Wszystko zaczęło się od debaty A. Miodowicza i L. Wałęsy 30.XI.1988 r. Jak pisze o niej B. Kozłowski:
"Wynik tego niezwykłego w ówczesnej Polsce pojedynku wydawał się nader niepewny. Miodowicz, broniący absurdalnej, lecz będącej obowiązującym w Polsce prawem zasady, że w jednym zakładzie pracy może działać tylko jeden związek zawodowy, przystępował do dyskusji pewien tego, że Wałęsa wyjdzie z niej skompromitowany, ukaże się milionom Polaków jako prostak, człowiek niewykształcony, polityczny awanturnik, niezdolny do merytorycznej dyskusji."
(http://wiadomosci.polska.pl/kalendarz/kalendarium/article.htm?id=82830)
Po dziś dzień właściwie nie wiem, komu na tej debacie zależało - komunistom czy "zwolennikom historycznego porozumienia ponad podziałami", zwanego potem tak, jak pewien najsłynniejszy polski mebel (wszak "idea" została zgłoszona w TV przez Cz. Kiszczaka pod koniec sierpnia owego roku).
Parę lat później, bo w 1995 r. odbyła się jeszcze słynniejsza dwuczęściowa debata "schodzącego z pomnika" Wałęsy ze wskakującym na polityczno-cyrkową arenę A. Kwaśniewskim, gibającym się w rytmie disco polo wraz z tymi rzeszami, które "wybierały przyszłość oraz styl". Przypomnę z niej jeden epizod:
"Tuż po zakończeniu drugiej debaty, ale jeszcze na wizji Kwaśniewski zaskoczył Wałęsę, podchodząc do niego z wyciągnieta ręka, na co Wałęsa odpowiedział w bardzo barwny sposób: "(...) to Pan rozpoczął niekulturalnie. Dobrze, że się pan zreflektował, przecież Pan wszedł tak, jak do obory, ani be, ani me, ani kukuryku"."
(http://www.marketingwpolityce.zgora.pl/artykuly/mrt5.htm)
Gdy z kolei "ponieśli i wilka", czyli z areny zbiegał po 10 latach wymordowany prezydenturą Kwaśniewski, doszło do debaty kandydatów D. Tuska - L. Kaczyńskiego:
"Donad Tusk złożył swoją deklarację, między innymi pytany o reakcję na poparcie go przez Jerzego Urbana. Powiedział, że przyjmuje je bez radości, ale i bez obrzydzenia. Czasami wspierają mnie ludzie, z którymi nie mam nic wspólnego - mówił Donald Tusk. Powiedział, że w Polsce potrzeba tych, którzy łaczą a nie dzielą, którzy potrafią zbudować zgodę wokół wspólnych celów, a nie kłótnie i konflikty."
(http://wiadomosci.wp.pl/kat,1342,wid,8051656,wiadomosc.html?ticaid=14882)
W pewnej mierze przypominało to słynne hasło z bilbordów Kwaśniewskiego z 1995 r. ("Wspólna Polska"), ale mniejsza z tym. Gdy już dyktatura PiS-u nastała, w marcu 2006 doszło do wiekopomnej debaty Tusk - J. Kaczyński (http://www.axelspringer.pl/wydarzenia/artykul.asp?Artykul=957), z której, jak wiemy, niewiele wynikło. A rok później - debata Tusk - L. Kaczyński (http://www.dziennik.pl/Default.aspx?TabId=95&ShowArticleId=56298), po której wydawało się, że topory wojenne zostały zakopane:
""Panie prezydencie" – zaczął Tusk. Ale Kaczyński natychmiast skontrował: "Daj spokój, Donald. Znamy się tyle lat, mówmy sobie po imieniu" – powiedział. Lider PO przystał na tę propozycję."
Było to jednak złudzenie, jak pamiętamy, wnet bowiem walka rozgorzała na nowo. Nie trzeba nawet do szczegółów wracać, skoro wojna między PO a PiS-em nadal trwa. I teraz, dosłownie za parę dni, szykuje się nam debata Kwaśniewski - J. Kaczyński, na którą ostrzą sobie apetyty i dziennikarze, i komentatorzy, i politycy.
Wprawdzie J. Gowin, który już na stanowisku prezydenta widzi eks-premiera Kazia (http://www.tvn24.pl/-1,1522654,wiadomosc.html), lekceważąco twierdzi, że:
"- To będzie potyczka premiera ze zmęczonym człowiekiem mającym problemy alkoholowe."
Ja jednak jestem zdania, że czeka nas spotkanie a la Miodowicz-Wałęsa, czyli reprezentanta "starego porządku" z politykiem realizującym porządek nowego typu. Okazuje się bowiem, że w 2007 r. nasza historia ponownie zatoczyła koło i stajemy wobec dylematu: ostatecze oderwanie od peerelu lub dalsze "etapy reformy".
Nie zazdroszczę premierowi tego spotkania. To tak trochę, jakby zasiąść do stołu z wieloma gensekami PZPR-owskimi naraz albo pić piwo z Urbanem. Cieszę się jednak, że do tego starcia dojdzie. "Układ" zmobilizował w ramach samoobrony było nie było wszelkie możliwe siły zarówno po stronie polityków, jak i mediów. Wystawienie Kwaśniewskiego jako "Zawiszy Czerwonego" świadczy o desperacji konstruktorów - nie tylko z tego powodu, że jest to polityk wypalony, skompromitowany i słaby, lecz i dlatego, że NIKOGO INNEGO już "na wodza" ów "układ" nie ma. "Morda ty nasza" to ostatnia tarcza, za którą kryją się "czerwone regimenty" trzęsące portkami przed dekomunizacją, jakiej jeszcze nie było. Rozwalenie tej tarczy nie powinno Kaczyńskiemu sprawić wiele trudności.
Tymczasem rozżalenie czy zdumienie Tuska, że premier nie chce z nim debatować jest niezrozumiałe. Gdyby Tusk z równą zajadłością, z jaką atakuje Kaczyńskiego, zwalczał "premiera Mordę" - wtedy, owszem, taka debata miałaby jakiś sens. W sytuacji jednak, kiedy szef PO nie dostrzega najmniejszego zagrożenia w związku z wzbieraniem i podnoszeniem się czerwonej fali, a oburza się na zapowiedzi Kaczyńskiego, że PO-LiD to byłby powrót do peerelu, dyskutowanie z nim mija się z celem. Trzeba bowiem mieć świadomość, po której stronie są prawdziwi wrogowie nowego państwa i wiedzieć, z kim nie należy w żaden sposób się sprzymierzać. A jeśli Tusk tego nie wie, to nie wie nic.


Komentarze
Pokaż komentarze (60)