Powstańcie, których dręczy głód (intelektualny)! Tak nawołuje do zmartwychwstania S. Sierakowski, jako - domyślamy się - przedstawiciel Inteligencji. Nie wiadomo wprawdzie, kto mu certyfikat na bycie inteligentem wypisał i podpisał (czy też taki certyfikat można sobie samemu sporządzić, jeśli tylko jesteśmy osadzeni w odpowiednich, mądrych instytucjach), w każdym razie możemy być pewni, że inteligentami są ci, do których zwraca się Sierakowski w artykule-manifeście w najnowszym n-rze "Polityki", a nie zaś ci, co wpędzają kraj i społeczeństwo "w letarg populizmu" (jak to powiada dramatycznie autor).
Zacytujmy neoklasyka:
"Filozofowie i socjologowie, których nie zmusza się do komentowania bieżących wydarzeń [jak widzimy jednak nie zmuszany Sierakowski jako filozof i socjolog in 1, poczuł się zobligowany do budzenia Inteligencji - przyp. F.Y.M.], są coraz bardziej zgodni: w zglobalizowanym świecie polityka jest sferą życia społecznego, która ma jedynie kanalizować emocje, powstające w wyniku rozsnącego rozwarstwienia społecznego."
To, że jest to jakiś neomarksizm, to chyba nikt nie ma wątpliwości, ale dla pewności proszę posłuchać dalszego ciągu opowieści:
"Kanalizować w taki sposób, aby coraz silniejszym nie przeszkadzali coraz słabsi ["powstańcie, których dręczy głód" - przyp. F.Y.M.]."
I teraz jakieś nareszcie mocniejsze akordy, jak ze starej sowieckiej melodii marszowej:
"Tych ostatnich zamiast dawnej socjaldemokracji bronią wiec dziś prawicowi populiści, zas wypełniający resztę życia publicznego spór lewicy z prawicą koncentruje się na zastępczych kwestiach, co ukrywa jedynie zamazującą się różnicę między nimi."
To zaledwie początek wspaniałego tekstu, a jak wiele już skorzystaliśmy intelektualnie. No, tylko że powinniśmy mieć świadomość, że jeśli sympatyzujemy jednak nie tyle z "socjaldemokracją", co z jakimiś oszołomami, to do nas te święte słowa nie są adresowane, bo nie tylko ich nie pojmiemy (bośmy ciemni), ale nawet jakbyśmy je pojęli, to je zniekształcimy, gdyż socjaldemokratami nie jesteśmy. Z logiki rozumowania filozofa-socjologa neomarksisty Sierakowskiego wynika bowiem jednoznacznie, że polityka to jedynie kanalizowanie emocji, zaś hydraulikami są prawicowi populiści. Nie wiem nawet, po co ten przymiotnik "prawicowi", skoro jasne jest, że na lewicy żadnego populizmu nie było, nie ma i nie będzie. Powinno się jasno w języku lewicy zdefiniować "populista" = "prawicowy demagog" (something like that), żeby samo użycie dookreślnika nie sugerowało, że może być "nieprawicowy" populista (tfu, no!).
I właściwie tą drogą semantyczną podąża Sierakowski, kontynuując paręnascie zdań dalej:
"Populiści są bowiem jedynie wentylem bezpieczeństwa rozładowującym emocje biednych. Rekrutują się z polityków pasożytujących na rzeczywistym gniewie społecznym, służąc tym samym reprodukcji systemu politycznego oddanego w posiadanie bogatszych."
