Jedni się naśmiewają z tego, że PiS odwołuje się do amerykańskich wzorców w kampanii wyborczej, inni uważają to za coś godnego pochwały, a nawet za atut partii kaczystów w walce przedwyborczej także z PO. Ja przez jakiś czas sądziłem, że doradcy PO pójdą śladem, jeśli nie amerykańskich Republikanów, to może przynajmniej Demokratów. Ale gdzie tam. Im dłużej trwa kampania wyborcza ugrupowania D. Tuska, tym gorsze przynosi efekty.
Piszę o tym w związku z opublikowanym dwa dni temu, a niezwykle ciekawym artykule amerykańskiego filozofującego psychologa i lingwisty S. Pinkera, który szydzi z analiz i diagnoz jednego z oddanych ekspertów Partii Demokratycznej (także filozofującego lingwisty) G. Lakoffa. Artykułe ten jest bardzo długi i nie zamierzam go ani omawiać, ani w jakichś większych fragmentach przytaczać (można znaleźć go na: http://www.racjonalista.pl/kk.php/s,5569 - swoją drogą, kto by pomyślał, że na tak egzotycznym portalu można znaleźć takie sensowne teksty?), a jedynie wskazać na pewne analogie między amerykańskim a polskim marketingiem politycznym właśnie a la PO. Są to analogie świadczące o niezrozumieniu fenomenu życia politycznego obywateli i nierozpoznaniu mentalności tychże obywateli.
Pinker pisze o m.in. tak:
"Lakoff jest znanym lingwistą z Berkely, który studiował u Chomsky'ego w latach sześćdziesiątych, ale zerwał z nim, by założyć pierwszą szkołę generatywnej semantyki, a potem szkołę lingwistyki poznawczej, przy czym obie na swój sposób próbują wyjaśnić język raczej jako odbicie procesu ludzkiego myślenia niż jako autonomiczny moduł reguł składniowych. Niedawno w następstwie szokującej porażki w wyborach 2004 roku Lakoff został obsadzony w roli zbawiciela partii Demokratycznej. Konferował z przywódcami i strategami Demokratów, przemawiał na zebraniach ich ścisłego kierownictwa, a jego książka Don't Think of an Elephant! stała się talizmanem liberałów. Whose Freedom? jest najnowszą publikacją wysiłków tego lingwisty jako konsultanta kampanii wyborczej. Jest to odpowiedź na wielokrotne powoływanie się konserwatystów na "wolność", by usprawiedliwić swój program. Sądząc z faktu lansowania jej przez Toma Daschle'a i Roberta Reicha, książka ta wywiera także wpływ na czołowych Demokratów."
Dodajmy na marginesie, że polityczne publikacje N. Chomsky'ego (filozofa języka) to coś a la trockizm po amerykańsku. Lakoff ma fioła na punkcie roli metafory nie tylko w języku potocznym, ale w ogóle w dyskursie publicznym. Sądzi też, że:
"politycznych ideologii nie można zrozumieć w kategoriach założeń czy wartości, ale tylko jako rywalizujące wersje metafory: "społeczeństwo jest rodziną". Polityczna prawica porównuje społeczeństwo do rodziny rządzonej przez autorytarnego rodzica, podczas gdy lewica woli rodzinę, o którą dba rodzic opiekuńczy."
Co więcej:
"Debaty polityczne są zdaniem Lakoffa konkursami metafor."
Czy nie brzmi to jakoś znajomo, gdy sięgniemy wspomnieniem do legendarnych bilbordów PO? Najpierw w tonacji czarnej, a potem białej? Jeszcze do tego wątku powrócę. Pinker zwraca uwagę, że według Lakoffa:
"Obywatele nie są racjonalni i nie zwracają uwagi na fakty, chyba że wpasowane są one w ramy pojęciowe "utrwalone w strukturach neuronalnych ich mózgów" przez zwykłe powtarzanie."
