Przysłuchiwałem się dziś rano wywiadowi z J. Korwinem-Mikke w Jedynce, po południu go nawet parokotnie przeczytałem, a mając w pamięci niedawne wystapienia W. Popieli już wiem, w czym leży podstawowy problem UPR-u. Nie chcę Państwa pozostawiać w niepewności, powiem więc od razu: problem ten to nieumiejętność komunikowania się z wyborcami. Wynika to zapewne z wielu względów - po pierwsze ze słabego rozpoznania mentalności odbiorców (no i rzecz jasna, nieświadomości różnic między odbiorcami), po drugie zaś - nie ukrywajmy - z dość agresywnego sposobu przekazywania pewnych treści. W przypadku Korwina to ta agresja skrywana jest za jakąś niby żelazną logiką rozumowania, lecz ta logika jest dla mnie, by tak rzec, nie tyle rozmyta, co "skokowa", opiera się ona bowiem na różnych wyspowych, czyli dość odległych od siebie, skojarzeniach i nie zdąża do jakiejś syntetycznej myśli.
Proponuję prześledzić wypowiedzi Korwina, by bliżej zrozumieć specyfikę jego myślenia i jednocześnie, by znaleźć namacalne przykłady (jak to nazwałem) "wyspowego" wnioskowania.
(http://www.polskieradio.pl/jedynka/sygnalydnia/?id=10986):
"M.M. [Marek Mądrzejewski]: O demokracji niezmiennie mówi pan źle, na przykład tak: „Ustrój, w którym dwóch meneli spod budki ma więcej do powiedzenia od profesora z uczelni, jest chory”.
J.K.M.: No i taki właśnie jest efekt w tej chwili. Poziom dyskusji spada, bo każdy się dopasowuje do tego menela spod budki z piwem. Jest straszne, jak wygląda układ rządzący, bo proszę zwrócić uwagę – przedstawiciel PiS-owskiego przecież rządu oświadcza w Brukseli, że Polska absolutnie, broń Boże, nie zniesie kary śmierci, natomiast w kraju pan Jacek Kurski, znany z prawdomówności skądinąd, prawda, oświadcza, że absolutnie tutaj trzeba pomyśleć o przywróceniu kary śmierci. Dlaczego? Bo pięciu Polaków przeciwko jednemu chce kary śmierci. To jest takie oszustwo, bo oszukiwanie wyborców. Wiadomo, że tego nie zrobią, prawda, bo oni tego nie chcą. Jak wiadomo, jestem jedynym politykiem, znaczy nasza partia jest jedyną partią, która od początku domagała się nie znoszenia kary śmierci."
Zaczyna się na pierwszy rzut oka dość trywialnie. Korwin, zagadywany o jego krytykę demokracji, przechodzi od kwestii głosowania do kwestii rządzenia (zupełnie odmienny problem), przeskakuje do kwestii nacisków UE, po czym wraca do kwestii rządzenia aczkolwiek w odniesieniu do manipulacji w kampanii wyborczej (vide obietnice bez pokrycia w kwestii przywrócenia kary śmierci) i kończy to deklaracją, że UPR to jedyna partia popierająca utrzymanie tej kary. (BTW, niejaka J. Miedzińska przepisująca wywiad nie sprawdziła w słowniku, jak się pisze "nie" z rzeczownikami odsłownymi). Mam problem, jak tę wieloskojarzeniową wypowiedź odnieść do kwestii samej demokracji, ale mniejsza z tym.
Weźmy następny przykład. W kwestii głośnego polskiego sprzeciwu wobec obchodów "Dnia Przeciwko Karze Śmierci" (za samą tę nazwę ktoś powinien duze pieniądze dostać), Korwin mówi:
"To jest właśnie takie oczko do wyborców. Co z tego, że jest dzień czy nie ma dnia? Chodzi o to, żeby przywrócić karę śmierci. Przecież nie może być tak, żeby morderca miał większe prawa niż ofiara, prawda? Jeżeli pan stoi nad ofiarą i zastanawia się, czy zabić ją, czy nie, to jak pan nie zabije, no to ona może pana za chwilę zabić. Jak pan ją zabije, to już pańskiemu życiu nic nie grozi, prawda? Tak że to jest nieuczciwe i tyle."
