Już mi się wydawało, że nastąpiła jakaś pacyfikacja blogerów i co słabsi w tej cyberwojnie padli albo przynajmniej siekierą rozwalili monitor, potem biurko, a potem komputer (czy doszło do jakichś aktów agresji wobec sąsiadów, nie wiadomo, ale niewykluczone). Teraz jednak niech mi admini oddają mój post o powrocie czerwonej Mechagodzilli; nie po to się mordowałem, wklejając go setki razy w burzy elektronicznej i sztormie wirtualnym, by teraz przepadł w jakiejś czarnej dziurze czy rozsypał się w okach Sieci.
N. Postman znany i lubiany filozof technologii powiada (w wolnym tłumaczeniu), że unowocześnianie zbiurokratyzowanych czy skostniałych instytucji, wyrządza więcej szkód niż pożytku. Jest wiele racji w tym stwierdzeniu. Unowocześnianie niedrożnej struktury prowadzi do jeszcze większych zatorów od tych, które były. Spójrzmy na Warszawę - wszczęcie robót remontowych w tylu miejscach naraz prowadzi do unieruchomienia miasta. Niegłupi to wymyślił oczywiście, zgodnie z Gombrowiczowską maksymą "im mądrzej, tym głupiej".
Ale chciałem o salonie. Przeżyliśmy chwile grozy spowodowane nadejściem rewolucji informatycznej, która organizatorów salonu najzwyczajniej przerosła. Dlaczego tak się stało? Ano dlatego, że nowych funkcjonalności nie wprowadzano stopniowo, jeno "na chama" (a potem po polsku "jakoś to będzie"). Jak było, widzieliśmy. Przez jakiś czas sądziłem, że to taka cyberdarwinistyczna selekcja blogerów - proszę zauważyć, że natychmiast pojawiła się cała chmara nowych zupełnie trolli, z sercem po właściwej stronie, którzy zabrali się za odpowiednie komentowanie wiadomych blogów. W przebłyskach piaskowej burzy elektronicznej i w pewnych chwilach opadania tumanu kurzu na ekranie monitora, dostrzec można było zupełnie nieznanych blogerów, co do których nie można było mieć pewności, czy to starzy pod nowymi nickami, czy nowi pod starymi, czy nowi pod nowymi. Wyglądało to tak, jakby po każdym odśnieżeniu ekranu (odśnieżeniu, celowo napisałem) wyłaniały się jakieś zjawy, co do których nie wiadomo, kim ani czym są. Nie powiem, miało to swój urok, choć zabawa nie była przednia.
Nie mam najmniejszego pojęcia, kto wpadł na pomysł, by "w godzinach szczytu" reperować skrzyżowanie w centrum miasta. Czy nie można było przygotowywać i bywalców i obserwatorów do tych wszystkich zmian i nie robić "niespodzianki", która wymknie się spod kontroli? Biorąc pod uwagę to, że część blogerów naprawdę zna się na informatyce, to można było przecież konsultować z nimi wszelkie innowacje. Można było wprowadzać próbne testy późną nocą, przy najmniejszej ruchliwości w salonie, a nie w "biały dzień". Co gorsza, te innowacje, których przebłyski ujrzeliśmy w supernowym salonie były przecież OK i należałoby je "czem prędzej" wprowadzić, ale na litość boską, nie w taki sposób.
Kupa śmiechu. Coś jak szturmowanie zamkniętego sklepu GS-u przez zbłąkanych wędrowców w górach. Mam nadzieję jednak, że idea unowocześniania salonu nie zostanie zarzucona, a na razie balujemy w najlepsze na starych śmieciach, grając Sadurskiemu na nosie :)


Komentarze
Pokaż komentarze (35)