Logika znana z tych śpiewnych pism marksistowskich, w których wszystko niemalże z wszystkim się łączy, a nawet jeśli zachodzi sprzeczność to następnie, drogą rozmaitych twórczych zapośredniczeń, wychodzi zawsze jakaś nowa jakość. Wydawałoby się bowiem, że skoro istnieje jakiś gniew społeczny (zarzewie rewolucji, ach), to z reguły ma wydźwięk antysystemowy i wobec tego nie może być wykorzystany do żadnej reprodukcji systemu, ale pal diabli nawet logikę takiego rozumowania, skoro wielkoskalowe badania socjologów polskich wykazały niedawno, że Polacy są i szczęśliwsi, i bogatsi. Czy więc może ten gniew nie wzbiera czasem wyłącznie w kawiarniach, w których przesiadują redaktorzy "Krytyki Politycznej" i "Polityki"? Możliwe, ale jedźmy dalej:
"Tak rodzi się - jak mówią socjologowie [cholera, ale którzy? - przyp. F.Y.M.] - świat postpolityczny, a zatem i postdemokratyczny."
No i Fukuyama czy inny Huntington może się schować ze swoimi diagnozami. Słowem, the end. Post-polityka i post-demokracja. Czemu nikt z nas dotąd na to nie wpadł? Ano dlatego:
"Procesy te są tak wszechogarniające i powszechne, że właściwie niedostrzegalne w perspektywie życia społecznego."
No i wszystko jasne. W Internecie o tym informacji nie znajdziemy. Dobrze, że przynajmniej Sierakowski je wypatrzył. Teraz diagnoza dot. spraw polskich:
"Do zwycięstwa populistów [zauważmy - tu konsekwentnie bez przymiotnika - przyp. F.Y.M.] z Kaczyńskim na czele nie doszłoby, gdyby poza ofertą prawicowego populizmu [teraz z kolei z przymiotnikiem, prawdopodobnie dla przypomnienia - przyp. F.Y.M.] - tłumaczącego kłopoty Polaków wydumanym układem korupcyjnym - istniała jakaś inna propozycja."
Jaka?, zaraz ktoś nieprzytomny zada głupie pytanie.
"Na przykład lewicowa, upominająca się ow niepopulistyczny [jakżeby inaczej - przyp. F.Y.M.] sposób o realne zabezpieczenie społeczne dla tych ludzi [chodzi o połowę Polaków żyjących poniżej minimum socjalnego - przyp. F.Y.M.]"
Co by z tego wynikło?
"Zamiast wiary w niewidzialny układ, zamiast pełzającego buntu społecznego [ach te wizje rewolucjonistów, wciąż to widmo komunizmu - przyp. F.Y.M.], kierowanego przez populistów na boczne tory retoryki antyinteligenckiej, antyeuropejskiej i antyemancypacyjnej [ach, ten język, Leo Trocki by się mógł uczyć - przyp. F.Y.M.], mielibyśmy absorbujący społeczne emocje rzeczywisty spór społeczny."
Otóż to. That's the point. Chodzi wyłącznie o przejęcie władzy nad emocjonalnością obywateli, dokładnie jak za czasów inżynierii dusz i zgodnie z moralnością (i mentalnością) czerwonego Kalego, jeśli "populiści" chwytają obywateli za serca, to źle, bardzo źle, ale jak Inteligencja trochę posteruje ludem, to same korzyści. Nie ma co takiemu rozumowaniu się dziwić, marksiści zawsze WIEDZĄ LEPIEJ, czego ludowi potrzeba, z jakiego powodu lud cierpi i jak rozwiązać ludowe problemy. Zresztą widzieliśmy na własne oczy lub oczyma naszych ojców i dziadków przez wiele dekad, jak to rozwiązywanie społecznych kwestii marksistom szło. Wiemy też jednak, że Oni mogą tak bez końca. Jak powiedział kiedyś Kieślowski na jednej z konferencji prasowych "komunizm to nieuleczalna choroba - na to się umiera".
Ci zatem, którzy wiedzą lepiej, jak rozwiązywać społeczne problemy, nie biorą w ogóle pod uwagę takiej możliwości, że ludzie sami wiedzą lepiej, co im społecznie doskwiera i sami są w stanie na swój rozum ocenić, co w ich państwie jest nie tak. Nie muszą studiować pism zebranych ani Marksa, ani Lenina, ani Stalina, ani Trockiego, ani nawet Sierakowskiego. Wystarczy im zaglądnąć pod koniec miesiąca do portfela, do lodówki, do pokoju dziecięcego i wyjść na ulicę. Zaś poczucie bezpieczeństwa, zadowolenia czy nawet stan szczęśliwości, to nie są chwilowe stany emocjonalne, ale wynik wielotygodniowych, jeśli nie wielomiesięcznych obserwacji codziennych warunków życia.