Tu mamy najpierw krytykę partii rządzącej i nawiązanie do zarysowanego wcześniej wątku hipokryzji polityków PiS-u. Następnie Korwin przypomina, że chodzi o przywrócenie kary śmierci (z czym ja osobiście się zgadzam, żeby nie było wątpliwości), ale argumentuje za tym w taki sposób, że ja tego kompletnie nie rozumiem, gdyż wychodziłoby na to, że pewien "morderczy instynkt" posiada zarówno ofiara, jak i oprawca. Tymczasem z pewnej potencjalności, jaka w każdym, zwł. sprawnym fizycznie człowieku, drzemie (tzn. po spełnieniu pewnych warunków osoba A mogłaby zabić osobę B, np. gdyby A miała w ręku nóż i pchnęła nim B) nie wynika wcale, że ilekroć dana osoba bierze nóż do ręki, tylekroć ma zabójcze zamiary. Są jednak osoby, które traktują siebie jak drapieżników, zaś ludzi, których można zabić, jak żer. Domyślam się jednak, że Korwin dokonał pewnego skrótu myślowego, więc zostawiam tę kwestię.
Istotniejsze jest bowiem co innego. Postawienie interlokutora w pozycji zabójcy ma może jakiś walor dydaktyczny, ale na pewno jest dość niegrzeczne w towarzyskiej rozmowie. Zwykli i normalni ludzie nie lubią być ani obrażani, ani tym bardziej stawiani pod murem w sytuacji pospolitej konwersacji. U Korwina zaś jest to nagminna strategia prowadzenia rozmowy. Skuteczność takiej strategii konwersacyjnej może być odwrotnie proporcjonalna do ilości stawianych celów - potencjalny rozmówca, znając choćby ze słyszenia tę strategię, może zwyczajnie unikać nawiązywania kontaktów czy wchodzenia w interakcje komunikacyjne zkimś takim jak Korwin, choćby z tego względu, że wiążą się one z psychicznym dyskomfortem, jeśli nie z poczuciem zagrożenia (i to wcale nie intelektualnego, lecz emocjonalnego). Przypieranie do muru, szantaż psychologiczny czy zwyczajne obrażanie rozmówcy nie może nam przysporzyć niczyich sympatii. A w polityce - czy tego chcemy czy nie - umiejętność zaskarbiania, zjednywania sobie ludzi - jest jednym z podstawowych środków do zdobycia nie tylko popularności, co wyborczego (i powyborczego) poparcia. Jeśli odstraszamy ludzi od siebie, to niewiele zdziałamy. Nie mam tu na myśli, broń Boże, populizmu (zresztą on ma krótkie nogi - komuniści, którzy populistami są niedościgłymi, są w stanie swoją czczą gadaniną i popisami tańczącego i "wybierającego przyszłość" Olka zachwycić wyborców na parę lat, potem jednak popisy ustępują miejsca szarej rzeczywistości, która jest dość surowym weryfikatorem wszelkiej blagi i blagierów). Chodzi mi o umiejętność docierania do ludzi z prostymi prawdami o rzeczywistości. Tego nie umie robić ani Korwin, ani UPR. (Może Michalkiewiczowi się to częściowo udaje).
Wracam do Korwina. Jak on patrzy na bieżące sondaże:
"Wyniki nie są wcale takie złe. Proszę zwrócić uwagę, że nikt o nas w tej chwili nie wie, ja od dwóch lat w reżimowej telewizji nie byłem ani razu, odkąd PiS doszedł do władzy, to wiadomo, jesteśmy dla nich największą konkurencją, bo my demaskujemy, że to nie jest żadna prawica, tylko normalna lewicowa partia, i w wyniku tego, jeżeli teraz mamy sondaże (to są bardzo śmieszne sondaże) albo jest 7%, albo 3, albo 1. Dlaczego? Bo jak się pyta ludzi o LPR plus UPR plus PR, to jest 7%, jak się pytają o Ligę Polskich Rodzin, to wychodzi 3, a jak się pytają o Prawicę Rzeczpospolitej, to nikt jeszcze nie wie, co to jest i wychodzi 1."
