Długo by się znawcy polskiej polityki profesjonalni i domorośli musieli głowić nad przyczynami klęski PO w 2007 r., a tu z pomocą przychodzi niezawodna "GW" oraz... niemieccy badacze. Sama "GW" to mało, przy tym, co niemiecka nauka potrafi zdziałać zwł. w kwestiach społecznych. Oto bowiem specjaliści niemieccy zaczęli badać lokalne społeczności polskie w tzw. zamkniętych osiedlach. Tego typu badania mają nieco dłuższą tradycję, ponieważ, jak pamiętamy z historii, naukowcy niemieccy przodowali w stwarzaniu eksperymentalnych warunków związanych z koncentrowaniem ludzi w zamkniętych i skrupulatnie strzeżonych obszarach. Najwyraźniej jednak tamte doświadczenia się już nie przydają, a pojawiają się nowe fenomeny spoleczne i nowe wyzwania.
W Warszawie istnieje już ponoć aż 400 zamkniętych osiedli, które zainteresowały właśnie niemieckich badaczy. O szczegółach badań nad mieszkańcami tychże osiedli informuje "GW" w swoim pięknym "Dużym Formacie" (http://www.gazetawyborcza.pl/1,75480,4530848.html) w rozmowie z prof. M. Lewicką oraz jej doktorantką K. Zaborską z Wydziału Psychologii UW. Nie tylko są one przygnębione widokami z wnętrz tychże osiedli, ale i rzecz jasna, relacjami międzyludzkimi:
"Na pewne osiedle zamknięte przeniknęły raz dzieci z sąsiadującego z nim osiedla otwartego. Te z zamkniętego początkowo były zadowolone, że jest więcej towarzystwa. Zaczęła się zabawa, jakaś gra, rywalizacja. Było miło, dopóki dzieci z otwartego nie zaczęły wygrywać. I wtedy rezolutny chłopiec z zamkniętego poszedł po ochroniarza. Kazał mu wyprosić tamte dzieci, bo to nie ich podwórko."
Nie wiemy wprawdzie z tej uczonej rozmowy, czy to odosobniona obserwacja, czy też reguła w zachowaniu dzieci z zamkniętych osiedlach, jednakże niezbyt pozytywne nastawienie do otoczenia zdradzają także dorośli mieszkańcy.
"M.L.: Polska w większym stopniu naśladuje wzory amerykańskie niż na przykład zachodnioeuropejskie. Do nas przyjeżdżają geo-grafowie i urbaniści z Niemiec, żeby studiować zjawisko osiedli zamkniętych. Kiedy proszą nas o wypowiedź na ten temat, to muszę przyznać, że często czuję się w obowiązku jakoś nas usprawiedliwiać, tłumaczyć, że jest to sposób odreagowywania czasów, gdy wszystko było wspólne, czyli niczyje, i gdy nie mieliśmy wpływu na to, gdzie i jak mieszkamy.
A oni jak to widzą?
M.L.: Jako czystą formę segregacji społecznej.
I mają rację?
M.L.: Niestety, tak.
K.Z.: Ludzie z osiedli strzeżonych to w pewnym sensie miejska elita. Zarabiają lepiej niż przeciętna, mają wyższy status społeczny. Za murem pozostają ci, których jeszcze na takie mieszkania nie stać. Może to powodować wzajemne antagonizmy. Z psychologii wiadomo, że wystarczy dowolny podział, według jakiegokolwiek kryterium. Wystarczy nazwać jednych ludzi grupą A, a drugich grupą B, żeby pojawiła się wzajemna niechęć - podnoszenie wartości własnej grupy i deprecjonowanie drugiej. Takim naturalnym kryterium podziału na "my" i "oni" jest oczywiście płot lub strażnik broniący dostępu osobom obcym."
"Czysta forma segregacji społecznej", to nie brzmi zachęcająco, przyznajmy. I teraz pytanie podstawowe: kto mieszka w tych osiedlach, kto zasila owe "gate communities"?:
"M.L.: Z naszych badań wynika, że są to na ogół osoby młode (średnia wieku około 35 lat) i dobrze wykształcone. 41 proc. badanych przez nas osób miało w domu więcej niż 200 książek. Byli też bardziej aktywni społecznie - tylko 12 proc. nie uczestniczyło w żadnej formie aktywności niezawodowej. Zdecydowanie odbiegają od przeciętnej krajowej pod względem przekonań politycznych i obyczajowych: 62 proc. głosowało na Platformę Obywatelską, 39,6 proc. uznało, że w stosunkach homoseksualnych nie ma nic niewłaściwego, 67,5 proc. to czytelnicy "Gazety Wyborczej" i tylko 4,1 proc. "Naszego Dziennika"."
Cholera jasna, no to jak te badania przeprowadzano, że takie wyniki wyszły? Ktoś na głowę upadł, czy co? Po pijanemu badał? Kto to, do cholery, badał? Za czyje pieniądze? Mnie aż serce stanęło na wieść, że kastę "gate communities" w Warszawie stanowią wyborcy PO oraz czytelnicy "GW" oraz, że "GW" mimo wszystko te wieści wydrukowała. Pomijam już kwestię kampanii wyborczej, bo przecież tym razem Platforma sama się topi, więc nic jej nie może zaszkodzić bardziej niż ona sama.
Chodzi mi raczej o to, że "GW" sama przyznaje, że jej ksenofobiczni czytelnicy oraz ksenofobiczni zwolennicy PO żyją w dość sporym odosobnieniu od realnego świata. To wiekopomne odkrycie. Lepiej późno niż wcale. Teraz by pozostało jedynie przepisać tym odizolowanym spolecznościom jakoś terapię grupową i może z wolna zaczną oswajać się z tym, że realny świat różni się nieco od ich o nim wyobrażeń, jak też wpajanie, że socjopatia da się leczyć. Grunt, żeby uważali z wyborem trenera, tzn., żeby nie było to ktoś spośród nich, jakiś prfoesor nadzwyczajny lub zwyczajny, który też, pech chce, zamieszkuje wieżę z kości słoniowej.
PS. Jedna rzecz mnie jeszcze zastanawia, czy ja mam u siebie więcej niż 200 książek, czy mniej? I kurde, kto to zbada?


Komentarze
Pokaż komentarze (38)