- chciałoby się powiedzieć: w samą porę. Nie wiem jednak, dla kogo. PO ostrzy sobie zęby na tę debatę od dłuższego już czasu, ale chyba nie do końca świadomość, w co się pakuje. O wiele korzystniejsza była dla niej bowiem sytuacja "obserwatora" i "komentatora". To, że była PO krzykliwa przez cały ten czas, to już nie stanowiło żadnego nowum, bo do podskoków przed kamerami Jamajki-Komorowskiego czy Gomułki-Niesiołowskiego byliśmy przyzwyczajeni. Jednakże w tej krzykliwości PO mogła sobie robić, co chciała i utwierdzać swój elektorat w przekonaniu o skuteczności politycznej swoich liderów, a zarazem tchórzliwości i nieudolności wrogów politycznych. Debata jednak może być relacją ze śmierci na żywo D. Tuska i ten ostatni powinien wziąć sobie do serca lekcję, jakiej udzielił A. Kwaśniewskiemu J. Kaczyński.
Możemy być pewni, że do tej debaty dojdzie, skoro premier już wyraził otwarcie na nią zgodę. PO się nie wycofa (wtedy sama okazałaby tchórzostwo), a wobec tego "pójdzie na całość" z wszystkimi swoimi ekspertami i spin doktorami. Im większa klaka będzie wokół tej debaty, tym większy rozmiar klęski Tuska. Dziwi mnie zatem, że lider PO tak mocno obstawał przy żądaniu pojedynkowania się z Kaczyńskim. Na czym polega problem? Na tym chociażby, że Tusk nie ma pewnego osobistego wdzięku, jaki potrafi z siebie wydobyć Kaczyński. Tusk jest kostyczny, jak stary stomatolog. Ale mniejsza z tym - w końcu nad jego wizerunkiem będą pracować "sztaby". Tusk ma do wyboru albo ostrą akcję medialną (Kaczyński wtedy przyjmie łagodną postać), albo akcję a la Kwaśniewski (atakowanie z uśmiechem, pokpiwanie, delikatne muskanie itp.), a wtedy Kaczyński zamieni debatę w żart. Widzowie zaś "spragnieni krwi" stwierdzą: do cholery, ten Tusk w ogóle nie ma poweru? Lub, co gorsza: to oni już się porozumieli, co do PO-PiS-u?
Gdyby Tusk nie pchał się tak do debaty, mógłby po wyborach mieć większą możliwość manewru, a tak, to decyzję będzie musiał podjąć "na dniach". Jaką? Chociażby dot. koalicji. Ta decyzja będzie wszak determinować przebieg debaty. Jeśli PO-LiD-PSL, to strategia agresywna (skazana na niepowodzenie, niestety), jeśli zaś PO-PiS, to po cholerę taka debata (strategia nieagresywna)? Chyba że Tusk zdecyduje się na - kompletnie idiotyczną (nie tylko dlatego, że niewykonalną, ale politycznie nonsensowną) - koncepcję "wielkiej koalicji" wszystkiego "dużego", co się dostanie do parlamentu. Tu pytanie o sens takiej debaty zmienia nieco postać, ponieważ Tusk może wystąpić jako "Kazimierz Odnowiciel" i po epoce "burzy i naporu" zaproponowanej przez kaczystów, wystartować z "siłą spokoju". W tym ostatnim przypadku chodzi jednak wyłącznie o to, by poprawić wynik wyborczy, bo PiS coraz bardziej się "oddala" w sondażach. Skąd jednak ta nadzieja, że debata wpłynie pozytywnie na obraz PO?
Kaczyński nie obawia się starcia z Tuskiem nie tylko ze względu na odmienne koncepcje polityczne, ale też różnice intelektualne. Kaczyński po tych dwóch latach rządów PiS-u "z przystawkami" w warunkach ekstremalnych jest kuty na cztery nogi, także w debatach publicznych. Tusk zaś nie tylko częstokroć się zapędza w jakieś emocjonalne elukubracje (o takich komicznych akcjach, jak "darcie kartek" nie wspomnę), ale emanuje jakimś chłodem, którego nie potrafi się pozbyć nawet na zdjęciach (a przecież ma suto opłacanych specjalistów od kreowania wizerunku). Kaczyński jest pewny siebie i jednocześnie pełen wigoru, czasami złośliwy, czasami kpiarski.
Cieszę się wobec tego, że dojdzie do tego starcia, bo może nareszcie dojdzie do politycznego pożegnania z PO.


Komentarze
Pokaż komentarze (72)