Historię z niezłymi wynikami, która powtarza się przy każdych wyborach, przemilczę. Proszę jednak zauważyć, że Korwin podkreśla różnicę w wynikach ankietowania w zależności od tego, czy LPR oznacza dawną Ligę Giertycha czy nową Ligę Giertycha-Popieli-Jurka. Mnie już nie obchodzi to, czy to prawda, czy nie, że tak się rozkładają te wyniki. Dziwi mnie jedynie to, że Korwin nie chce dostrzec słonia w menażerii i idiotyczny pomysł, by startować pod szyldem identycznym z "partią jednego człowieka", jak określił Ligę Polskich Rodzin J. Olszewski, traktuje jako coś normalnego. Co więcej, nie ma nic nadzwyczajnego, że UPR-owcy i ludzie Jurka znajdą się na listach WŁAŚNIE Ligi Polskich Rodzin, ponieważ "dla mas" będzie LPR-bis, zaś dla wyborów będzie dawna LPR ze względu na niższy próg wyborczy dot. partii politycznych. Wszystko to, nawet pod względem marketingu politycznego, o kant nie powiem czego rozbić, ale ponieważ ja już nt. LPR-u bis krytycznie pisałem, więc teraz nie podejmuję tej kwestii.
Korwin uporczywie podkreśla, że w mediach się zaniża wyniki sondażowe LPR-u bis i UPR-u:
"Chodzi o to, żeby przekonać ludzi, że dostaną 1% i nie należy głosować. Takie polecenie jest odgórne i tyle, no."
Nie można tego wykluczyć, podobnie jak zaniżane były w sondażach w 2005 r. wyniki PiS-u i kandydata na prezydenta L. Kaczyńskiego. O ile jednak wyniki PiS-u były dwucyfrowe, o tyle w przypadku LPR-u-bis czy UPR-u poruszamy się w granicach błędu statystycznego. Gdyby bowiem poparcie było dużo wyższe, to w końcu w którejś sondażowni by się ono ujawniło. Nie trzeba jednak sondażowni, by wiedzieć, że poparcie dla UPR-u po mariażu z Giertychem może tylko i wyłącznie spaść, a nie wzrosnąć i nawet sam Korwin wyraził tego świadomość na swoim blogu. Także na łamach "NCz!" piszą o tym czytelnicy (co już także nadmieniałem w poście o LPR-ze bis). No więc, skoro jest to tajemnica poliszynela, to jak można sądzić, do cholery, że wyniki są zaniżone? Może są zawyżone właśnie, a sytuacja wygląda jeszcze gorzej niż poparcie dla "biało-czerwonego miasteczka" Duce chcącego niedawno niemalże podpalić parlament?
"M.M.: Rozumiem. Co jest lepiszczem tego porozumienia wyborczego?
J.K.M.: Jedna rzecz – to, że postanowiono w Magdalence właściwie, nie przy Okrągłym Stole, że prawica w Polsce nigdy nie dojdzie do władzy. I jest naprawdę..."
Jestem w stanie zrozumieć to uzasadnienie, bo brzmi intrygująco. Problem tylo w tym, że zarówno Giertych, jak i Jurek, to owi ludzie prawicy, którzy mieli niedawno bardzo wymierny wpływ na kształt polskiego życia społeczno-politycznego. Nie ma więc większego sensu mówienie o jakimś "wyjściu z cienia" ludzi z niespapranymi okrągłostołowym kompromisem życiorysami. Pomijam już kwestię poparcia dla PiS-u takich ludzi, jak A. Walentynowicz, A. Gwiazda, A. Macierewicz czy K. Morawiecki, którzy z "historycznym kompromisem" nie mieli nic wspólnego. Sprawa jest jednak poważniejsza, bo nie chodzi o kwestie stricte lingwistyczne. Jeśli bowiem krytycznie odnosimy się do jakichkolwiek ugrupowań mieniących się być prawicowymi po 1989 r. (co czyni UPR od lat), to przecież zdrowy rozsądek nakazuje z takim samym krytycyzmem potraktować najgłupszą partię prawicową, jaka się nam trafiła, czyli Giertychową LPR. Tego jednak Korwin nie czyni.
