Premier dziś rano w "Sygnałach Dnia" zaproponował termin piątkowy na debatę z D. Tuskiem, który w ostatnich dniach sięgał już po wszelkie możliwe chwyty, by uczepić się J. Kaczyńskiego. Ten ostatni uznał, że skoro szef PO wyzywa go do pojedynku na ubitej ziemi i "nie jest związany kalendarzem", to on, właśnie jako premier, czyli osoba nieco bardziej zajęta od Tuska, proponuje piątkowy wieczór, tak by nie pomawiano go już więcej na rozmaite sposoby (typu "tchórzostwo" czy "brak męstwa").
Pomijając na razie to, jak zareaguje "sztab Tuska", bo ponoć już "zaczęły się schody", sądzę, że przywódca platformersów już jest na spalonej ziemi. Bitwa się przetoczyła, tylko on jeszcze jej nie zauważył, najwyraźniej. Sięganie po coraz wymyślniejsze wyzwiska w stosunku do urzędującego było nie było prezesa Rady Ministrów, przy jednoczesnym zapewnianiu, że to PiS jest agresywny, nie przysporzy Tuskowi chwały i podejrzewam, że może być tak, że nie słucha on już nawet specjalistów od marketingu politycznego, których, jak wiemy, ma marnych, ale na własną rękę toczy jakiś szaleńczy bój z wyimaginowanymi wrogami. Jakby i tego było mało, Tusk zaproponował konfrontację ze "słuchaczami Radia Maryja i szefem Kaczyńskiego, o. Rydzykiem". Tu znowu można się zastanawiać, czy to pomysł "jednego ze sztabowców" (takiego wybitego bystrzaka), czy raczej jakaś idee fix samego Tuska.
Zasady dobrego wychowania nie pozwalają nam wchodzić tam, gdzie nie jesteśmy proszeni, a nie przypominam sobie, by w ostatnich miesiącach jakieś specjalne zaproszenia RM do Tuska wysyłało. Savoir vivre (nie w ukraińskim stylu A. Kwaśniewskiego, zaznaczam) nakazuje przepraszać za jakieś obraźliwe stwierdzenia względem gospodarzy jakiegoś spotkania, szczególnie jeśli się do nich wybieramy. Nie pamiętam zaś, by Tusk w jakikolwiek sposób usiłował załagodzić wyjątkowo ostre epitety pod adresem ludzi korzystających z mediów toruńskich. Na dodatek określanie o. Rydzyka mianem "szefa Kaczyńskiego" trudno uznać za gest dobrej woli przed takim ewentualnym spotkaniem przed kamerami TV Trwam czy za mikrofonami RM. Mamy więc do czynienia albo z klasycznym karcianym (bo przecież nie wojennym) blefem, tzn. ruchem pozorowanym, nie zaś wypowiadaniem zamiaru dokonania rzeczywistego działania, albo z próbą "dorzucenia koksu" do pieca przedwyborczego i zaognienia sytuacji.
Załóżmy jednak, że o. Rydzyk przeszedłby nad tym do porządku dziennego i urządził takie spotkanie z Tuskiem. Bywali w RM przedstawiciele PO, jak choćby M. Płażyński czy J. Saryusz-Wolski w trakcie debat "okołounijnych", bywały też takie personae, jak L. Wałęsa czy S. Niesiołowski, których konfrontacja ze słuchaczami/widzami przebiegała w atmosferze skandalu i nieustannego obrażania gospodarzy. Ciekaw jestem, jak takie spotkanie widziałby Tusk, skoro nerwy puszczają mu tak bardzo, że o wiele łatwiej mu posiłkować się epitetami, aniżeli jakimiś zwykłymi sformułowaniami, wypowiadanymi spokojnym tonem? Czy przeprosiłby za "mohery", czy też przeciwnie - dołożyłby moherowemu audytorium? I tak źle, i tak niedobrze. Jeśliby bowiem Tusk zapałał pragnieniem ugody z "imperium Rydzyka" (jak uzasadnionym to osobna sprawa), to wyborcy PO i "imperium Michnika" itp. nigdy by mu tego nie wybaczyli, skoro Polska właśnie MA być podzielona na obóz "postępowy" (tj. "transformatorów światłych") oraz obóz "klerykalno-zaściankowy" (tj. "hamulcowych transformacji", "Białorusinów" itd.). Ten podział wszak pozwala nie tylko zbijać kokosy na transformacji rozmaitym nuworyszom o podejrzanej proweniencji, ale i żyć w krainie mlekiem i miodem płynącej całym zastępom czerwonej nomenklatury, która przyspawała się do "światłych transformatorów" i wielce sobie ten polityczno-społeczny spaw chwali. Jeżeli natomiast Tusk chciałby stoczyć wojnę z moherowym audytorium taką, jak Wałęsa czy Niesiołowski, to nie tylko mógłby na niej polec, lecz i kompletnie stracić twarz (zaś sens takiej konfrontacji pozostałby całkiem podważony - wszak Tusk od lat obraża to audytorium, więc cóżby mógł powiedzieć nowego?).
Premier, proponując spotkanie przed debatą Tusk-Kwaśniewski, stawia szefa PO znowu pod ścianą, ponieważ ten już raz dokonał wygibasów i niewiele z tego pożytku uzyskał. Najpierw Tusk pokrzykiwał na Kaczyńskiego, że ten nie chce się spotkać i się boi, że wybrał Kwaśniewskiego, a nie szefa PO itd., po czym, gdy Kaczor zgodził się na debatę z Tuskiem, to ten ostatni odwrócił się tyłkiem i stwierdził z właściwym dla siebie wdziękiem, że to w takim razie on podebatuje z Kwaśniewskim ("zwyciezcą"). Ten ostatni z kolei zaczął odwlekać sprawę i w rezultacie Tusk został sam roztańczony na lodzie, wobec tego zaczął znowu pohukiwać na premiera, że ten się go boi, toteż Kaczor ponownie wyraził zgodę na spotkanie, przy czym podał konkretny termin, godzinę i miejsce. Jeśli więc teraz Tusk powie, że jego kalendarz mu na to nie pozwala lub też, że kłóci się to już z przygotowaniami do debaty z "premierem Mordą Naszą", to będzie to znaczyło, że został na spalonej ziemi bez jakiejkolwiek amunicji. Że wystrzelał się ze swoich armat do cna.


Komentarze
Pokaż komentarze (87)