Niedawno jedna z komentatorek dziwiła się, że przywołuję nazwisko W. Jaruzelskiego "do kolekcji" bojowników o wolność i demokrację, którzy wnet wrócą na scenę. I jest - i Jaruzelski, i Kiszczak, i Rakowski, i nawet superkonstruktor stanu wojennego J. Reykowski. Wraz z kilkoma jeszcze politykami zabrali się oni za obywatelski protest przeciwko działaniom junty w Birmie.
Ponieważ i andy (http://salski.salon24.pl/35913,index.html), i B. Wildstein (http://blog.rp.pl/wildstein/2007/09/27/tragedia-birmy-i-manipulacja-pamiecia/) rozprawiają się z tym "apelem" (http://www.rzeczpospolita.pl/news.rol?newsId=22679) w dość konkluzywny sposób, ja chciałbym zrwócić uwagę tylko na dwa dodatkowe fakty:
czerwcową masakrę w 1989 r. na placu Tiananmen, kiedy czołgami rozjechano protestujących Chińczyków (gł. studentów) - polecam choćby ten legendarny obraz młodego człowieka zatrzymującego kolumnę czołgów (http://www.youtube.com/watch?v=9-nXT8lSnPQ) oraz
wojnę w Czeczenii i rosyjską okupację Czeczenii.
(Co do masakry w Pekinie warto przypomnieć o drobnym epizodzie polskim, mianowicie że we Wrocławiu powstał wtedy pomnik ku czci ofiar i został zniszczony przez esbeków w połowie czerwca 1989. Kto wtedy stał na czele ministerstwa spraw wewnętrznych?)
Czy wobec Chińczyków i Rosjan sygnatariusze apelu do birmiańskiej junty także protestowali w taki oficjalny i głośny sposób? Nie przypominam sobie. Wygląda więc faktycznie na to, że apel powyższy stanowi polityczno-dyplomatyczne wsparcie nie tyle protestujących w Birmie, co startującego w wyborach LiD-u. Po prostu koszmar.


Komentarze
Pokaż komentarze (25)