Pomijając już ten piekielny amerykański neobehawioryzm, z którego nie wiadomo, czy tamtejsza psychologia i psycholingwistyka kiedykolwiek się wyleczy, pozwalam sobie zwrócić uwagę na jedno. Analogicznie jak Demokraci i ich eksperci, PO wychodzi z założenia, że obywatele myślą o rzeczywistości społeczno-politycznej za pomocą "słów-kluczy", "zaklęć", "obrazowych sformułowań" albo ewentualnie za pomocą "luźnych skojrzeń". Inaczej mówiąc, wystarczy dokonać pewnych sprytnych zabiegów lingwistycznych, a można wypracować zmianę w mentalności takiego czy innego obywatela. Trudno sobie wyobrazić bardziej oddalone od realiów społeczno-politycznych stwierdzenie z podręcznika marketingu politycznego. Przypomina ono raczej strategię działania klasycznych sowieckich inżynierów dusz, którzy metodami nieustannych zabiegów ekwiwokacyjnych i metasemantycznych starali się wpłynąć na sposób myślenia "poddanych" w komunistycznym świecie.
Co jednak Lakoff dostrzega w amerykańskiej rzeczywistości?:
"Na przykład podczas pierwszej kadencji George'a W. Busha prezydent obiecał "ulgę" podatkową, co wpasowuje podatki w ramę pojęciową dolegliwości; a tego, który dostarcza ulgi w ramę bohatera; a każdego kto mu w tym przeszkadza jako łotra. Demokraci byli wystarczająco niemądrzy, by zaoferować własną wersję ulgi podatkowej, czym zaakceptowali ramę pojęciową Republikanów; to było jak poproszenie ludzi, żeby nie myśleli o słoniu. Zamiast tego powinni byli zmienić ramę pojęciową podatków i przedstawić je jako "składki członkowskie" niezbędne do utrzymywania usług i infrastruktury społeczeństwa, do którego należą. Podobnie prawnicy, o których się mówi, że wytaczają dziwaczne sprawy sądowe, powinni zostać umieszczeni w ramie pojęciowej "rzeczników ochrony społecznej", zaś "sędziom nowatorom", którzy "ustanawiają prawa z ławy sędziowskiej", należy zmienić markę na "sędziowie wolności"."
W swojej wydanej w 2006 r. książce:
"...Lakoff zabrał się za pojęcie wolności, którego Bush w mowie inauguracyjnej użył czterdzieści dziewięć razy. Amerykański konserwatyzm, powiada Lakoff, apeluje do pojęcia wolności zakorzenionego w moralności surowego ojca — ale jest to zawłaszczenie tradycyjnego amerykańskiego pojęcia, które opiera się na postępowych wartościach opiekuńczości i empatii. Lewica i prawica są także podzielone przez inny styl poznawczy: konserwatyści myślą w kategoriach przyczynowości bezpośredniej, gdzie działanie człowieka ma natychmiastowy efekt piłki bilardowej (ludzie są otyli, ponieważ brakuje im samokontroli), podczas gdy ludzie postępowi rozumują w kategoriach przyczynowości systemowej, w której efekt wynika ze złożonych systemów społecznych, ekologicznych i ekonomicznych (ludzie są otyli z powodu systemu ekonomicznego, który pozwala przemysłowi spożywczemu na wywieranie nacisku w celu zniesienia regulacji rządowych)."
Nie wchodząć już w te dość zabawne, momentami niemal psychoanalityczne deliberacje Lakoffa, które może by intelektualnie porwały Sadurskiego, a nie nas, prawda, i które punktuje Pinker w swoim artykule, warto zaznaczyć, że ten bezpośredni związek specjalnie zrekonstruowanego (na potrzeby polityczne) języka z mentalnością obywatela jest przez Lakoffa szczególnie podkreślany. Tak jakby to miała być oś sporu w kampaniach wyborczych. Nie realia ekonomiczne czy polityczne, nie to, jak się obywatelom żyje, jak oni patrzą na świat ze swojego punktu widzenia, czy ich zdaniem biurokracja jest przerośnięta, czy są zbyt wysokie obciążenia fiskalne itd., ale sama sfera językowa. W ten sposób spór polityczny - powtarzam - oddala się od realiów i przenosi gdzieś w rejony "czystej symboliki".
