jeśli podsłuchiwany jest komendant policji i szef CBŚ, ludzie mianowani przez ten rząd, jeśli słyszę, że poprzedni szef rządu, premier, któremu wszystkie te służby pośrednio czy bezpośrednio podlegały, nie wyklucza i raczej sądzi, że był podsłuchiwany przez własne służby... (...) dziś patrzę na tę recydywę PRL-u z przerażeniem. Obecna władza, chcąc przekreślić III RP, sięgnęła po najgorsze PRL-owskie wzorce, kiedy to inwigilacja i podsłuchy były na porządku dziennym."
Innymi słowy, PiS cofnął nas do czasów komunistycznych. Myśl to znana i dość zgodnie powtarzana przez różne środowiska (a na łamach "GW" powtarzana codziennie). Jest o tyle ciekawsza w ustach Kozłowskiego, ponieważ on właśnie dbał o to, by komunistom zbyt wiele się nie stało (nie tylko w służbach specjalnych). W wypowiedzi eks-ministra pobrzmiewa też podobna nuta, jak w słynnym przemówieniu Tuska z ostatniej gnieźnieńskiej konwencji PO:
"Powiedziałbym, że wiara w to, że jedynie cenne jest to, co tajne, prywatne, charakteryzuje głównie ludy Europy Wschodniej."
Oczywiście jest to zarazem charakterystyka sposobu działania obecnego rządu. Nie tylko mowa zresztą o "ludach Europy Wschodniej", ale i sowieckich służbach specjalnych:
"...wszystkie służby wschodnie, z radziecką na czele, uważały, że jeżeli coś leży na stole, jakaś broszura, folder, ulotka, to tego do ręki brać nie warto, bo to znaczy, że jest jawne, więc bezwartościowe. Cenne jest tylko to, co się uzyska poprzez agenturę czy technikę operacyjną."
Wszystko to niby już słyszeliśmy, ale zawsze dobrze posłuchać ponownie, zwł. gdy mówi to taki specjalista. To, że CBA (bo zapewne o tę "radziecką służbę" Kozłowskiemu szczególnie chodzi) została w całości skonstruowana z ludzi niemających nic wspólnego z sowieckimi instytucjami, które zajmowały się zbrodniczą działalnością (z zabójstwami włącznie), nie ma najmniejszego znaczenia (w przeciwieństwie np. do znanego Kozłowskiemu UOP-u). Kozłowskiemu jednak nie chodzi o same "radzieckie służby" w dzisiejszej Polsce - jemu wprost chodzi o rządzący PiS:
"...obserwujemy przez ostatnie dwa lata, jak politycy cynicznie bawią się tymi służbami, używają ich do bieżących rozgrywek politycznych, międzypartyjnych, a i wewnątrzpartyjnych."
Ale i to nie koniec:
"Jak patrzę na premiera rządu, którego w ogóle nie widać wśród oficerów BOR-u, a dzieje się to na korytarzach sejmowych, to myślę, jak on musi się bać. W czasach, kiedy byłem ministrem i podlegał mi BOR, chroniliśmy 12 osób w państwie, z tego trzy na wyraźną prośbę, a resztę z tzw. urzędu. A teraz rządzący obrośli w ten BOR, chodzą w coraz większej obstawie i wydaje im się, że są bezpieczniejsi. A to tylko spirala lęku w nich się nakręca."
Ja bym to nieco inaczej odczytywał. Skoro istnieją ludzie zdolni zabić komendanta głównego policji (a temu chyba Kozłowski nie zaprzeczy,bo to wydarzyło się przed dojściem PiS-u do władzy), skoro istnieją ludzie, którym zagraża wprost swoją działalnością premier czy minister sprawiedliwości, to chyba oczywiste wydaje się, że nie przechadzają się oni samotnie po Placu Zamkowym, by porozmawiać z warszawiakami.
A szkoda:
"A nas w rządzie Mazowieckiego było trzech czy czterech ministrów z Krakowa - co sobotę borowiec odwoził nas samochodem na Dworzec Centralny i dalej jechaliśmy sami. W Krakowie w zależności od tego, czy moja żona na mnie się gniewała, czy nie, wyjeżdżała po mnie albo nie. I uznawaliśmy to za rzecz normalną."
Gdyby nie to, że przed Kozłowskim na czele MSW stał wszechmocny wicepremier Kiszczak, to też bym to uznał za rzecz normalną. Dodajmy, że Kozłowski był ministrem raptem przez niespełna pół roku 1990, ale - jak widać - poczuwa się w pełni do oceniania na tej podstawie polityki PiS-owskich ministrów.
Kozłowski nie kryje też przerażenia:
"I właśnie w takim patologicznym rządzie, w którym ludzie okazują sobie wrogość, nie ufają sobie, rodzi się pokusa, żeby używać służb do różnych rozgrywek. Tego zaś nie opanuje żaden koordynator służb specjalnych ani żadna komisja sejmowa. Wszyscy, którzy wyrośliśmy w PRL-u, powinniśmy bać się tej mentalności. I dekomunizować przede wszystkim siebie"
i nie zostawia nam żadnej nadziei:
"Z rozpaczą myślę, że nowe pokolenie może przejąć tę mentalność."
Ja nawet nie chcę myśleć, co przeżywać będzie Kozłowski po najbliższych wyborach. No, chyba że zwycięży PO-LiD, to wtedy piekielna opcja zerowa zostanie powstrzymana.
PS. Pamiętam oczywiście, że i Mazowiecki, i Drawicz i wielu jeszcze innych nie było zwolennikami żadnej "opcji zerowej". Na samo to hasło ówcześni ludzie polityki dostawali drżączki.


Komentarze
Pokaż komentarze (18)