Ale wróćmy jeszcze do "budzenia Inteligencji". Sierakowski prorokuje:
"Jeśli znów zwyciężą populiści, polska inteligencja może wreszcie dostrzeże swje błędy, powróci do demokratycznego etosu z czasów, gdy się rodziła i kształtowała w XIX i XX w., i stanie w obronie słabszego (...) Stawką w tych wyborach jest świadomość polskiej inteligencji."
Nie wchodzę już w kwestie historyczne i tradycje niepodległościowe, którym hołdowała prawdziwa polska inteligencja, choćby z przełomu XIX i XX w., a które, jak można sądzić, globalizującemu się intelektualnie Sierakowskiemu są raczej obce. Ten w końcu artykułu rozdziera szaty (tzn. zapewne jakieś drogie, markowe ubranie salonowego mentora):
"Czy po kolejnym fatalnym wyniku wyborczym zrozumie wreszcie [ta Inteligencja - przyp. F.Y.M.], że musi się zaangażować? Zaangażować po stronie tej częsci społeczeństwa, którą skazano na wybór populistów. Jeśli obudził się w nich upiór Jakuba Szeli, powinien obudzić się wśród elit duch polskiego inteligenta."
Czy nie jest to jakby wyważanie otwartych drzwi, skoro całe zastępy politpoprawnych elit dwoiły się i troiły przez ostatnie dwa lata, angażując się na wszystkich frontach medialnych i ulicznych nawet, by powstrzymać cholerny populizm? Za mało było Żakowskiego, Paradowskiej czy Lisa w mediach? TVN24 za mało rasowej, mądrej Inteligencji nagłaśniała? Sierakowski za mało w mediach był obecny, za mało dotacji "KP" dostaje? Jakie więc jeszcze zaangażowanie ma on na myśli, skoro wszystkie te wysiłki mogą - zgodnie z jego proroctwami - spełznąć na niczym?
Mniejsza z tym. Ważne jest, że Sierakowski ex definitione nie włącza do Inteligencji takich ludzi, jak Legutko, Zybertowicz, Fedyszak-Radziejowska, Kransodębski itd., nie wspominając o jakichś duchownych profesorach. Mała rzecz, a cieszy, prawda? Jak za dawnych lat. Najzabawniejsze jednak jest to, że nie tylko on się czuje predystynowany do budzenia inteligencji, ale sam za jej przedstawiciela się uważa, jakby nie wiedział, że czerpanie ożywczych soków z marksizmu-leninizmu automatycznie wyklucza danego osobnika z kręgu (nie tylko polskiej) inteligencji. Prawdziwej inteligencji. Takiej, której wielu przedstawicieli leży w ziemi w okolicach Katynia, Charkowa i wielu innych miejscowości i miast. Nie takiej, która np. w październiku 1939 r. we Lwowie całowała buty sowietom i publikowała w "Czerwonym Sztandarze", by po latach potem zajmować się inżynierią dusz na wielką skalę w "Ludowej Polsce" (polecam "Kolaborantów" J. Trznadla w tej materii).
Zgodnie zatem z tymi konstatacjami Sierakowskiego, Inteligencja to zwyczajni lewicowcy, którzy chcą "zmienić świat", a nie go "poznać" jako orzekł Marks). Tego typu rozumienie inteligencji jest tak anachroniczne, że ja bym dopowiedział tak: obudź się, lewicowa inteligencjo, bo twój czas już przeminął. Odchodzisz do historii.
(przewybitny tekst Sierakowskiego "Narośl" w najnowszym n-rze "Polityki" 41 (13 października 2007)


Komentarze
Pokaż komentarze (62)