W tym jednak miejscu analogie między PO a Demokratami (i ich zapleczem intelektualnym) się kończą. O ile bowiem PO użyło tych swoich słynnych bilbordów, na których najpierw w sposób "metajęzykowy" opisano dyskurs narzucony przez PiS (tak przynajmniej wydawało się ekspertom z PO): "pogarda", "oszczerstwa", "agresja", a następnie w podobny sposób opisano "własny język", tj. "spokój", "szacunek", "budowanie" - o tyle użyte dodatkowo hasła i same konotacje związane z owymi "zaklęciami" wykorzystanymi przez PO świadczyły o doradzaniu się raczej u rosyjskich znawców języka polityki aniżeli amerykańskich (a jeśli nie rosyjskich, to peerelowskich). Już o spotach PO nie wspominam nawet, bo zbyt wiele o nich napisano.
"Czarne" zaklęcia wraz z hasłem "Rządzi PiS, a Polakom wstyd" można by potraktować jeszcze jako próbę "odrzucenia języka PiS-u" w takim sensie, w jakim Lakoff radził Demokratom odrzucenie "języka konserwatystów". Jednakże "białe" zaklęcia wraz z hasłem "by żyło się lepiej", przywołują najgorsze asocjacje dla przeciętnego Polaka, jak sądzę. Samo to hasło mimowolnie kojarzy się ze stalinowskim "żyje się lepiej, żyje się weselej" lub gierkowską ideologią. Słowo "spokój" nieodłącznie przywołuje "siłę spokoju" z kampanii Mazowieckiego - warto może też w tym miejscu wspomnieć artykuł P. Wrońskiego (http://www.gazetawyborcza.pl/1,75248,2903925.html) opisujący hurraoptymistycznie za pomocą tego właśnie hasła kampanię Tuska z 2005 r. Kto jak kto, ale Mazowiecki z jego siłą kojarzyć się pozytywnie może już tylko redakcji "GW" i ludziom z KLD, UD, UW itd. (no i z PO, oczywiście), ale nie zwykłemu Polakowi. Podobnie zresztą Balcerowicz, którego nazwisko jakoś wokół PO krążyło już w tej kampanii. Zaklęcie "szacunek" można odczytywać dwuznacznie, bo powstaje pytanie: wobec kogo? Może wobec PO, a niekoniecznie obywateli? (To nawet byłoby zrozumiałe, gdyż wpisuje się w filozofię samozachwytu liderów tej partii). Inne skojarzenie to np. "szacunek dla ludzi pracy". No i wreszcie "budowanie". Nie wiem, ale mnie od razu się to skojarzyło ze "zgoda buduje - niezgoda rujnuje". Tylko kto to wymyślił? J. Reykowski na początku l. 80.?
"Czarne" zaklęcia dowodziły, że PO odchodzi od języka PiS-u, jednocześnie okazując swoją słabość, gdyż nie proponuje jakiejś odkrywczej wizji Polski - były jakimś podążaniem wstecz, odkrzykiwaniem się "niegodnemu walki przeciwnikowi". "Białe" zaklęcia to wrażenie indolencji w marketingu politycznym PO jedynie pogłębiają. Te zaklęcia są zwyczajnie albo socjalistyczne, albo po prostu statyczne. Nie ma w tym języku PO żadnej dynamiki, która oddziaływałaby na wyobraźnię obywatela.
Jaka z tego dla nas mądrość? Wot, taka, że PO tkwi po uszy w III RP, czyli udoskonalonym peerelu i nie potrafi się w żaden sposób ani przyjrzeć Polsce z lotu ptaka (vide "nowa wizja polityczna"), ani z perspektywy "szarego człowieka", który dokonuje politycznego wyboru nie na podstawie intelektualnego przeżuwania "okrągłych haseł" (vide koncepcja Lakoffa, Demokratów i PO), lecz patrząc do portfela, rozgladając się po okolicy, czy łapie się złodziei i skorumpowanych urzędników, lekarzy itd., zastanawiając się, czy jest bezpiecznie w domu itd. Życie zwykłego Polaka nie toczy się w telewizji i chyba jej zbyt dużo oglądają ludzie PO.


Komentarze
Pokaż komentarze (42)