Znowu jednak wciągnęły nas dygresje. Spójrzmy na poniższą wypowiedź:
"...wolno mi posyłać dziecko do szkoły, w której jest religia albo nie ma religii, wolno mi, proszę pana, zarobione pieniądze przeznaczyć na co ja chcę, a nie na co urzędnik chce. Krótko mówiąc, ja mogę swoje dziecko posłać do takiej szkoły, do jakiej ja chcę. Bo nie wiem, czy państwo wiecie, ale nawet w szkołach tak zwanych prywatnych też program jest zatwierdzany przez Ministerstwo Edukacji Narodowej. Takiego reżimu nie było jeszcze w historii ludzkości. Nawet Iwan Groźny, jak podbił Nowogród, to nie kazał dzieciom w Nowym Grodzie uczyć się według podręczników wykładanych w Moskwie. No, niestety, to jest coś potwornego, co się dzieje. Ludzie sobie nawet nie zdają sprawy, do jakiego stopnia machina państwowa tłumi wolność obywatelską na każdym kroku."
Najpierw Korwin mówi o pewnej (postulowanej) swobodzie wychowawczej rodziców, następnie o swobodzie w wydawaniu pieniędzy, a następnie o zatwierdzanym przez MEN programie nauczania. I nazywa to reżimem nieznanym w historii ludzkości. Mniejsza z tym barwnym językiem i pal diabli nawet to porównanie do Rosji za Iwana Groźnego. To trzy kwestie są jednak zupełnie odrębnymi zespołami problemów. Czym innym jest zagadnienie zakresu i stosowalności programu nauczania - o tym powinni się wypowiedzieć specjaliści w tej dziedzinie (chyba że ich uznamy za głupców, ale wtedy właściwie sami powinniśmy kształcić dzieci, bez jakiegokolwiek pośrednictwa systemu edukacji). Czym innym kwestia statusu szkoły prywatnej, a czym innym publicznej (tu również odmiennie się kształtują relacje między rodzicami a gronem pedagogicznym). Czym innym wreszcie, kwestia zakresu swobód w wychowywaniu dzieci (jeślibym posłał dziecko do szkoły prowadzonej przez sektę destrukcyjną, to nie jest to wyłącznie moja sprawa) U Korwina wszystko to złączone jest w zestaw paru zdań i może dla przeciętnego słuchacza zabrzmieć on albo efektownie, albo - co bardziej prawdopodobne - nonsensownie.
I na koniec prawdziwy popis obrazowego i wyspowego myślenia Korwina:
"To jest nieprawdopodobny ustrój, trzeba mieć zezwolenia, zatwierdzania i tak dalej. Potworna biurokracja, która dławi wolność człowieka, podatki, które niszczą drobnych przedsiębiorców, ale nie tylko drobnych, wielkich też. Wszystko... siedzi łapa państwowego urzędnika, który przeszkadza nam pracować. Proszę pana, w ciągu czterech lat liczba urzędników wzrosła ponad 4-krotnie. Przecież Solidarność obiecywała walkę z biurokracją. Ponad 4 razy więcej! Na karku każdego urzędnika, nauczyciela, chłopa, robotnika i tak dalej siedzi cztery razy więcej pasożytów, którzy jeszcze trzymają go za rękę, żeby broń Boże czegoś szybko nie zrobił. (...) Fotoradary, które pilnują, czy człowiek nie jeździł za szybko przypadkiem, buduje się drogę (ponad dwieście na godzinę) i fotoradar, który blokuje, żeby nie wolno jeździć szybciej niż czterdzieści na godzinę, bo tak się im podobało. Wie pan, to jest coś przerażającego, co się dzieje w tym kraju. Wszędzie ograniczenia, ograniczenia i nic dziwnego, że tempo wzrostu jest zbliżone do europejskiego. A w Malezji czy na Tajwanie ma pan 13%, to jest norma wzrostu."
Co do biurokracji zgoda. Każdy z nas się z nią styka i każdy z nas ma jej dosyć. Przybyło biurokracji, też zgoda. Korwin zaraz jednak opisuje to trochę jak Bułhakow i nawet to się wydaje zabawne, zaraz jednak przeskakuje na kwestię fotoradarów, po czym łapie się za głowę, że żyjemy w kraju coraz większych ograniczeń i odsyła nas do dobrobytu Malezji i Tajwanu. Ja wiem, że to wszystko jest ważne, ale czy nie dałoby się tego powiedzieć nieco prościej, bez skoków myślowych?


Komentarze
Pokaż komentarze (59)