Świat bez T. Lisa, czy to możliwe? Na pewno nie wyobraża sobie tego od wczoraj redakcja "GW", która odejście Lisa z Polsatu relacjonowała, jakby to zejście z tego łez padołu było. Co cenniejszą chwilę z wiekopomnego, OSTATNIEGO (o, Matko Boska!) programu uwieczniała na swojej stronie internetowej, żeby udokumentować przewracanie się kolejnej nieubłaganej karty historii. Nawet nie chcę myśleć, ile łez przy tym musiało być wylanych, zresztą pewnie z tego powodu (tzn. z powodu żałości wielkiej) nie relacjonowano trwania programu minuta po minucie z uwzględnieniem głębokości westchnień czy spojrzeń dzielnego do końca dziennikarza (http://wiadomosci.gazeta.pl/Wiadomosci/1,80269,4507815.html). Ale przecież co ważniejsze, przełomowe momenty zarchiwizowała, np.:
"22.20 - Początek programu "Co z tą Polską?" (tu pewnie jakiś wkradł się błąd - powino być wyraźnie OSTATNIEGO)
albo: "23.00 - Koniec przerwy."
albo: "23.06 - Wynik sondy sms-owej: 86 proc. chce wziąć udział w wyborach." (jaka ulga, odpowiedzieli zapewne wszyscy z redakcji "GW" oraz siedzący na widowni, no i ta najwierniejsza publiczność, która od paru lat zasiadywała, by posłuchać, co ważnego do powiedzenia ma dzielny Lis; acha, jeszcze czytelnicy jego bestsellerowej książki),
no, ale najważniejsza chwila to była ta: "23.09 - Lis wzruszony dziękuje za trzy lata obecności programu "Co z tą Polską?" na antenie, dziękuje też kolegom z zespołu programu i z "Wydarzeń" za "świetną robotę" , wyraża podziękowania również dla telewizji "Polsat" za wieloletnie opieranie się naciskom politycznym. Apeluje do o pójście do wyborów. Tomasz Lis po raz ostatni zapytał na ekranie "Co z tą Polską?"." (i tu trzeba przyznać, edytujący tekst na stronie nie zapomniał wstawić słowa "ostatni", choć zapomniał o użyciu majuskuły).
Oglądając tę OSTATNIĄ chwilę i tego zawieszającego dramatycznie głos Lisa, kiedy to politycy siedzący w studiu zamarli w jakimś takim zadumaniu nad wielką historią, oczekiwałem, że ktoś spontanicznie zanuci marsz pogrzebowy. Swoją drogą, Polsat mógł się postarać o jakiś fortepian i np. tego gostka, co w Kabarecie Olgi Lipińskiej pogrywał, poprosić o odbębnienie na klawiszach choćby paru taktów słynnej kompozycji Chopina. No, do cholery, kto w tym Polsacie pracuje, że Lis musiał "na sucho" deklamować swoją własną pogrzebową mowę? (W tej sytuacji nawet nie dziwię się, że musiał odejść - każdym targnąłby taki imperatywm moralny).
Tak jednak na zdrowy rozum się zastanawiając, to po jakigo diabła "GW" urządziła taką komedię jednemu ze swoich frontowych działaczy, ktoś zapyta. Ano, pewnie po to, by przypomnieć nam wszystkim, że Lis to właśnie działacz polityczny, a nie zwykły, informacyjny dzienikarz. Wprawdzie do powiedzenia to on zbyt wiele nie ma (nie w sensie braku władzy, bo tę akurat ma, lecz w sensie intelektualnego potencjału, bo tego akurat nie ma - wystarczy poczytać jego książkę, czy diagnozy polityczne, które z reguły się nie sprawdzają, jak choćby ta, z końca sierpnia tego roku (http://www.dziennik.pl/Default.aspx?TabId=14&ShowArticleId=57734), wystarczy też wspomnieć jego zachowania uwiecznione na słynnym filmie "Nocna zmiana"). I tym nawet nie trzeba się martwić, bo nowoczesny polityk im mniej ma jakichś uzasadnionych poglądów, tym lepiej - czego przykładem jest D. Tusk choćby. Najistotniejsza jest umiejętność oddziaływania na tłumy, którą Lis posiada, w przeciwieństwie do wspomnianego Tuska (który nawet na zdjęciach wychodzi tak, jakby dał się na siłe sfotografować). Tę umiejętność można w sobie wykształcić - Lisowi parę lat to zajęło - podejrzewam, że obserwacje amerykańskiego zycia politycznego i tamtejszych mediów miały tu decydujące znaczenie, by wypracować odpowiednią "prezencję". Lis nadaje się zatem idealnie do marketingu politycznego, z czego już raz salonowe media skorzystały, forsując jego kondydaturę przed paru laty na wirtualnego prezydenta. Potem oczywiście było dementi i to nie jedno, wywracanie oczami, że "nie chhciałem, ani nie mogłem", lecz "rozpoznanie walką" odniosło skutek, wszak Lis jako potencjalny polityk zapamiętany publicznie został.
Nie zdziwiłbym się więc, gdyby teraz okazało się, że Lis (np. "z wściekłości na coraz bardziej upolityczniane media, nawet te komercyjne i antykaczystowskie", he he) stwierdził, że ta nadzwyczajna sytuacja przedwyborcza wymaga od takiego dziennikarza jak on otwartego zaangażowania się w działania jakiejś partii (dajmy na to, by nie szukać daleko - w PO). Czy nie byłaby to długo zapowiadana i wyczekiwana bomba? I to porządna, a nie strzał z wesołomiasteczkowego kapiszona? No, chyba że Lis chciałby wystartować z list PSL-u, ale - w przeciwieństwie do M. Olejnik, nigdy przecież w żadnej redakcji rolnej nie pracował, mógłby więc niezbyt dobrze się komponować na tle czterolistnej koniczynki i hasła o "najprawdopodobniej najlepszej partii w Polsce" (kupa śmiechu, słowo daję).
Lis z list PO? Czemu nie? "GW" padłaby wtedy na kolana ze Stasińskim w pierwszym szeregu na klęczniku (http://serwisy.gazeta.pl/kraj/1,34314,4502839.html) i miałaby nareszcie swojego salonowego reprezentanta w parlamencie. Kto wie, może nawet Sadurski by go poparł w wyborach? Otrzyjmy więc łzy, to jeszcze nie koniec. To początek :)


Komentarze
Pokaż komentarze (116)